Poezye Studenta/Tom III/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Tarnowski
Tytuł Poezye Studenta
Tom III
Wydawca F. A. Brockhaus
Data wydania 1865
Drukarz F. A. Brockhaus
Miejsce wyd. Lipsk
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


POEZYE
STUDENTA.
Tutto fuoco... tutto bile... tutto spirito!…[1]
Salvator Rosa.


Kto mi dał skrzydła — kto mnie odział pióry?…
J. Kochanowski.


TOM TRZECI.
F. A. Brockhaus Lipsk logo.jpg


LIPSK:
F. A. BROCKHAUS.

1865.



PACHOLĘ ZWIERZYNIECKIE.

POWIASTKA Z PODAŃ KRAKOWSKIEGO LUDU.


                             Wrócą się szkody, lecz łzy, kto powróci?
                                            SŁOWA JADWIGI.


                             Wiesz, kto mnie pojął?
                             – – – – – – –
                             Pies pod oknami. – –
                                             GWIDO.

ŚPIEWAKOWI GWIDONA


TEN KWIAT NADWIŚLAŃSKI


RZUCAM POD NOGI.


PACHOLĘ ZWIERZYNIECKIE.
WSTĘP


I.

Na łono twoje o matko miłości
Kładę me blade i spiorunowane
Czoło, zszarpane lemieszem młodości
Szalone — smutne — i sponiewierane...
Po piekieł drogach z tem, co było święte
I serce moje jak lampę płonącą
Jak gwiazdę z gromów światło czerpającą
Choć pękające — przeto nie pęknięte!

Krzyki boleści samotnego ducha
Jak krzyki arfy w głos Prometeusza
To są sokoły, które moja dusza
Szle tobie matko!... szle — a choć ich tyle
Ni jeden nie ma anioła — lub druha,
Co by z nim jedną w akord przeplótł chwilę
Jak dwa pioruny w warkocz uplecione
Akordem w zygzak w błękitach rzucone!...
Patrz na mnie matko mojego narodu.
Oto z rozdartą duszą jak bez żagli
Okręt, ja lecę szałem dzikiego porodu
A szał ten strasznie w nieśmiertelność nagli!

Idę sam — sam do końca — bez końca
Wszak nic nie miałem o matko! Prócz Ciebie
A nawet w krwawo spłakaną twarz słońca
Patrzyłem — niemo wzrok tocząc po niebie! …

Dziś zanim pęknie wezbrane już łono,
Nim się potoczą pieśni tych potoki
Jak krew od serca silą uorloną
W zlecą ku górom w Libanu obłoki —
Ty spojrzyj na mnie, bom jest nad otchłanią
Bom jest rozpaczą i przekleństwem żarty
Bom syt trucizny i żądeł co ranią
Z ust całowanych... bo męczeństwa karty
W piekielny ogień rzucę — i szatanom
Poświęcę — parsknę w śmiech taki, jakiego
Piekła nie znały — i spadłym Tytanom
Powiem, że kłamstwem cnota — w obec złego!...
Bo duszę moją rozedrę na szmaty
I nią otulę miłość — nieśmiertelną
Nim padnę duchem w znicestwienia światy,
Co grzmią przekleństwa muzyką piekielną...
O!... czy ty słyszysz co we mnie szaleje?
Czy czujesz — matko co gra w mojej duszy?
Jak piorunowy akkord co się śmieje
Z Bogów i z ludzi — ryk dział — dzwonów zgłuszy…
Aż wśród miłości grzebie swe nadzieje?...
O!... czy ty jasna przed którą płakałem
Jakiem łabędzia i lwa rykiem wściekłym
Widzisz tę gwiazdę nad mym ideałem
Co samsonowa jest — duchem nie ciałem?
Dziś mej rozpaczy rozkiełznanym szałem
Wołam do Ciebie patrz! I chodź tu do mnie
Bo w Dejaniry szatę myśl oblekłem
Bom jest jak orzeł — gdy wąż oblekł skrzydła! …
Jam zrodzon ptakiem! nie dla mnie wędzidła!
Ha! matko zaświeć mi gwiazdką Majową
Lub cichą lampą żywą choć grobową —
Bo przez podziemia idziem w kraj zbawienia

