Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/320

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   300   —

każę wytrzepać w twoich oczach. Umówiłeś się z towarzyszami, że ja nie będę już żył, gdy do nich nie wrócisz, że zaś przyjedziesz, gdyby ci się napad nie udał. To drugie się stało: czy powracasz?
Nie wiedział, co o mnie sądzić i rzekł głosem ponurym:
— Nie mam pojęcia, skąd wiesz o tem wszystkiem, ale nie potrzeba mi tego. Spraw się krótko i zabij!
— Dlaczegożbym cię miał zabijać?
— Bo godziłem na twoje życie.
— To dla mnie jeszcze nie powód, gdyż jestem chrześcijaninem i złego złem nie odpłacam.
— A więc nie znasz praw krwawego odwetu?
— Znam.
— Wiesz zatem, że przez całe życie muszę się starać zabić ciebie.
— Tak.
— I mimoto nie zamordujesz mnie teraz?
— Nie. Broniłem się tylko przed tobą i nic mi zrobić nie mogłeś. To wystarczy. My chrześcijanie nie znamy krwawej zemsty i dlatego mord jest u nas zbrodnią, godną kary śmierci. Ciebie natomiast prawo zmusza do zemsty krwawej, to też gniewać się na ciebie trudno, że chcesz być prawu posłusznym.
Spojrzał na mnie jak we śnie. Nie mógł pojąć słów moich.
— Ale — mówiłem dalej — zważ, czy zasłużyłem na zemstę z twojej strony. Byłem zamknięty i musiałem się uwolnić. W tym celu strzeliłem, nie wiedząc, że brat twój tam siedzi na górze. On sam temu winien, że go kula moja dosięgła. Wiedział, że mieliśmy broń przy sobie. Było to z jego strony głupotą, że tam usiadł na górze.
— Panie, słowa twoje zawierają sporo kropel prawdy!
— A dlaczego chciał mię głodem zamorzyć? Co ja mu złego wyrządziłem? Czy obraziłem go, czy okradłem, czy ograbiłem? Nie. Przybyłem, aby się o Szucie