Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/414

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   386   —

— Bejaz, tyś najsilniejszy. Chodź tu! Obejmiesz idżrę[1].
Parobek, człowiek duży i silny, udał się do niego i pieścił oczyma przyniesione przez dziewkę, leżące obok ławy, kije. Murad Habulam podniósł się dumnie, odchrząknął i zaczął badać, zwrócony do mnie:
— Imię twoje Kara Ben Nemzi?
— Tak mnie tu nazywają.
— Ty jesteś panem i władcą tego hadżego Halefa Omara, który stoi obok ciebie?
— Nie władcą, lecz przyjacielem.
— To wszystko jedno. Czy przyznajesz, że mnie uderzył?
— Tak.
— Ponieważ sam to przyznajesz, więc nie potrzebuję go pytać. Czy wiesz, ile razy uderzył Humuna?
— Nie liczyłem.
— Najmniej dwadzieścia! — zawołał Humun.
— Dobrze. Ja otrzymałem wprawdzie tylko jedno uderzenie, ale...
— Niestety! — przerwał mu Halef. — Wolałbym, żebyś był dostał dwa razy tyle, co Humun!
— Milcz! — huknął na niego Habulam. — Masz mówić tylko wówczas, gdy ciebie o co zapytam. Zresztą podziękuj Allahowi, że cię wstrzymał od dalszego bicia. Jestem tutaj panem i władcą i każde uderzenie, wykonane na mojej osobie, znaczy trzydzieści. To razem z temi, które Humunowi się dostały, wynosi pięćdziesiąt. Odbierzesz teraz na podeszwy taką samą ilość. Przystąp i zdejmij obuwie! Parobek Bejaz robił coś koło sznurów, którymi miano przywiązać Halefa. Spojrzałem ma moich towarzyszy. Miny ich były naprawdę pyszne.
— No, prędzej! — rozkazał Habulam.
Gdy Halef nie posłuchał, rzekł do Bejaza:

— Idź i przyciągnij go!

  1. Egzekucya, wykonanie wyroku.