Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   117   —

bojuk dert nal gitir, ileri iki bin ademler tahminen — jedźcie pojedynczo. Osko i Omar powoli, a Halef największym cwałem, mniej więcej przez dwieście kroków“.
Tę kartkę przytwierdziłem zapomocą kołka i noża. do tuż przy drodze stojącego drzewa tak, że ją zauważyć musiano. Co prawda mogli drogą przejeżdżać inni ludzie i zobaczyć ją także, ale na to już rady nie było. Może zostawiliby kartkę. Zresztą należało się Halefa każdej chwili spodziewać.
Trwało to wszystko kilka minut, poczem popędziłem z powrotem do konia, aby go teraz mocniej przywiązać i uwolnić od spinki. Nie byłem z tem jeszcze gotów, gdy doleciały mnie kroki. Był to jeden ze Skipetarów, który mnie szukał.
— Gdzie ty siedzisz tak długo? — zapytał w tonie surowym.
— Tu przy koniu — odparłem, patrząc na niego jakby stropiony.
— Widzę to, ale czy na to tyle czasu potrzeba?
— Czyż nie jestem swoim panem?
— Nie, teraz już nie; teraz do nas należysz i masz się do nas stosować!
— Czy powiedzieliście mi, jak długo wolno mi bawić?
— Nie pytaj tak głupio, ośle! Zabieraj się tam, gdzie my siedzimy!
— Jeśli mi się spodoba — odpowiedziałem, gdyż zachowanie jego zaczęło mnie drażnić, pomimo że byłem szeryfem.
— Tobie się nic niema podobać, rozumiesz? Jeśli nie pójdziesz zaraz, to ci pomogę!
Przystąpiłem do niego i rzekłem:
— Słuchaj, nie posuwaj się zbyt daleko! Nazywasz mnie osłem. Jeśli nie masz szacunku dla pochodzenia szeryfa, to domagam się go przynajmniej dla mojej osoby. Jeśli mi go zaś odmówisz, to sam go sobie zdobędę.
Tego nie spodziewał się po mnie.
— Coza zuchwalstwo! — zawołał. — Ja mam czuć