Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   98   —

godzinnej jeździe nadszedł samotny Bułgar, którego po ubraniu poznałem.
Stanął na widok mego zielonego turbanu i przepuścił mnie z pełnym szacunku ukłonem. Nawet najbogatszy muzułmanin czci najuboższego, najbardziej obdartego, szeryfa. Widzi w nim potomka proroka, któremu dozwolonem było już za życia oglądać niebo.
Zatrzymałem przed nim konia, pozdrowiłem go w odpowiedzi na jego ukłon pokorny słowami:
— Niech Allah błogosławi miejscu, z którego w podróż ruszyłeś.
Potem spytałem:
— Skąd przybywasz mój bracie?
— Droga moja zaczęła się w Radowicz — odpowiedział.
— A dokąd dążysz?
— Do Ostromdży, w której stanę, szczęśliwie, jeśli mi nie odmówisz swego błogosławieństwa.
— Niechaj ci towarzyszy w pełnej mierze!
— Czy spotkałeś wielu podróżnych?
— Nie. Droga była tak opuszczona, że mogłem myśli swoje poświęcić bez przeszkody dobrodziejstwom Allaha.
— Więc nie widziałeś nikogo?
— Na gościńcu tylko jednego człowieka, a mianowicie posłańca Tomę z Ostromdży.
— Czy znasz go?
— Znają go wszyscy w Radowicz, gdyż on załatwia wszelkie polecenia stąd i stamtąd.
— Czy z nim mówiłeś?
— Zamieniłem słów kilka. Wstąpił do małej osady, którą znajdziesz niebawem tam, gdzie droga prowadzi przez rzekę.
— Czy ty także tam odpoczywałeś?
— Nie, gdyż czasu nie miałem.
— Ale wiesz może, gdzie zajeżdża posłaniec w Radowicz?
— Chcesz go odnaleźć?
— Gdyby się dało.
— Nie zajeżdża do chanu, jak ci się może zdaje, lecz