Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/28

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   18   —

Co się musiało dziać z Mibarekiem, gdy widział, z jaką pewnością idziemy drogą, o której myślał, że jest tajemnicą dla obcych!
Gdy Halef odsunął powój, usłyszałem, że zaklął, nie mogąc nad sobą zapanować.
— Co, konie? — zapytał kodża basza, gdy weszliśmy do przedziału, zamienionego na stajnię.
Ponieważ to była noc, (mieliśmy trochę kłopotu ze zwierzętami. Nie były poprzywiązywane i lękały się świateł i ludzi.
— Gdzie są konie, tam muszą być także ludzie — rzekł Halef. — Chodźcie tu, to ich znajdziemy!
Trzej skrępowani leżeli wciąż jeszcze tak, jak ich zostawiliśmy tutaj.
Nie wymówiono z początku ani słowa. Rozwiązałem ich przy pomocy Halefa tak, że mogli powstać i poruszać nogami.
— Manachu el Barsza, czy znasz tego człowieka? — spytałem, wskazując na Mibareka.
— Niechaj cię Allah potępi! — odpowiedział.
— Barudzie el Amazat, a ty znasz go?
— Ruń z mostu śmierci na dno potępienia wiecznego! — zawołał.
Na to zwróciłem się do dozorcy więzienia:
— Ty popełniłeś tylko to zło, że uwolniłeś tego więźnia. Kara tych dwu będzie ciężka, ale twoja wypadnie lżej, gdy dowiedziesz, że nie jesteś zatwardziałym grzesznikiem. Powiedz mi prawdę! Czy znasz tego człowieka?
— Tak — odrzekł po kilku chwilach zastanowienia.
— Kto on?
— To stary Mibarek.
— Czy znane ci jego prawdziwe nazwisko?
— Nie.
— On i twoi towarzysze znają się wzajem?
— Tak. Manach el Barsza bywał bardzo często u niego.
— Mnie miano pozbawić życia w Menliku?