Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   128   —

— Czy sądzisz, panie, że ten miły bokadżi Toma znajduje się jeszcze przed nami w Radowicz?
— Z pewnością, bo bylibyśmy go spotkali.
— Czy nie należałoby go wyszukać? Chciałbym za jego postępowanie złożyć mu odpowiednie podziękowanie. Czy mają potem o mnie mówić, że nie znam przepisów grzeczności?
— Ten zarzut ciebie nie spotka. Mogę ci wystawić świadectwo, że już w innych wypadkach np. z kawasem Selimem i kodżą baszą z Ostromdży byłeś bardzo uprzejmy i że ci ludzie dostatecznie zapoznali się z twoim harapem.
— Więc nie będziemy go szukać, zihdi?
— Nie, ale gdy go spotkamy, udamy, że go wcale nie znamy.
— Zihdi, to się nie zgadza z mojem łagodnem usposobieniem. Powiedz mi przynajmniej, jak długo zabawimy w Radowicz.
— Tego nie wiem dobrze niestety. Lepiejby było przejechać przez tę miejscowość bez zwłoki, ale ja muszę tam zbadać nogę. Może leczenie wymagać będzie pozostania. Wywichnąłem ją sobie prawdopodobnie przy upadku i trzeba będzie opatrunku.
— Jeśli tak, zihdi, to niech mi ten zacny posłaniec w ręce nie wpadnie, bo zrobię mu opatrunek na plecy, który popamięta na całe życie. Byli zresztą inni jeszcze ludzie w Ostromdży, którym dałbym to chętnie.
— Kto taki?
— Ci dwaj bracia, którzy nas ścigali i mieli oznajmić przybycie nasze w ruinie.
— Którzy się zakwaterowali u Ibareka?
— Z pewnością przespali pijaństwo prędzej, niż nam się zdawało, gdyż zaledwie odjechałeś, przybyli.
— Gdzie ich widziałeś?
— Gdzie? W tym samym konaku, w którym my byliśmy także. Nie mieli pojęcia o tem, co się stało i pojechali zaraz do ruiny. Zastawszy tam tylko pogorzeli-