Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   130   —

wiesz, dowiedzą się o tem Skipetarzy i dalej będą ścigać tych zacnych ludzi.
— Ja nie zdradzę tego nikomu. Halefie, daj staruszkowi bakszysz!
Hadżi dobył sakiewki i rzucił mu coś na podołek. Stary poskrobał się w zapadły policzek i stwierdził:
— Panie, jesteś potomkiem proroka; chciałbym ci bardzo usłużyć, lecz mi nie wolno. Zabrania mi tego sumienie, gdyż przyrzekłem milczenie. Zabierz w ięc swoje pieniądze!
— Zatrzymaj je, ponieważ widzę, iż jesteś ubogi. Czekałeś tu snać na Skipetarów, którzy mają tędy przejeżdżać.
— Tak, panie.
— Ilu Skipetarów przybędzie?
— Czterech. Jeden z nich ma mieć długie buty na nogach, dużą ciemną brodę i jechać na karym ogierze. Czy ten koń to arabczyk?
— Tak jest.
— Tak przypuszczałem i dlatego wziąłem was za owych morderców.
— Któż ci powiedział, że Skipetarzy nadjadą?
— Hm! Tego mi zdradzić nie wolno.
— Jesteś bardzo zamknięty w sobie.
— Nie milczałbym może, ale macie ze sobą coś, co mi jest podejrzane.
— Tak? Cóż to takiego?
— Te długie buty, przypięte do siodła. Czarny koń jest, buty także widzę. Brakuje tylko tego, który ma siedzieć na karym i w butach na nogach. Gdybyś nie był błogosławionym potomkiem proroka, którego... ach, tam powraca on!
Ugorem szedł młody człowiek, zmierzając wprost do domku.
— Kto to jest?
— Mój syn, który był przewodnikiem... o Allah, mnie o tem mówić nie wolno!
Zacząłem się domyślać, o co chodziło. Mibarek wi