Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/214

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   200   —

— Hm! To trudno.
— Ale dla mnie będzie łatwo, bo ty udzielisz mi odpowiednich wskazówek.
— Ja? Co ja wiem o Szucie! Czy uważasz mnie za rozbójnika?
— Nie, lecz za dzielnego Skipetara, który rozumie znaczenie tej kopczy i postąpi według tego.
— Panie, wiem dobrze, co mi czynić należy. Kopcza, którą nosisz, jest kopczą dowódcy, ale myśmy już znieśli tę odznakę. Obecnie nic już nie znaczy, bo nadużywano jej zanadto. Teraz są całkiem inne odznaki.
— Jakie? — zapytałem spokojnie.
— Pojmujesz chyba, że ich nie wyjawię, bo ty sam masz się ich znajomością wykazać.
— To są słowa?
— Tak. Pierwsze oznacza miejscowość. Gdzie szukasz Szuta?
— W derekulibe.
— Panie, to się zgadza. Widzę, że jesteś rzeczywiście naszym członkiem. Ale znak rozpoznawczy? Czy wiadomy ci? Nie miałem o tem niestety pojęcia, jakieby to mogło być słowo. W tem przypomniałem sobie przewoźnika z Ostromdży i sposób w jaki legitymował się u Mibareka. Wołał pod drzwiami „bir syrdasz — zaufany“. Czy i tu jest to znakiem? Postanowiłem je wygłosić i odpowiedziałem:
— Naturalnie, znam je, gdyż jestem bir syrdasz — zaufanym.
Na to skinął Czurak głową przyjaźnie, podał mi rękę i rzekł tonem serdecznym:
— I to także się zgadza. Jesteś jednym z naszych. Nabrałem zaufania do ciebie i witam cię. Czy nie opuściłbyś tego domu, aby zostać moim gościem?
— Dziękuję ci. Przyznasz, że lepiej będzie, gdy się stąd nie ruszę.
— Jesteś człowiekiem rozumnym i ostrożnym; to zwiększa moją ufność. O czem masz nam donieść?