Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/445

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   417   —

— Tego nie zrobisz. Czy sam nie skosztowałeś tej przyjemności? Wejdź w siebie i zacznij raz wreszcie inaczej postępować. Czemu nie chcesz puścić tych ludzi?
— Bo mi się tak podoba.
— W takim razie spodoba ci się lepiej to, że zabiorę truciznę do Uskub. Halefie, konie gotowe?
— Tak, effendi — odrzekł zapytany. — Trzeba je tylko przyprowadzić. Janik zapewne także już zaprzągł.
— Wtakim razie ruszajmy. Zawieźcie mnie przed bramę.
— Stój — zawołał Habulam. — Jakiż ty gwałtowny jesteś, effendi!
— Więc spraw się krótko! — odparłem. — Wydaj im płacę i niechaj idą!
— Zrobiłbym to, lecz nie mogę zostać bez odpowiednich służących!
To przyjm tymczasem zarobników dziennych. Szkoda mi czasu na długie targi z tobą. Oto są pisma, które sporządziłem. Przeczytaj je, a potem podpisz.
Wziął papiery i usiadł do czytania. Nie zadowolił się ich treścią; podnosił jeszcze różne żądania, ale ja nie pozwoliłem nic zmienić; w końcu podpisał. Halef wyniósł oba świadectwa i zeznanie, aby je wręczyć Janikowi.
— No, a teraz jak będzie ze służbą? — spytałem.
Habulam nie odpowiedział zaraz, natomiast Suef zawołał:
— A puśćże ich do szatana! Możesz dostać innych, którzy nie będą wiedzieli o wczorajszych i dzisiejszych wypadkach. Napędź ich, a im dalej się wyniosą, tem lepiej dla nas.
To rozstrzygnęło. Habulam poszedł po pieniądze, ja zaś zostałem, dopóki nie wypłacił. Potem oddałem mu truciznę, oraz okruszyny jajecznicy i kazałem konie sprowadzić.
Można sobie wyobrazić, że pożegnanie z gospodarzem nie było nadto serdeczne. Usprawiedliwiał się,