Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/401

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   373   —

— Hm! Trzeba się zastanowić. Sądzę, że należałoby...
Przerwano mi. Nie zaryglowaliśmy drzwi i były nieco odchylone tak, że światło padało na zewnątrz. Teraz otwarły się więcej i dał się słyszeć głos Habulama:
— Anka, szejtan kyzi[1]! Kto ci pozwolił tu pójść?
Dziewczyna drgnęła ze strachu.
— Wychodź natychmiast! — zabrzmiał rozkaz z zewnątrz. — A Janiku, ty psie, ty także tam! Bat nauczy was posłuszeństwa.
— Muradzie Habulam — odparłem — czy nie raczysz wejść do środka?
— Dziękuję. Nie czuję ochoty wystawić się na zabójcze działanie twego spojrzenia. Gdybym był wiedział, jakim jesteś uwodzicielem służących, byłby dom mój zamknięty dla ciebie.
— O tem pomówimy obszerniej. Wejdź tylko!
— Ani mi się śni! Wyślij mi moją służbę! To plemię podstępne nie ma tam czego szukać!
— Zabierz ich sobie!
Nie odpowiedział na to. Wtem odezwały się przyciszone głosy. Widocznie sam nie był.
— Jeśli nie wejdzie, to ja go sprowadzę — rzekł hadżi i przystąpił do drzwi pół otwartych. Wtem usłyszałem zgrzyt kurka, a głos jakiś wrzasnął rozkazująco:
— Nazad, psie, bo cię zastrzelę!
Halef drzwi czemprędzej zatrzasnął.
— Słyszałeś, zihdi? — spytał zdumiony raczej, niż przestraszony.
— Badzo wyraźnie — odrzekłem. — To był głos Baruda el Amazat.

— Mnie się także tak zdaje. Pod szopą stało dwu ludzi, którzy złożyli się do mnie. Nie udał im się zamach skrytobójczy, więc próbują teraz otwartego napadu.

  1. Córko dyabelska.