Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/319

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   299   —

— Można w rozmaity sposób uczynić nieszkodliwym wroga, nie zabijając go odrazu.
— Zostawia go się naprzykład na pastwę głodu tak, jak wy postanowiliście zrobić z nami.
— Szejtan was stamtąd wyzwolił!
— Nie, gdyby on miał nam pomagać, wolelibyśmy byli w piekle pozostać.
— A jednak wy macie dyabła, bo was się kula nie chwyta!
— Czy sądzisz, że do tego pomocy dyabła potrzeba? To można zrobić samemu. Trzeba tylko być mądrym i nauczyć się czegoś. Oczywiście nie boimy się ani twej kuli, ani siekańców, którymi tak starannie strzelbę dzisiaj nabiłeś.
— Ach ty masz moją strzelbę?
— Nie, wisiała u siodła, a koń z nią uciekł.
— Skąd możesz wiedzieć, że nabiłem siekańcami?
— Wiem zawsze wszystko, co wiedzieć muszę. Teraz nie możesz jechać do domu, lecz do sprzymierzeńców stosownie do umowy z nimi.
— Ja? Dokąd?
— Wiesz to dokładnie. Czy nie pojechali naprzód do Engely?
— Panie, kto ci o tem powiedział?
— Sen. Widziałem ich we śnie, czekających na ciebie na wzgórzu po drugiej stronie Warcy. Przybyłeś, zsiadłeś z konia, odszukałeś ich, by im donieść, że nareszcie opuściliśmy Zbigancy. Potem wyruszyliście razem. Ty odłączyłeś się od nich bardzo prędko, by tu przyjechać, gdzie Suef miał cię nas wydać w twe ręce.
— Suef? — zawołał ze strachem.
Spojrzenie jego pobiegło ku krawcowi. Udałem, że nie widzę ostrzegawczego znaku, danego mu przez karła. Uspokoił on widocznie Miridita, bo ten zapytał:
— Kto to jest Suef?
— Twój przyjaciel.
— Nie znam żadnego Suefa.
— No, może go poznasz, jeśli go, jak mam nadzieję,