Przejdź do zawartości

Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.
—   17   —

 — Czy oprócz ciebie przebywa kto w chacie, albo w ruinie?
 — Nie.
 — Nie wiesz, czy jest kto obecny w chacie?
 — Niema nikogo. Wiedziałbym o tem.
 — Czy znasz człowieka imieniem Manach el Barsza?
 — Nie.
 — A Baruda el Amazat?
 — Także nie.
 — A jednak ci ludzie utrzymują, że znają ciebie bardzo dobrze.
 — To nieprawda.
 — Że zawiadomiłeś ich dzisiaj o mojem przybyciu.
 — To kłamstwo!
 — I że obiecałeś postarać się, żeby mnie uwięziono. Potem mieliście przyjść, aby mnie zamordować.
 Nie odpowiedział natychmiast. Wydało mu się przecież dziwnem, że wiedziałem to wszystko. Zaczynało mu widocznie świtać w głowie, że nie wszystko znajdzie tu dziś wieczorem tak, jak zostawił. Słyszałem, jak połykał i połykał coś z trudem, poczem dopiero odrzekł:
 — Panie, ja nie mam pojęcia, o czem ty mówisz i czego ty chcesz odemnie. Nie znam nazwisk, które dopiero co wymieniłeś i nic mnie nie łączy z takimi ludźmi, jakimi są niezawodnie ci, o których się pytasz.
 — Więc nie wiadomo ci także, iż mają tu przybyć dwaj bracia z wieścią, że poniosłem śmierć w Menliku?
 — O Allah, nie wiem ani słowa, ani zgłoski!
 — Tak dalece nic nie wiesz, że lituję się nad tą nieświadomością. Ta litość zmusza mnie do otworzenia ci oczu na to, jak niebezpieczni ludzie znajdują się w twem pobliżu. Chodź!

 Wziąłem go pod ramię i poprowadziłem. Na moje skinienie ruszył Halef przodem z pochodnią, aby nam świecić. Za nim szli panowie z kazy, Osko, Omar i obaj oberżyści. Reszta musiała zostać, bo w ruinie miejsca tyle nie było.