Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/316

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   296   —

— Albo czy ciężko oddycha? Czy widzisz ruch jego płuc, albo jak robi bokami?
— Ani śladu.
— Tak, stoi tu spokojnie i rzeźko, jak gdyby wstał ze snu przed chwilą. To był niezrównany widok. Nawet prorok nie miał takiego konia. Szkoda, że to nie klacz, lecz ogier. To jego jedyny błąd, ale całkiem jedyny. Dam mu dzisiaj wieczór w nagrodę placek kukurudziany, oblany raki, bo to jego przysmak największy; to smakosz.
A zwróciwszy się do krawca dodał:
— No, Africie, ty olbrzymie, czy czujesz respekt dla tego konia?
— On niepospolity. Nie widziałem jeszcze takiego — odparł zapytany.
Przypatrywał się ogierowi oczyma znawcy. Czy mógł ubogi krawiec zdobyć się na takie spojrzenia? Nie! Biła z nich żądza nie do ukrycia. Chciał posiadać ogiera. Widać to było po nim mimo wysiłku, by to zataić.
— Pięknie! — odparł Halef, zadowolony tą pochwałą. — Ale co powiesz o jego panu?
— Godzien posiadać takiego konia. Dobrze jeździ.
— Dobrze? Człowiecze, co sobie myślisz! Ty także dobrze jeździsz, ale w porównaniu z nim wyglądasz, jak żaba na grzbiecie wołu. Kto cię o to pytał, jak jeździ? Miałem całkiem co innego na myśli. Czyż nie dotrzymał słowa świetnie?
— Oczywiście przyznaję to.
— Oczywiście? Musisz to przyznać, musisz. Czy nie dowiódł, że Miridit to dziecko w porównaniu z nim, chłopak, który jeszcze bluzy sobie zapiąć nie umie. Jak go wspaniale wywiódł w pole! Czy przypuszczałeś, że go znowu podejdzie?
— Nie.
— Ja wiedziałem o tem zaraz. Twój mózg podobny do placka; zeschnięty i poczerniały z gorąca tak, że go spożyć nie można. Jak zdumiał się Miridit, nie widząc go razem z nami, jak się przeraził, ujrzawszy go poza