Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   27   —

i wyjrzałem. Ktoś stał przed bramą, ale nie mogłem poznać, kto.
— Kim dir — kto tam? — spytałem.
— Słyszę ciebie — odpowiedział głos kobiecy. — Prawda, że to ty, obcy effendi?
— Tak, a ty zbieraczka roślin?
— Tak, panie. Zejdź! Chcę ci coś powiedzieć.
— Czy to konieczne?
— Zapewne.
— Czy wrócę spać?
— Chyba nie zaraz.
— Zaczekaj! Idę.
W minutę stałem z Halefem na dole.
— Effendi — rzekła — wiesz, co się stało? Albo, stój! Tyle czasu jest jeszcze. Popatrz na mego króla hadź Marrjam.
Dała mi do rąk kolczasty oset, szerokości dwu rąk,