Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   50   —

pchnięcie, ani cięcie, ani kula. Aby się o tem przekonać, połykał już noże, bagnety, proch i zapałki, a to wszystko mu tak posłużyło, jak gdyby był zjadł tłusty piław.
Spojrzał na mnie poważnym, badawczym, wzrokiem i zapytał po chwili namysłu:
— Effendi, chyba żartujesz?
— Nie żartuję tak samo jak ten, który pierwszy puścił bajkę, że koni Skipetarów zranić nie można.
— Ależ w te niezwykłe przymioty hadżego niepodobna uwierzyć!
— A ja także w to samo o koniach nie wierzę.
— O, to całkiem, całkiem co innego!
— To samo.
— Nie, panie. Kartka z Koranu nie zaszkodzi koniowi; strawi ją łatwo, ale połykać noże i bagnety, a dotego proch i zapałki! To musiałoby go rozerwać.
— No, mały huk dał się słyszeć, ale rozszedł się wewnątrz, a i to nie byłoby nastąpiło, gdyby był nie zjadł dwu sur zamiast jednej.
— Panie, ja tego pojąć nie mogę, ale prorok jest w siódmem niebie i wszystko jest w jego mocy. Przypatrzę się temu dziwnemu człowiekowi lepiej niż dotychczas.
— Zrób to! Jestem przekonany, że on nie dba nawet o stu Skipetarów.
— Czy wolno mi spróbować?
— Jak się do tego zabierzesz?
— Zakradnę się z tyłu z pistoletem i spróbuję wpakować mu kulę w głowę.
— Dobrze — odrzekłem tak samo poważnie, jak on mówił o próbie.
— I sądzisz, że tego nie zauważy?
— Zauważyć zauważy, bo nie da się to uczynić tak skrycie. Uczułby, gdyby mu się kula odbiła od głowy; to sobie chyba wyobrażasz.
— Oczywiście.
— Ale obawiam się, żeby ciebie wówczas nie spotkało co złego.