Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   151   —

— Pokaż język!
To było jeszcze ładniejsze! Usłuchałem go jednak i pokazałem. Przypatrzył mu się, pomacał, posunął koniec w jedną i drugą stronę i zauważył, kiwając głową:
— Niebezpieczne zwichnięcie!
— Ale niecałkowite!
— Cicho! Widzę to na języku! Od kiedy zwichnięta?
— Trzy godziny, najwyżej cztery.
— O to zanadto długo! Może łatwo nastąpić zakażenie krwi!
Omal nie roześmiałem mu się w oczy. Powściągnąłem się jednak i zdziwiłem się tylko, że określenie „zakażenie krwi“ znalazło już prawo obywatelstwa w języku tureckim.
— Ból? — pytał dalej.
— Można wytrzymać.
— Apetyt?
— Mocny i wszechstronny.
— Bardzo dobrze, bardzo dobrze! Przetrzyma się. Pokazać nogę!
Przykucnął. Ponieważ jednak nie było mu wygodnie, usiadł całkiem obok naczynia z wodą, ja zaś położyłem mu z zaufaniem na podołku nogę, ociekającą wodą.
Dotknął jej najpierw lekko, a potem silniej końcami palców, skinął głową i zapytał:
— Czy krzyczysz naw et przy małym bolu?
— Nie.
— Bardzo dobrze! Nastąpił jeden szybki chwyt, silne szarpnięcie i lekki chrzęst w stawie — potem lekarz łypnął na mnie okiem i zapytał:
— No, jak było?
— Bardzo przyjemnie.
— Więc jesteśmy gotowi.
— Całkiem?
— Nie. Jeszcze tylko obwiązać.