Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   118   —

szacunek dla twojej śmiesznej osoby? Dotknę cie tylko, a upadniesz ze strachu.
Pochwycił mnie za lewą ręką i ścisnął ją tak silnie, że człowiek słabszy odemnie krzyknąłby głośno z pewnością. Ja jednak zaśmiałem mu się spokojnie w oczy i odparłem:
— Musiałbyś chwycić inaczej, ot tak!
Położyłem mu ręką na lewem ramieniu tak, że kciuk wsunął się pod obojczyk, podczas gdy reszta palców oparła się na łopatce. Kto ten chwyt umie, ten potrafi najsilniejszego człowieka powalić na ziemie. Ściągnąłem szybko rękę. On krzyknął i usiłował się wyrwać, ale nie zdołał, gdyż tak go zabolało, że mu się kolana ugięły i obsunął się na ziemię.
Krzyk przywołał drugiego brata.
— Sandar, co się stało? — zapytał przybyły.
— Tanry hakky — na Boga, tego nie pojmuje! — odrzekł zapytany, powstając z ziemi. — Ten człowiek powalił mnie jedną ręką. Złamał mi chyba ramię.