Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   193   —

mi kłopotu. Tu mieszkają sami poczciwi ludzie. Ilekroć zdarzy się coś przeciwnego prawom, to zawsze z powodu obcych. Władza kiaji nie jest niestety wielką. Trafia się, że opryszki się śmieją z człowieka, bo wiedzą, że prędzej znajdą poparcie niż ja.
— To źle. W takich wypadkach musisz być surowym, aby zachować powagę.
— I to też czynię, ale przytem mniej się zdaję na swoich przełożonych, niż na siebie samego. Ci zbóje, nie uznający zresztą niczego, czują więcej uszanowania dla silnych pięści, a takie ja posiadam. Zdarza się, że oćwiczę obie strony, ale to nie zawsze bezpieczne. Przed kilku tygodniami byłbym to życiem przypłacił.
— Jakto?
— Czy słyszałeś już może o Aladżych?
— Słyszałem.
— To najzuchwalsi i najniebezpieczniejsi zbóje ze wszystkich, prawdziwi Skipetarzy, odważni aż do szaleństwa, chytrzy jak dzikie koty, okrutni i brutalni. Pomyśl sobie! Jeden z nich, imieniem Bybar, którego brat zwie się Sandar, wstępuje tu jednego wieczora, przechadza się po izbie pomimo obecności innych ludzi i żąda odemnie prochu i ołowiu.
— Od kiaji? To niezłe!
— Rzeczywiście. Gdybym był mu dał choć trochę materyału strzelniczego, przepadłaby moja reputacya. Odmówiłem więc. Na to rzucił się on na mnie i przyszło do ciężkiej walki.
— Zwyciężyłeś zapewne, bo pomogli ci drudzy ludzie.
— O, nikt palcem nie ruszył, bo obawiali się zemsty Aladżych. Ja także słaby nie jestem, ale nie mogłem dorównać temu chłopu jak dąb. Zmógł mnie i tak we mnie walił, że dobrzeby mnie był urządził, gdyby mi dwaj moi parobcy nie skoczyli na pomoc. Chwyciliśmy go za kołnierz wspólnemi siłami i wyrzuciliśmy go za drzwi.
— To także dobre! Zarządca policyi wyrzuca rozbójnika za drzwi zamiast go uwięzić.