Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/301

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   283   —

— W pewnym celu. Czy nie zauważyłeś więcej tak złamanych gałązek?
— Nie, panie.
— Ta będzie już jedynasta.
— To przypadek.
— Można, idąc lub jadąc w zamyśleniu, złamać tu i ówdzie jedną gałązkę, ale jedynaście to z prawej to z lewej strony, to może się stać tylko w ściśle zamierzonym celu.
— W takim razie ciekaw jestem, jaki to zamiar.
— Uważaj tylko. Zobaczymy prawdopodobnie więcej jeszcze takich znaków, a przekonasz się, że wszystkie wskazują jeden kierunek.
— Naturalnie, bo zwierzę tak biegło.
— O zwierzynie mowy niema. Złamania są właśnie tak wysoko, jak sięga ręka dorosłego człowieka na koniu. Tak wysoko nie sięgnie sarna, ani nawet rogi jelenia. Ponadto zaś prowadzą ślady Miridita wprost do zarośli na prawo lub lewo, tam gdzie znak przytwierdzono.
— Ależ, panie, skoro jesteś już tak bystry, to powiedz, jaki on w tem cel miał!
— Czy nie znasz przypadkiem człowieka, zwanego Suef?
Ten karzeł, nazywający siebie uparcie biednym krawczykiem, musiał przecież posiadać olbrzymią zdolność panowania nad sobą, gdyż ani drgnął na twarzy. Gdyby nie coś jak cień, co przemknęło mu przez oczy, pomyślałbym, że się mylę,
— Suef? — powtórzył. — Już słyszałem to imię, ale nie znam nikogo, ktoby się tak nazywał.
— Sądziłem, że tobie, jako znającemu te strony, nie obcy będzie ten człowiek.
— Nie znam go. Kto to jest?
— Stronnik Szuta. Polecono mu podprowadzić nas dziś Miriditowi pod strzelbę.
— Panie, co sobie uroiłeś?
Teraz wystąpiło na jego twarzy jeśli nie trwoga,