Świecąc po drodze twarzą marmurową...
Lub łzą co spada w pożary zwątpienia,
I Boga w światach tworzy znicestwienia!...
Jam ich nie przeklnął!. lecz tylko dlatego
Że są niegodni naszego przekleństwa!
Matko! weź ducha — o! ducha orlego
I nieśmiertelność zniszcz mego istnienia
Myśl jak wodospad po wiekach męczeństwa,
Zalecieć może w otchłanie zwątpienia
Gdy z pian nie tryśnie tęczą odkupienia!..
Bo wszędzie nicość samolubna — smutna
Bo wszystkie wielkie serca jako lutnie
Pęknięte wiszą na grobach — i smutnie
Jęczą — a przyszłość w groby tak rozrzutna
Jęki ich bierze wiekom na pożarcie
I skarg ich żalem śmieje się szalona.
Ha! ha! witajcie węże Laokoona
Wam to najpierwsze piersi mej rozdarcie!
Ale i dla mnie jest tam gwiazda czysta
Co mnie w ciemnościach prowadzi ognista —
Kiedy już klęcząc na rozpaczy progu
Pieśń zanuciłem tęsknoty bez końca,
Pieśń co szaleje miłością ku Bogu
Choć ją zwątpienie szarpie i roztrąca,
Wiąże swe strony promieniami słońca...
Tak rozczochrana wichrami kaskada
Co bole szczytów otchłaniom spowiada...

O ty! co w śnieżnym niesiony obłoku
Wśród burz z wieczystym na czole pokojem
W tryumfie ciszy acz z piorunem w oku
Nie groźny mocą — u wszechświatów stoku
Coś wieczność stworzył... arfy duchów strojem
O mistrzu mistrzów! ojcze gwiazd i pieśni,
Tyś ptasząt uczył szczebiotów poranka
I kłosy z cichym czoła zginać szumem
I lasy — wieków dzikim gwarzyć tłumem,
O jakim głowa ludzkich mędrców nie śni..

Ziemia Cię czuje sercem... jak kochanka —
Co białem czołem do stóp twej światłości
Przypadnie cicha — jak lilia złamana
Pełna natchnieniem i rosą miłości
Wołając tylko: Hozanna! Hozanna!
O ty! coś powiał po nad Polską ziemią
W chmurach męczeństwa i na senne głowy
Cisnął swe ciernie co się bardzo plemią.
A w ręce cisnął arfy znak godowy
Bijąc w jej strony płomieni mieczami
I w duchy sypiąc zapału iskrami...
O! bądź pochwalon! boś rzewny jak zorze
Co łzą poranną ponad ziemią płacze
O bądź pochwalon — bo jak bez dna morze
Miłość twa wielka — nad ziemi rozpacze!..
O bądź pochwalon — chwiejące się trzciny
Śpiewają tobie — i niebios skowronki —
I niemą wonią polne lilie — dzwonki,
I dęby pustyń — i bluszcze ruiny...
A wśród tych głosów głos duszy człowieka
Co w ich harmonii akkord się przeżala,
Pęka u stóp twych — jak u brzegu fala
Miłością blizka ci — dumą daleka!..
Duchu piękności bez śmierci i końca
Jasnej — w tęczowe przyodzianej szaty
Dusza dziecięcia jaśniejsza od słońca —
Gdy tobie wiarą śpiewa — i w bławaty
Z ugoru Polskiej krwią zasianej ziemi
Strojniejsza iście nad ich szmat szkarłaty
Bo Ciebie czuje o każdej godzinie
W zmierzchu wieczora i o wschodzie słońca
I w smutku serca i w dźwięku co płynie
Z dzwonów wieczornych — a polotem wiary
U gwiazd się twoich gdzieś ginąc roztrąca —
Biały duch wzlata nad otchłani jary
Płynie jak łabędź z pieśniami anioła
Do Ciebie Ojcze!. i z twojem imieniem
Potęgę z ziemi potęgi wywoła!...

