Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/213

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   199   —

mnie boli i stać nie mogę, a krępowałoby mnie to, gdybym ja siedział, podczas gdy ty jesteś uprzejmy.
Teraz zajął miejsce. Mimo że mu się bystro przypatrywałem, nie zdołałem odkryć niczego, co mogłoby wywołać u mnie podejrzenie. Był to pewien siebie Skipetar, zaproszony przez obcego i czekający na powód tego kroku. Nie wyglądał bynajmniej na obłudnika, człowieka podstępnego i skrytego.
— Czy znasz to? — spytałem, wskazując na kopczę.
— Nie. — odpowiedział.
Tego się spodziewałem. Bał się przedemną, jako obcym, wydać z tem zaraz po pierwszem pytaniu.
— Przypatrz się dobrze tej spince!
Spojrzał na nią wzrokiem obojętnym i odpowiedział po namyśle:
— Ba! Spinka! Czy dla niej kazałeś mnie wezwać?
— Tak — odrzekłem bez ogródek.
— Kupczę końmi i bydłem, a nie spinkami — brzmiała jego odpowiedź.
— Wiedziałem dobrze o tem. Temi spinkami nie handluje się zresztą. Przybyłem, by ci przynieść pozdrowienie.
— Od kogo? — zapytał chłodno.
— Od Dezelima gospodarza z Ismilan i od jego brata.
Na to oczy jego nabrały wyrazu przyjaznego, z oblicza zaś znikła dawna surowa powaga.
— Czy znasz ich? — spytał.
— Bardzo dobrze. Oczywiście muszę ich znać.
— Oczywiście? Jakto?
— Bo jesteśmy braćmi.
— Skąd przybywasz?
— Ze Stambułu. Jestem wysłannikiem Usty, o którym chyba słyszałeś.
— Tak. Do kogo cię posłał?
— Do Szuta.
— Czy go wynajdziesz?
— Spróbuję.