Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   96   —

— Tak.
— O, zihdi, nie dopuszczę do tego; zanadto cię kocham. Wolę sam piec się w ogniu wiecznym, bo łatwiej to wytrzymam od ciebie.
— Przypisujesz sobie więcej siły?
— Nie, ale jestem o w iele mniejszy od ciebie. Może znajdę miejsce, gdzie będę się mógł położyć pomiędzy dwoma ogniskami tak, żeby mnie nie bardzo bolało.
Hultaj nie brał zbyt poważnie swoich wątpliwości. Wiedziałem, że w sercu już oddawna jest chrześcijaninem.
Aby dokończyć przeobrażenia, nasadziłem okulary, zarzuciłem derkę na ramiona tak mniej więcej, jak Meksykanin nosi swoją opończę.
— Mudżizat allahi — cud boski! — zawołał Halef. — Zrobiłeś się całkiem innym.
— Rzeczywiście?
— Tak. Nie wiem, czybym cię poznał, gdybyś tak przejechał koło mnie. Tylko postawa wskazałaby mi, że to ty jesteś.
— Ona także się zmieni, choć to niepotrzebne, bo mnie Aladży nie widzieli. Mają tylko opis mej osoby, więc bardzo łatwo wywieść ich w pole.
— Ale zna cię posłaniec.
— Jego może nie spotkam.
— Przypuszczam, że będzie u nich.
— Chyba trudno. Chcą urządzić na nas zasadzkę na drodze do Radowicz, on zaś objuczył swoje osły i chce tam zawieźć towary. Zamierza więc dostać się do Radowicz. Należy się spodziewać, że ich spotka po drodze i pojedzie dalej.
— I sądzisz rzeczywiście, że sam sobie z nimi poradzisz?
— Naturalnie.
— Ale Srokacze są osławieni. Może byłoby korzystniej dla ciebie, żebym ci towarzyszył. Wszak jestem twym przyjacielem i obrońcą.
— Teraz masz się zająć Oską i Omarem. Oddaję ich obydwu pod twoją opiekę.