Aż kiedy skona w zmartwychwstań błękicie
Tu kilka dźwięków i kilka promieni
Zbłąkanych z płaczem głosów tęsknej ziemi
Jak kilka piórek co niebiosów dziecię
Wiodąc stróż anioł upuścił ze skrzydeł,
Na ich bluźnierstwa lub dla ich mamideł...
Lecz ty miłości walko nieskończona
Kamienowana, przez piekła idąca,
Coraz to bardziej — okropniej kuszona
Za to, że wyższa — słoneczna nad słońca
Idziesz i pęta targasz cnoty dłonią
Światłości cudów siejąca pogonią!..
Co w twojej piersi gra ducha strunami
Tego odblaski grzmią burzy stopami
W oczach szkieletów i w uszach upiorów —
Lecz jak dalekie ducha rozhoworów!..

Muzyko! matko wędrującej ziemi —
Aniele stróżu świata! co prostoty
Drogami wiedziesz ją na szczyt Golgoty,
O! ty prorocza kapłanko! twojemi
Ramiony światła — jak słońca ramieniem
Błogosław duszom, co twojem znamieniem
Znaczone idą w walce przez świat cały,
Przez świata bagna — i przez świata skały!..
Gdyby oszalał cały świat w zwątpieniu
A pozostała — jedna twoja struna
Dźwięk jej by dowiódł o Boga istnieniu
I zerwałby się świat — z rozpaczy łona...
Ty co zwiastujesz o szczytach Jehowy
Po nad otchłanią rozpaczy wzniesiona
Jasna jak złoty promień Jego głowy
Lecisz w ciemności — ogniom na nasiona!
Tam idą tłumy z tobą — tam z daleka
A każdy jasny niesiony swym duchem
Twarz ma anielską bolami człowieka
Związan z odwiecznym przeznaczeń łańcuchem —
Tam stoją tłumy u szczytów tej góry —

Jedni na piersiach rozdarli swe szaty
Inni już piersi rozdarli — i szmaty
Serc swych ciskają a jasnemi pióry
Co raz to wyżej lecą nad tłumami,
Co jeszcze ślepe — w współce z ciemnościami.
Ty hymn ofiary nad tęsknych gromadą
Zanuć, o boska, sunąc się nad niemi
I w ciemność nocy błyśnij twarzą bladą,
By przewidzieli — dotąd zaślepieni —
Bo któż zanuci hymnem odkupienia
Jeżeli nie Ty — pieśń — pieśń przebaczenia?..





W KLASZTORNEJ BASZCIE.


Majowa nocy!.. ile masz uroku
Kiedy świat cichem otulisz ramieniem,
Jakby anioły w gwieździstym obłoku
Nakryły ziemię skrzydeł swoich cieniem,
A górze tylko u sklepień błękitu
Bladawą lampą zawisł księżyc złoty —
I cicho sunie, nad Kraków — u szczytu
Lecz się nie cofa — jak czyn cichej cnoty.
Nad Wisłą szumią lipy i topole
W koło klasztoru baszt zwierzynieckiego,
Dalej doliny — w szerokim rozdole
W mgłach otulone pół świata nocnego
W dali gdzieś ginie odgłos słowiczego
Śpiewu w wiklinach.. po rosie przez pole
W tym blasku cichym, zwierzynieckie mury
Stoją jak starzec wieków zadumany
Nad wstęgą Wisły, której nurt wezbrany
Odbił kształt jego wiekami ponury...

