Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/463

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   433   —

stronę, a ja zażądałem przewoźnego, dostałem harapem zamiast pieniędzy. Dali mi przedtem polecenie, którego jednak nie wykonam. Kto mi nie płaci, temu też ja nie będę robił grzeczności.
— Czy mogę zapytać, do kogo się odnosiło to zlecenie?
— I owszem. Do tego człowieka, który przedtem zatrzymał się w waszem pobliżu, a potem zsiadł przed oberżą.
— Więc on dla ciebie nie obcy?
— Nie; każdy zna tego krawca.
— Czy to krawiec naprawdę?
— Tak mówią, ale nie słyszałem jeszcze od nikogo z tutejszych mieszkańców, żeby komu zrobił ubranie.
— Hm! A jak brzmi to polecenie?
— Żeby się spieszył, gdyż tylko do rana będą na niego czekali.
Gdzie? Tego już nie wiedział, a z owych pięciu znał tylko byłego poborcę podatkowego z Uskub, który aż do krwi ludzi dręczył.
— Niech go Allah pobłogosławi — dodał — tysiącem plag na ciele i tysiącem chorób na duszy!
Chciał mówić dalej, lecz odwrócił się, ponieważ coś innego zaprzątnęło jego uwagę. Z oberży wyszło dwu ludzi, niosących po dwa wiosła. Udali się nad wodę i poszli brzegiem w górę rzeki.
— O Allah! — zawołał przewoźnik — czyżby ci nieostrożni odważyli się czółnem przewozić?
— A gdzie jest czółno?
— Tam wyżej, gdzie kobieta siedzi nad wodą. Nie zobaczysz go, bo schowane za krzakami wierzby!
Tymczasem ci dwaj doszli do wspomnianego miejsca, zamienili słów kilka z kobietą i zniknęli potem za wikliną.
— Tak — rzekł stary — ośmielają się. No, niech im się uda, jeśli ich Allah ma w swojej opiece. Sami pewnie nie jadą, a ich podróżny będzie im musiał zapłacić dużo pieniędzy. Ja zrobiłbym mu to taniej.