Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/486

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   456   —

— To dla mnie bardzo ciekawe, gdyż mogę z tego rozmaite wnioski wyciągnąć. Ten handlarz koni jest Persem i nazywa się Kara. Bywa u konakdżego, do którego zajeżdża także Manach el Barsza i tamci czterej. To bardzo prawdopodobne, że ten właśnie człowiek jest celem naszych poszukiwań.
— Cieszyłoby mnie, gdybym was na ślad dobry wprowadził.
— Czy twój szwagier nie wie nic bliższego?
— O tem nie. On tak samo, jak ja, już dawno nie był w stronach ojczystych. Ale gdy dzisiaj przyjedziesz do mego ojca, to zapytaj jego i brata mego. Oni więcej może powiedzą.
— Czy twój ojciec żyje w przyjaźni z swoim sąsiadem?
— Nie są ani przyjaciółmi, ani wrogami, tylko sąsiadami, którzy muszą żyć obok siebie. Konakdżi ma w sobie coś fałszywego, skrytego.
— Nie słyszałeś, czy nie obcuje z ludźmi podejrzanymi?
— Do takiego odosobnionego konaku zajeżdżają różni ludzie. O tem nic się nie da powiedzieć. Mogę co najwyżej zauważyć, że obcuje ze starym Szarką. To zły znak.
— Któż to ten Szarka?
— Węglarz, który mieszka tam w górach z kilku pomocnikami. Siedzi podobno w ciemnej jaskini, a ludzie szepcą sobie do ucha, że w jej pobliżu pochowany niejeden człowiek, który naturalną śmiercią nie umarł. Samotna ścieżka, wiodąca przez góry, przechodzi przez jego teren i to szczególne, że niejeden wędrowiec wszedł na nią ale z niej już nie zszedł. A zawsze byli to ludzie, którzy posiadali z sobą pieniądze, lub inne kosztowne mienie.
— Toż to prawdziwa nora zbójecka! Czyż nie zdołano wyśledzić zbrodni tego człowieka?
— Nie, gdyż nie łatwo odważy się ktoś pójść do niego. Jego pomocnicy są podobno napół dzicy i silni