Już umilkł jego dzwon z piersią pękniętą,
Co razy siedem jak w siedem boleści
Wezwał do modłów...
Wiatr nocny szeleści
Łzawemi kwiaty i lipą rozpiętą
Jak ramionami matki — konarami —
Nad brzegiem Wisły, gdy liśćmi drżącemi
Modli się w ciszy — modli się za niemi,
Modli się w burzy, modli się za nami —
Za utopionych i za tonącemi...
Lecz z wielkiej baszty nad szum z dali gaju
I nad słowiczych pień drżące pieszczoty —
Słychać głos jakiś muzyki — wśród maju
Nocy uroczej — zajaśniał nów złoty
I przez okienko zwierzynieckiej wieży
Widna stojąca postać pacholęcia:
Twarz ma niewinną — i wiarę dziecięcia
W twarzy śmiejącej, choć w lichej odzieży —
Z tego okienka deszcz muzyki płynie
Po bluszczach baszty, w falach Wisły ginie —
A oczy jego w gwiazdach utonęły
I dwoma łzami dużemi błysnęły...
A w dłoniach jego skrzypeczki drżą rzewne,
Po których smyczkiem duszę swą wylewa,
On jak to ptaszę nieuczone śpiewa
Tony anielskie — i proste — i pewne —
Bo on jak kwiatek wzrósł na Wisły brzegu
I duszy cichą, choć namiętną wonią
Białemi skrzydły natchnienia pogonią
Ku niebu leci w niewstrzymanym biegu —
On z okiem baszty u stóp ma krainę,
Po której Wisła Tatrów myje stopy —
Dokoło pola — i chaty rodzinne
A w górze gwiazdy, niebios ciche stopy —
Księżyc w topoli gałęzie szepczące
Wsunął promienie złote — jak w kochanka —
Włos skroni, rękę, dziewczę kochające
W oczy ostatni raz patrząc — do ranka...

I rzewnie szumi topola — lecz rzewniej
Gra jego skrzypców płynie — coraz śpiewniej...
On okiem rzucił po tym pięknym świecie
Co noc majowa cicho osłoniła,
Mgieł puchy w blaski nowiu otuliła
A w świat ten patrząc tajemnicze dziecię
Błękitnych ocząt w górę wznosi dwoje
I pieśni duszy swej — z wiosną wraz splata
Na świecie wiosna — o! i jego lata
Wiosenne — czyste — jako górskie zdroje
Prądem się suną w pierwsze niepokoje...
Długie mu włosy opadły na szyję
A w piersi słychać jak tam serce bije...
O! w jego duszy tak wiosennie, rzewnie
Jak nocy maju — pieśń cicho, powiewnie
Z szumem ziół, fali, i dzwonów polotem
Modli się stwórcy w blasku nowiu złotym,
Bo to dziecinne serce nic nie miało —
Nic oprócz Boga którego kochało,
Wszystkich strun duszy harmonią wspaniałą!..
Nic oprócz ziemi rodzinnej ugoru
I swej muzyki płaczu porannego,
Którym z tajemnic duszy spowiadało
Się Stwórcy swemu każdego wieczoru —
W swych skrzypiec tonach ducha młodzieńczego
O wiosno życia! jasny archaniele
Kto ciebie nie czuł w swej młodzieńczej duszy
Ten cię nie ujrzy w promienistem ciele
I łez sieroctwa braciom nie osuszy...
Bo kto raz cierpiał tutaj w imię twoje
Modlitwą cierpień — ten ducha ramiony
Pchnie Ciebie ziemio i pójdzie w przeboje
Aż tam! gdzie gwiazd twych odpoczną miliony!
Tak w ciszy nocnej tony z tonów płyną
Jedne po drugich modlitwą natchnienia
Głośne i ciche... powstają i giną
Jak dusze czyszca lecąc w nieb sklepienia
A on pociąga coraz silniej, śpiewniej,

Po strunach swoich, i dziecinne życie,
Wyśpiewał całe już — w tej pieśni rzewnej
Że odtąd stanął już jako mąż dziecię,
Którego serce dużo przebolało
Dużo przeczuło — za wielu cierpiało!..





