Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.




ROZDZIAŁ I.
Zdemaskowanie.

Turecki wymiar sprawiedliwości odznacza się sobie tylko wdaściwemi cechami, albo raczej słabemi stronami, występującemi tem wyraźniej, im bardziej oddalona jest dana okolica. W tamecznych stosunkach nic dziwnego, że wśród rozmaitych nieokrzesanych i zwalczających się wzajemnie plemion arnauckich niepodobna mówić o rzeczywistem prawie.
Od Ostromdży zaczyna się terytoryum tych Skipetarów, których jedynem prawem jest zasada, że słabszy musi silniejszemu ustępować. Jeżeli nie chcieliśmy się dać skrzywdzić, musieliśmy to prawo zastosować w odniesieniu do siebie. Dokonaliśmy już tego popołudniu, jak wiadomo, z powodzeniem i postanowiliśmy na czekającej nas rozprawie wystąpić z tą samą siłą.
Kiedy wybieraliśmy się do „sądowego budynku“, mrok już zapadał. Widzieliśmy po drodze mnóstwo ludzi, którzy nie znaleźli już miejsca na dziedzińcu i poustawiali się tutaj, aby nas przynajmniej nadchodzących zobaczyć.
Po naszem wejściu na dziedziniec zamknięto za nami bramę, co nie było dla nas dobrą wróżbą. Mibarek użył swojego wpływu i, jak się zdawało, nie bezskutecznie.
Z trudem tylko zdołaliśmy przecisnąć się przez tłum na miejsce przesłuchania. Gdzie przedtem był tylko jeden stołek, umieszczono teraz długą ławę. Przyrząd do bastonady leżał jeszcze na tem samem miejscu.
Do kaganków nalano oleju, włożono skręcone kłaki