Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/328

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   306   —

żeby wyśledzić ich kryjówkę. Teraz oczywiście nie możemy jeszcze wytworzyć sobie planu ściśle określonego, musimy dopiero zobaczyć, jakie tam zastaniemy miejscowości i stosunki. Najważniejsza rzecz to, żeby krawca ani na chwilę nie spuszczać z oka.
— Tego podstępnego szelmę! Wydawał się takim wiernym poczciwcem! Z jakiego powodu mógł się wybrać w te strony?
— Przypuszczam, że Szut darzy go największem zaufaniem i że dał mu ważne zlecenia.
— Dowiemy się o tem, zihdi. Na teraz możemy się cieszyć, żeśmy się pozbyli jednego wroga i to najgroźniejszego.
— Masz na myśli Miridita?
— Tak. On pewnie dziś wieczorem nie przyjdzie.
— A ja sądzę, że przybędzie z pewnością.
— By pomagać Aladżym?
— Przeciwnie, aby nas bronić przeciw nim.
— Ach, w to nie uwierzę!
— A ja wierzę. To Miridit i do tego rzetelny. Jest moim wrogiem dlatego tylko, że kula moja trafiła jego brata przypadkiem, a nie z powodu Szuta. Sądzę, że nas teraz szanuje, a pogardza podstępnem, złośliwem zachowaniem się tamtych. Wie, że darowałem mu życie. Który człowiek nie kocha swego życia? Dlatego poczuwa się do obowiązku wdzięczności.
— A tamtych nie oszczędzałeś, a jak ci podziękowali?
— Tak, ale też to tylko nędzne łajdaki. Gdyby mieli jego charakter, jego otwartość, bylibyśmy z nimi już dawno gotowi. Jestem całkiem pewien, że przyjdzie i że jego obecność nam się przyda.
Jak powiedział krawiec, dojechaliśmy do Jersely mniej więcej za godzinę. Była to górska wieś, o której nic się nie da powiedzieć. Zatrzymaliśmy się w chanie i kazaliśmy sobie podać przekąskę: kwaśne mleko i placki kukurudziane. Konie też napojono.
Uderzyło nas to, że krawiec, gdyśmy się do wsi zbli-