ŻOŁNIERZ PUSTELNIK.


Wśród chat rolników co na świętem wzgórzu
Po Sikornikach legły rozsypane
U stóp mogiły Kościuszki rozsiane
Między staremi drzewy stała chata
Najbliższa u stóp mogiły — o stróżu!
Stróżu jej stary, cześć twym zmordowanym
Kościom, z Kościuszki kośćmi spracowanym!
W sam czas Pan ciebie otulił w mogile
I po nad tobą czarny krzyżyk stoi —
Byś nie zaoczył jak w goryczy chwile
Ręka pogańska świętokradzko broi...
Około ludu najdroższych pamiątek
Niszcząc ostatni szczątków starych szczątek —
I już młodości naszej to zostawił
Spełnisz aż do dna ten kielich goryczy.
Milcz lutnio!.. On się w naszych ranach krwawił,
O milcz — on cały różaniec mąk zliczy,
On pokolenie z krwi posiewu w roli
Piastował — wzrosłe tylko tem co boli...
Oj tam nad Wisłą zielenieją skronie
Mogiły w topol otoczonej wianku,
Co jak kochanka przy swoim kochanku
Stoją — jak pary zaklęte w mazurze —
I milczą — w szmerze łezka rosy płynie,
Cichy hymn szepcze chwałą Wisły łoże —
O ty pomniku narodowej chwaty

Coś wstał w najsłabszej boleści godzinie,
Ty czuwaj i świadcz że naród nie zginie.
Mogiło święta... w dzień gdy będą brzmiały
Po kościach naszych zwycięztw polskich pieśni,
Ty się zatrzęsiesz... ale dzień zwycięztwa
Tak wielkim już nie będzie — jak męczeństwa
Dni, w których naród cierpiąc najboleśniej,
Żył jednak stróżem wolności w kajdanach
I światu balsam przechował w swych ranach!..
Gdy bohaterów, zwycięzców — wolności —
Po szubienicach wiatr kołysał kości,
A naród przeto nie zwątpił, choć żmije
Serce mu gryzły —
Dokąd jeden żyje!..

Tuż pod mogiłą stoi mchem porosła
Kapliczka stara świętej Bronisławy,
W cieniu lip starych chata się tam wzniosła
Nizka i sama — u stóp grobu sławy —
Tam był pustelnik do ziemi schylony
Co sypiał w trumnie — i tu dni ostatnie
Chce spędzić jeszcze, patrząc rozrzewniony
Na pomnik wodza! o — i czasy bratnie
Wspomina z cichem, grobowem westchnieniem,
Jak gdyby przyszłość była już — marzeniem!
To jeszcze stary wiarus Kościuszkowski,
Co tu zamieszkał pustelniczą chatkę
U stóp tej góry — pod tych lip cieniem
Jak gdyby wczoraj, w imię Częstochowskiej
Panny — on widzi Maciejowic pola —
Tu łzami starca opłakuje matkę
I codzień kończy mówiąc — bądź twa wola!..
On przyjął do się sieroce pacholę
I dziwny związek między starca duszą
A pacholęciem powstał — on mu w dole
Gród wawelowy wskazywał — pod gruszą
Siedząc, na Wisłę obracając oczy,

