Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/373

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   347   —

biony. Nie można więc z tym człowiekiem walczyć otwarcie, lecz należy zabić go skrycie, a przytem uważać, żeby na nas nie padł wzrok jego.
— W takim razie nic z naszego pięknego planu? — spytał Murad Habulam.
— Nie; chyba, że któryś z was ma odwagę udać chajjala[1]. Nie radziłbym tego jednak nikomu, bo spocznie na nim oko obcego i przyniesie mu zgubę. Kto był do tego wyznaczony?
— Humun.
— Nie, nie! — zawołał trwożnie służący. — Z początku byłem gotów do tego, ale teraz ani nie myślę udawać ducha pramatki. Życie mi na to zbyt cenne.
— To może inny się znajdzie — rzekł Habulam, a gdy wszyscy zaprzeczyli mówił dalej. — A więc nie? Musimy zatem coś innego wymyślić. Jesteśmy razem i możemy się umówić.
— To nie wymaga długiej narady — oświadczył Barud el Amazat. — Życzymy sobie śmierci tych ludzi. Musimy ich pozabijać, zanim ten obcy zdoła na nas popatrzeć. To może się udać tylko wówczas, gdy we śnie na nich napadniemy.
— Całkiem słusznie — potwierdził Manach el Barsza. — Zaczekamy, dopóki nie zasną i wpadniemy na nich, o ile trucizna na szczury mego brata nie wygubi ich przedtem.
— Trucizna na szczury? — spytał Mibarek. — Czy jej dostali?
— Tak, umówiłem się oto z Habulamem, kiedy oznajmiłem mu wasze przybycie. Miał ją im podać w jajecznicy, którą prawdopodobnie już zjedli.
— W takim razie śmierć ich już pewna, o ile nie zjedli za mało.

— O, dałem trzy pełne garście — rzekł Habulam. — To dość na dziesięciu ludzi, ale tym drabom nic to nie zaszkodziło.

  1. Widmo.