Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   101   —

dopomóc ci do tego. Zsiądź z konia, zbożny człowiecze i zrób nas tak świętymi, jak sam jesteś!
Przytrzymał mi strzemię, drugi zaś ściągnął mnie za rękę. zapobiegając w ten sposób wszelkiemu oporowi.
Zsiadłszy z konia, pokulałem ociężale do stołu, przy którym oni obaj siedzieli przedtem i teraz się usadowili,
— Włóczysz jedną nogą — zaśmiali się. — Czy się zraniłeś?
— Nie, to mój kismet — odrzekłem krótko.
— Więc urodziłeś się kulawym. Widocznie Allah był ci przychylny, bowiem kogo on lubi, na tego zsyła cierpienie. Czy nie powiesz nam, niegodnym grzesznikom, swojego świętego imienia?
— Jeśli zaglądniecie do tablic Nakyb el Eszraf, które prowadzą w każdem mieście, to znajdziecie w nich moje imię.
— Wierzymy ci, ale ponieważ nie mamy tutaj tych tablic, przeto wyświadcz nam tę łaskę i podaj swoje nazwisko.
— No, dobrze. Jestem szeryf hadżi Szehab Eddin Abd El Kader Ben hadżi Gazali al Ferabi Ibn Tabid Mrewan Abul Achmed Abu Baszar Chatid esz Szonahar.
Obaj rozbójnicy przyłożyli sobie ręce do uszu i wybuchnęli głośnym śmiechem. Nie mieli widocznie ochoty poddać się wrażeniu mojego tytułu szeryfa. Gdyby byli grecko-katolickimi Skipetarami, nie byłoby mię zdziwiło ich zachowanie, ale wedle stroju musiałem ich uważać za wyznawców Islamu. Należało więc przypuścić, że bardzo mało dbali o jego przykazania i nauki.
— Skąd więc przybywasz, człowiecze z tak długiem nazwiskiem, jakiego sobie nikt zapamiętać nie zdoła? — spytał jeden z nich.
Rzuciłem mu z poza okularów długie, poważne, nawet pełne wyrzutu, spojrzenie i odrzekłem:
— Jakiego nikt spamiętać nie zdoła? Czyż nie powiedziałem ci właśnie, jak się nazywam?
— To prawda.
— Więc znam je niezawodnie i spamiętałem sobie.