Nieraz mu dziejów tu obraz roztoczy
A Kościuszkowskiej postaci świętością.
Kończył — i otarł łzę — z dziecka rzewnością
Wtedy garść ziemi podrzucił chłopczyna
W niebo — i sercem już poczuwał — syna!...
Oto pustelnik schorzały w swej chacie
Sam się w swą trumnę przeczuciem położył,
A przy nim klęczy w samotnej komnacie
Pacholę młode — z głośnym serca płaczem —
On jeszcze oczy gasnące otworzył
I w chwil ostatnich cichym majestacie
Tak jeszcze prawił przerywanym głosem:
O moje dziecię!. poczciwa sieroto,
Już ty się moim nie zasmucaj losem
Patrz włos mój biały jak śnieg — i patrz — oto
Piersi me same otworzyły bliznę —
I czoło moje — zorane zmarszczkami
Ja jeszcze — żywą widziałem Ojczyznę,
A tyś się tylko modlił z jej grobami...
I jam tak płakał... kiedy byłem młody,
Gdy błogosławiąc konał ojciec stary
I dał swą szablę — mówiąc: w imię wiary
Idź — walcz mój synu — pókiś żyw — by wody
Polski krwią naszą sfarbować do syta
Tępiąc co cuchnie czy dziegciem, czy lasem —
Tak jak walczyli my ongi pod Barem
Oh! ojcze Marku!... dzięki ci — z błękitu
Stąpasz!.. i skonał — a ja szablą starą
Zimnej już klingi otarłem me oczy,
A odtąd szedłem światem z ojców wiarą
I wiesz jak Polak krew moskiewską toczy,
Bo nie raz tobie pod temi lipami
Długiemim tutaj gadał wieczorami
Te dzieje nasze — i męki — i bitwy —
Dzieje korony — i te dzieje Litwy —
Aż do skonania ostatniej modlitwy —
Teraz ci dziecię biedne błogosławię —
Byłeś sierotą — a ja póki żyłem

Tak jako mogłem do ran cię tuliłem
Byłeś balsamem mym... lecz cóż zostawię
Ci, krom mych wspomnień i cichej mogiły?
Wszak i ja dawno żyłem z darów braci
Kruki mi pańskie chleba nie nosiły...
Smutno mi chłopcze!... bo w twojej postaci
Rośnie żałoba — lecz masz dosyć siły
Idź w świat i pracuj, zawsze prostą drogą
Idź — nie upadaj — a nieba pomogą!..
Och! lecz piekielnie mi w chwili skonania
I po nad wami noszę brodę siwą
Bo wy nie znali od dni swych zarania
Tej matki Polski źrenicą szczęśliwą.
Gorzko mi konać — bo komuż o skonaniu
Oddam tę szablę? tyś dobre pacholę
Lecz wy dzisiejsi na płaczu padole
Idziecie dziwnie w waszych dniu zaraniu,
Ty krom twych skrzypek nic nie znasz na świecie
Więc ci jej nie dam... nie dam... moje dziecię...
Z nią mnie pochowaj!.. ha! nadali diabli!
Twardo umierać na szerokim świecie
A niemieć nawet komu oddać — szabli!
O! bądź miłościw!.. ziewnął — zagryzł wargi
I biała głowa do trumny opadła
I wyraz dzikiej i ponurej skargi
Twarz marmurową na zawsze osiadła,
Boleść zwątpienia co serce przejadła —
Aby z tej twarzy wyrazem wstał z ziemi
Świadczyć — lecz błagać — za potępionemi!..
W tem dzwon pomknięty z Zwierzynieckiej wieży
Ozwał się w siedem głosów wołających —
Klękają ludzie, gdzie kto droga bieży
Za utopionych w Wiśle — albo mrących...
A promień światła trysnął oknem chaty
I twarz żołnierza wieńcem swych promieni
Otoczył — i twarz — tak młodzieńczą laty
Chłopca — co milczał — jak kuty z kamieni,
Bo nie miał głosu w piersi dla swej straty

