Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/294

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   276   —

— Żartujesz. Jestem ubogim krawcem, a ty, jak słyszałem, już od szeregu dni ścigasz sprzymierzeńców Szuta i czynisz to w dalszym ciągu. Muszę cię uważać za policyanta, tak chytrego, o jakim przedtem wspomniałeś.
— Tem nie jestem!
— Jednak tak wygląda. Może szukasz Szuta w Karanorman-chan. Ale nie dojdziesz tam.
— Czemu?
— Bo przedtem zostaniesz zamordowany. Szut zna już całkiem twoje zamiary. Śmierć nie minie ciebie.
— Zobaczymy!
— Gdy to zobaczysz, ratunek już będzie niemożliwy.
— Powtarzam, że nie jestem ani urzędnikiem, ani policyantem. Szut i jego ludzie niech mnie zostawią w spokoju.
— A ty ich także!
Te cztery słowa wypowiedział w tonie rozkazującym. Głos jego drżał i brzmiał jak w chrypce. Widocznie był podniecony. Ten karzeł, który nazywał siebie Afritem, olbrzymem, nie był tem, za co uchodzić się starał; mogłem na to przysiąc teraz; posiadał tylko w wysokim stopniu dar maskowania się. Ten mały wróbel umiał stroić się w pióra synogarlicy. Może był to przecież ów Suef, który miał mnie oddać w ręce moich wrogów.
To jednak wydawało mi się dlatego nieprawdopodobnem, że kiaja znał tego krawca i jego imię. A może to tylko członkowie stowarzyszenia nazywali go Suef? Czyżby podróżował jako ubogi, rzetelny krawiec, aby zbójom ułatwiać wykonywanie ich rzemiosła. Musiałem się zachowywać wobec niego bardzo ostrożnie. Odpowiedziałem mu:
— Ja ich zostawiam w spokoju. Nie troszczyłem się o Aladżych, ani o innych, dopóki nie dali mi do tego powodu.
— Więc zrób tak, jak gdybyś nie miał powodu!