Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/277

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   259   —

mojej bystrości. Zapytawszy o niego, otrzymałem odpowiedź, że nieobecny. Byłem jednak rozsądny i powiedziałem, że muszą się z nim zobaczyć, bo chcę mu donieść ważne rzeczy o ostatnich chwilach zmarłego. Na to kazał mnie wpuścić, bo siedział w komnacie sam jeden. Przeraziłem się jego widokiem, gdyż miał długą, głęboką ranę od czoła przez nasadę nosa i przez policzek. Obok niego stało naczynie z wodą do ochładzania rany.
— Czy pytałeś go, jak odniósł tę ranę?
— Oczywiście. Siekiera spadła mu ze ściany na twarz.
— A czy chciał usłyszeć to, o czem go przyszedłeś zawiadomić?
— Oświadczyłem mu ze współczuciem, że brat jego nie zupełnie był martwy i westchnął jeszcze raz, gdy go podnosiłem.
— To wszystko?
— Czyż to nie dosyć? Czy miałem swoje delikatne sumienie obarczyć jeszcze większem kłamstwem? Za małe westchnienie mogłem przed aniołem sądu przyjąć odpowiedzialność. Gdybym był jednak powiedział, że zmarły wygłosił długą mowę przed śmiercią, obciążyłbym tem swoją duszę nadmiernie.
— No, co do tego, to nie kazałem ci mówić nieprawdy, a za jedno westchnienie zadużo mi dziesięć piastrów.
— Tobie? Mężowi o tak świetnych wpływach i naturalnych zdolnościach? Gdybym posiadał zalety twego charakteru, serdeczność twoich uczuć, bogactwo twojego serca i piękność twego sposobu myślenia, poświęciłbym sobie pięćdziesiąt piastrów!
— Ja też poświęcę je sobie.
— Ja myślę o sobie, nie o tobie, zwłaszcza że rzecz nie poszła tak gładko, jak tego sobie życzyłem.
— A jakże?
— Brat rzeźnika rozgniewał się, zerwał się z miejsca i cisnął straszne przekleństwo. Zagroził mi, iż postara