I klęcząc nad nim ku ziemi złamany,
Raz pierwszy poczuł — wszystkie sierót rany!..
I chłopię małe usta zacisnęło
Ni jęku z piersi, ni łezki z źrenicy
Tylko schylone w zmartwiałej tęsknicy
W lica umarłe starca utonęło,
Jak kłos swą jasną główką pochylone —
Rączęta na pierś złożyło ściśnione
Potem porwało za skrzypeczki małe
I cichym muzyki serdecznym płaczem
Jako szum drzewa, gdy nań wiatr powiewa,
Śpiewał — bo czuł się sierotą tułaczem
Widząc przed sobą — przyszłe życie — całe!
Przy trupie starca klęczał oniemiały
I tak wypłakał cały żal — nie cały!..
Bo są boleści w sercu jak ołowie —
Których tu człowiek nigdy nie wypowie —
Które przyjaźni serce może tylko
Przeczuć — i natchnień podzielić tu chwilką —
Po dźwiękach dźwięki płynęły żałosne,
Jak psalm ostatni skowronka na wiosnę
Kiedy mu sępy gniazdo roztargały —
I tak noc przegrał — aż gwiazdy z mogiły
Znikły — i dzwony ranne zadzwoniły...
A on w swej duszy myślał: o Rodzico
Boga! z skroniami w polnych kwiatów wianku
Strójnemi w twej kapliczce modrzewiowej
O! ty wysłuchasz pieśni mej dziewico!...
I dasz spokojność duszy wiarusowej!..
Za jego duszę gram przed tym obrazem!..
I cienie nocy nikły w chmur pogrzebie
I już kaganka światełko konało
Lecz się nie zbudził z rankiem starzec w trumnie
Przy nim pacholę co pieśniami tłumnie
Żalów dziecinne skargi spowiadało,
Nad ranem z trudu usnęło — i spało —
Odtąd chłopięciu pozostało — tyle

Żyć wspomnień starca skarbem przyszłe chwile,
I dumać w wieczór na jego mogiłe.

O ciężki smutek starca dziś przenika
Wszystkich Zwierzyńca włościan w dzień żałoby
Bo oto idą chować pustelnika,
Co żył po Panu od doby — do doby…
Oto już kroczy tłum ludu z świecami
A naprzód kapłan idzie z smutną twarzą,
Trudno mu śpiewać przez łzy z wieśniakami
Co tłumnie niosą jego trumnę — gwarzą
O życiu jego… i jak blask wśród nocy
Kościuszki imię z ust do ust przepada —
Za trumną milcząc kroczy jak w niemocy
Spokojne chłopię — na które gromada
Pogląda smutno.., i niewiasty łkają
A klechy głośno, z kropidłem, śpiewają…
Już wchodzą w bramę na smętarz on cichy
O ty kościołku mały Salwatora
Dzwoniący wieki… z rana i wieczora!
W kościółku dzwonią!.. grób kopany, lichy,
Czeka gotowy — trumnę postawiono,
Umilkli ludzie — a kapłan do ludu
Przemówił jeszcze o zasługach człeka
O życiu — i o bożych łaskach cudu,
Wreszcie — (nieznacznie) rzekł, by nie tracono
Nadziei lepszej doli — która czeka —
Pokropił trumnę — grabarze porwali
We dwa powrozy twardo ją związali
I w grób spuścili — znów pieśni zabrzmiały
I tu już grudy na wieko leciały
W głuchy i niemy grzmot waląc bryłami
Z łopaty ciężkiej grabarza spadały
Grzmiąc głuchym jękiem, zmiłuj się nad nami!..
Tak pięść w pierś bije w godzinie rozpaczy
Jak gruda w wieko — na trumnie tułaczy —
Zagrzmijcie grudy po wieku
Dumaj o sobie — człowieku!...

Lecz kapłan hymn już słoneczny poczyna
Salve regina!
A grajek młody ni grudki nie rzucił,
Twarz miał jak gdyby nigdy się nie smucił,
Lecz kiedy wieko znikło, krzykł straszliwie
I jak podcięte drzewo się wywrócił
Piersią do ziemi — jak głaz co nie żywie
I już ani nie czuł ani widział świata,
Tylko gdzieś w mózgu jakieś pieśni, dzwony,
I grzmot grud słyszał ciężko odwtórzony,
At się przebudził zdrętwiały — gdzie chata
Pustelna była — sam w ranne świtanie
A nad nim tylko obraz był na ścianie —
I jakieś głuche w pamięci wspomnienia
Odgłosy dzwono w — i przepaść — milczenia!..
Że się ze słomy zerwał i co siły
Biegł do staruszka świeżuchnej mogiły,
A na niej stał już krzyżyk niski, czarny
W nim ryty napis — «i korny i karny.»





