Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   129   —

sko, wrócili do konaku, by się dowiedzieć. Możesz sobie wyobrazić ich miny na wieść o tem, co zaszło owego dnia.
— Czy ty z nimi mówiłeś?
— Nie. Zaprowadzili konie do stajni i zniknęli. Nie powrócili też przed naszym odjazdem.
Hm! Może otrzymali jakie wiadomości. Czy też zobaczymy ich jeszcze kiedy?


ROZDZIAŁ III.
Hekim.

Noga, uszkodzona w walce z Aladżymi, bolała mnie coraz bardziej i trzeba było ją zbadać. Dlatego kazałem konie puścić w cwał, aby się prędzej dostać na miejsce. Gdyśmy się przed samem Radowicz zbliżyli znowu do rzeki, ujrzałem mały domek, a przed nim starca, przypatrującego się nam z wielką uwagą. W rysach jego malowało się jakby powątpiewanie.
Właściwie bez jasnego powodu zatrzymałem się przed nim i pozdrowiłem go. Wstał i skłonił się z uszanowaniem, prawdopodobnie dla zielonego turbanu.
— Czy znasz nas może, ojczulku? — spytałem.
— O nie. Nie widziałem was nigdy jeszcze — odpowiedział.
— Ale przypatrywałeś nam się tak osobliwie. Czy miałeś jaki powód do tego?
— Uważałem was za niedobrych Skipetarów.
— Czy wyglądamy jak Skipetarzy?
— Pewnie, że nie, ale ten czarny koń mnie zbałamucił. Gdyby jego jeździec był trochę większy, myślałbym, że mimo innego ubrania mam Skipetarów przed sobą.
— Których?
— Przebacz, panie! Mnie o tem mówić nie wolno.
— Rozumiem! Ja cię zapewniam, że nie zaszkodzi to nikomu uczciwemu, jeśli przed nami nie zataisz.
— A może jednak. Jeśli innym osobom o tem opo-