Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/305

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   287   —

miejsce pomiędzy nim a sobą... Ja zostanę tu na kilka chwil, ale rychło będę już z wami. A jeszcze jedno, Halefie! Weź do rąk strzelbę. Nie wiadomo, co się stać może. Miridita biorę sam wyłącznie na siebie. Gdybyś jednak spostrzegł w jakiś sposób tego Suefa, to pakuj mu natychmiast kulę w głowę.
— Zgoda! — rzekł Halef.
— Ponieważ zaś nasz zacny Afrit jest nieuzbrojony, obowiązkiem naszym jest pilnować go. Osko i Omar wezmą go między siebie, a ty pojedziesz z tyłu, abyś był pod ręką na wypadek czegoś podejrzanego.
— Nie bój się, effendi! Będę zaraz przy Suefie!
Hadżi mnie zrozumiał zupełnie. Nie wątpiłem, że zastrzeliłby krawca natychmiast, gdyby mu przyszło na myśl uciekać. Ten zaś patrzył na mnie badawczym, pełnym obawy wzrokiem i powiedział:
— Effendi, nie obawiajcie się o mnie!
— To nasza powinność. Jesteś z nami, a więc jesteś wrogiem naszych wrogów. Za takiego cię będą uważać. Trzeba cię zatem wziąć, w opiekę. Nie oddalaj się jednak od moich towarzyszy, bo mogłoby ci się zdarzyć coś, za co nie bylibyśmy odpowiedzialni. Z nimi jesteś bezpieczny.
— A ty z nami nie jedziesz?
— Zostanę w tyle na chwilę.
— Naco?
— Z tchórzostwa. Niech Miridit was wystrzela, zanim mnie trafi. Naprzód!
Halef zaśmiał się z tej odpowiedzi i skinął okiem w stronę śladów Miridita. Odgadł, że chcę za nim się udać.
Zaczekałem, dopóki nie przeszli pomiędzy krzakami i pojechałem wolno za śladem.
Oczywiście należało mieć teraz wszystko na oku. Miridit mógł mnie spostrzec o wiele prędzej niźli ja jego Dlatego usunąłem się z tropu jeszcze nieco dalej na lewo i jechałem z nim równolegle.
Zarośla stały w dość regularnych odstępach, mniej