Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/300

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   282   —

— Tak, panie.
— Kto ją mógł złamać?
— Jakieś zwierzą.
— Musiałoby to być duże zwierzą i ślad jego byłby widoczny.
— Trawa znów się podniosła tak, że ślad już znikł.
— W takim razie byłyby gałązki zostały złamane przed wielu godzinami, a płaszczyzna w złamaniu byłaby już zaschnęła. Tymczasem jest tak wilgotna i świeża, że od jej powstania może zaledwie kwadrans upłynął.
— Co nas to obchodzi, kto spowodował złamanie? Czemu zajmujesz się tem tak bardzo?
— Bo to mi opowiada całą historyę.
— Historyę? Zihdi, ja wiem, że umiesz czytać w śladach, jak nikt na świecie. Wpadliśmy tylko na trop Miridita, ale czy mamy zaprzątać sobie głową temi gałązkami?
Krawiec przystanął z boku i przypatrywał mi się pozornie spokojnym wzrokiem. Tylko jeden kącik ust był z lekka otwarty, co twarzy nadawało ledwie dostrzegalnego wyrazu tajonego szyderstwa.
— Jeśli ty tego nie wiesz — rzekłem — to może nasz przewodnik Afrit będzie bystrzejszy od ciebie i powie nam, o czem świadczy ta gałązka.
Krawiec przybrał zaraz miną zdumienia i odpowiedział:
— Panie, ja nic nie wiem, nic nie przeczuwam, a i ty z pewnością nie rozumiesz znaczenia tej gałązki, jeśli ona wogóle posiada jakie znaczenie.
— Owszem.
— Tak. Głosi znikomość wszystkiego, co ziemskie. Wczoraj jeszcze zieleniła się, a dzisiaj musi więdnąć i usychać.
— A zarazem przestrzega, że i ja ofiarowany już jestem na śmierć.
— Jakto? Nie pojmują tego.
— No, jestem przekonany, że to Miridit ją nadłamał.
— Czemu?