Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   5   —

Skierowałem ku nim oba rewolwery i w mgnieniu oka nie było przy mnie ani jednego kawasa, Zniknęli wśród publiczności.
— Co wywołało twój gniew? — spytałem kodżę. — Dlaczego stoisz? Czemu nie siądziesz? Każ wstać Mibarekowi i zajmij jego miejsce.
Przeszedł pomruk po tłumie. To, że obraziłem kodżę, leżało jeszcze w zakresie możliwości, ale atak na świętego graniczył już z zuchwalstwem. Zaczęto szemrać.
To dodało kodży energii. Zawołał do mnie z gniewem:
— Człowiecze, bądź sobie, kim chcesz, ale za taką bezczelność ukarzę cię jak najsurowiej. Mibarek jest świętym, jest ulubieńcem Allaha, cudotwórcą. Jeżeli mu się spodoba, może ogień z nieba sprowadzić na ciebie!
— Milcz, kodża baszo! Jeźli chcesz mówić, to wyrażaj się mądrzej. Mibarek nie jest ani świętym, ani cudotwórcą. To raczej zbrodniarz, oszust i złoczyńca!
Na to odezwały się w tłumie oznaki groźby. Jeszcze straszniej zabrzmiał głos samego Mibareka, Podniósł się, wyciągnął do mnie rękę i zawołał:
— To giaur, to pies niewierny. Przeklinam go. Niechaj piekło się pod nim otworzy i potępienie go pochłonie. Złe duchy...
Tu przestał. Mały liadżi zamachnął się i tak poczęstował go harapem, że stary grzesznik utknął i wykonał w powietrzu potężnego susa.
To było, jak się pokazało niebawem, już zbyt wielkie zuchwalstwo. Po chwilce groźnej ciszy zabrzmiały wśród publiczności ze wszech stron okrzyki gniewu. Sprawa przybierała charakter istotnie niebezpieczny. Stanąłem więc co prędzej obok Mibareka i zawołałem tak głośno, jak tylko mogłem:
— Rahat, zykyt — spokój, cicho! Udowodnię wam, że słuszność jest po mojej stronie. Halefie, przynieść tu światło! Patrzcie ludzie, kto jest Mibarek i jak was oszukuje! Czy widzicie te kule?
Schwyciłem łotra za kark prawą ręką i ścisnąłem