Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   105   —

— Aha; więc żebrzesz?
— Żebrać? Czy chcesz obrazić szeryfa? Jadło, napój i nocleg wszędzie znajdę.
— A gdzie spałeś ostatniej nocy?
— W Ostromdży.
— Aha tam! To nas zaciekawia.
Spojrzeli na siebie niby potajemnie.
— Czemu? Wy może stamtąd jesteście?
— Nie, ale słyszeliśmy, że ostatniej nocy szalał tam ogromny pożar.
— Ogromny? Bynajmniej.
— Spaliło się podobno pół miasta.
— Powiedział wam to wielki kłamca. Że był pożar, to prawda, ale wcale nieznaczny, a nawet nie w samem mieście.
— A gdzież?
— Na górze.
— Ależ tam niema domów!
— Była chałupa.
— Czy Mibareka?
— Tak jest.
— Czy wykryli podpalacza?
— Sam Mibarek ją podpalił.
— Nie wierzę. Taki pobożny człowiek miałby być podpalaczem?
— O on wcale nie był takim pobożnym, jakiego udawał.
— A więc prawdą jest to, co nam opowiadano!
— Coście słyszeli?
— Że to właściwie wielki drab, zbrodniarz.
— Pod tym względem dobrze was pouczono.
— Czy wiesz to pewnie?
— Tak, gdyż patrzyłem z blizka na to, jak go uwięziono. Byłem także przy ogniu i wszędzie.
— Widziałeś więc także owych czterech obcych, którzy to wszystko spowodowali?
— Mieszkałem nawet i spałem razem z nimi w jednym chanie.