Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/82

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   72   —

który byłem na tyle zuchwały, że spojrzałem do góry, spadły na twarz części składowe okiennicy. Miałem jeszcze tyle przytomności, że odskoczyłem, ale dopiero wówczas, kiedy deski już leżały na ziemi.
W minutę potem usłyszałem hałas za drzwiami, jak gdyby się trzęsienie ziemi zbliżało: wrzasnęło kilka kotów, zawył pies, a wśród tego zabrzmiał nieopisanie dziwny głos kobiecy; następnie podbiegło coś, co było pewnie doktorem, gdyż drzwi się otwarły, a uczony jegomość poprosił mnie z głębokim ukłonem, żebym wszedł bliżej.
Ale co za postać stanęła przedemną! Ten „doktor i sklep z lekarstwami“, postawiony u nas na łanie buraków, odstraszyłby wszystkie ziemby, szczygły, czyżyki i wróble, że odleciałyby czemprędzej do Maroku, aby nie wrócić już nigdy w życiu.
Twarz jego wyglądała teraz zblizka jeszcze bardziej przedpotopowo, niż przedtem. Była tak pełna fałdów i zmarszczek, że brakło jej choćby odrobiny gładkiej powierzchni. Jego poranne ubranie stanowiło coś w rodzaju koszuli, sięgającej od ramion do kostek, która tylko częściowo pokrywała jego nagość, bo składała się przeważnie z dziur i rozporów. Na jednej nodze miał stary, wychodzony pantofel z czerwonej skóry, a na drugiej filcowy but do jazdy konnej. Ale i ten but tak łaknął powietrza, że dozwalał palcom wyglądać na wszystkie strony tureckiego państwa. Łysinę nakrył aptekarz starym, kobiecym czepkiem w ten sposób, że przednia część leżała z tyłu, a tylna z przodu. Stało się to wskutek pośpiechu, z jakim starał się przyjść z pomocą memu złamanemu żołądkowi.
— Panie, chodź bliżej! — rzekł. — Wejdź do nędznej fabryki zdrowia twego nikczemnego sługi! Pochylił się naprzód prawie głową do ziemi i cofał się przytem bocianim sposobem, gdy w tem uleciał z poza niego w górę głośny okrzyk boleści:
— O jazik — o biada! Kojun, bazar zen nazyrlarmic uceri — baranie, włazisz mi na nagniotki!