Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/58

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   48   —

— Czuję, że mówisz prawdę, dlatego dalej cię już dręczyć nie będę. Ale, czy obiło się o twe uszy już kiedy imię „Aladży“.
— Także nie.
— Effendi — wtrącił prokurator — dlaczego o nich pytasz?
— Czy znasz ich?
— Nie, ale słyszałem o nich obudwu.
— A więc to dwu? Co o nich wiesz?
— To najgorsi ze wszystkich Skipetarów. To dwaj bracia olbrzymiej postaci, których kule nigdy nie chybiają, a noże trafiają zawsze w miejsce zamierzone. Ich topory hajducze mają być bronią okropną. Ciskają nimi tak daleko, jak kula doleci i wbijają je tak pewnie w kark tego, któremu chcą złamać stos pacierzowy, jak gdyby nimi rzucał sam szejtan. W używaniu procy także im nikt nie dorównał.
— Gdzie ich miejsce pobytu?
— Są wszędzie, gdzie tylko idzie o spełnienie mordu lub rabunku.
— Czy byli już kiedy tutaj?
— W samej Ostromdży nie, ale w okolicy. Niedawno temu miano ich widzieć w pobliżu Kodżany.
— To stąd wcale niedaleko. Zdaje mi się, że konno można tam zajechać w pięć godzin.
— Znasz widocznie dobrze nasze strony.
— O nie, obliczam to tylko w przybliżeniu. Nie wiesz, skąd pochodzą ci dwaj bracia?
— Powiadają, że z Kakandelen, z gór Szar Dagh, gdzie się rodzą rdzenni Skipetarzy.
— A dlaczego ich nazywają Aladży?
— Bo jeżdżą na dwu srokaczach, które tak samo dyabła w sobie mają jak ich jeźdźcy. Podobno urodziły się trzynastego moharrem; to dzień, w którym dyabła z nieba wypędzono. Ich właściciele dają im codziennie zapisaną kartkę Koranu w obroku i dlatego nie można ich zranić. Pędzą jak błyskawica, nie chwyta ich się żadna choroba i nie potykają się nigdy.