SEN.


Któż śmie ocierać ręką łzy sieroty
Jeźli sierota miała wdzięczne serce?.
Mimo przesuną szkielety — szyderce —
I rewerenda — jak śnieg białej cnoty —
I jak śnieg zimnej — zimnem nieostrożna!
O! bo łez takich osuszać nie można!
Ani tamować źródła młodej duszy —
Takie łzy promień opatrzności suszy!..
Z czasem je z źrenic w wieczornej cichości
Pochwycić możesz — ustami — w miłości —

Ale tej rany co się jątrzy w duszy
Ty nie zagoisz — co boli w skrytości!..

Już się zieleni tam starca mogiła
Nizka — pod wierzbą dziką, tak zielona,
Jak myśl nadziei co w życiu gwieździła
Przed duszą jego... co już uskrzydlona.
Odkąd pustelnik skonał — grajek młody
Na licach nie miał uśmiechu swobody —
Błękitne oczy w białe czoło wpadły
I lica tęsknie, śmiejąco, pobladły —
Po straci serce ostatnie na ziemi,
Co go miłością jaką taką grzało,
Co się cierpieniem nad nim kołysało,
Po nad sieroctwa boląc łzy przyszłemi!..
Odtąd na cichym i sielskim cmentarzu
Na jego dziecię legało mogile,
I jak na swoich pamiątek ołtarzu
Milczało długie długie — długie chwile —
Gwiazdy mu były boleści siostrami —
I kwiaty które sadził nad grobami —
Czasem w natchnień chwili z skrzypeczkami
Grać tam przybiegał — i lotne motyle
Siadały mu na ramionach, i ptaszki
Przylatywały słuchać jego grania,
Aż Salwatora dzwonek co podzwania
Rankiem je spłoszył dla nowej igraszki —
I raz znużony późnym już wieczorem
Na tej mogile usnął snem pokoju,
Ukołysany dzwonów rozhoworem
Z skałki do Tyńca łączących się w stroju…
I ujrzał we śnie w czarnych chmurach cienie
Gnane wichrami przez czyszca płomienie —
A nad nim starca umarłego postać
Ostania z smutną twarzą nadleciała
Nad nim się krotką chwilę zatrzymała,
Jakby z spojrzeniem nie chciała się rozstać,

I przemówiła: O nie płacz pacholę
Bo w czyszcu cierpią mniej niźli na ziemi,
Ja jeszcze tęsknię ramiony drżącemi
Tęsknotą duszy bolę — bardzo bolę —
Alem skazany bom skonał w zwątpieniu
W przyszłość narodu — i słowem bluźniłem
Pieśniom, co Bóg wlał w twą duszę natchnienia!
Graj za mą duszę pieśni twej proźbami.
Pieśń może wszystko, gdy czysta — bo miłym
Odgłosem z serca płynie nad gwiazdami!...
A co sobota gdy Bogarodzica
W dzień swój czyszcowe idzie zwalniać dusze
Słonko nad ziemią choć chwilę przyświeca
Kiedy przechodzi nad ziemią — katusze
Ich skończyć a wieść za rękę do nieba!
Dziecię! dziś grania twojego mi trzeba!
Pomódl się co dzień twemi skrzypeczkami
Za mnie przed Maryi w kapliczce obrazem —
Jeźli tam tryśnie słońce promieniami
Sobotę rano — będę wolny razem
Z duszyczek chórem iść za Polską prosić
Kędy Kościuszko u Boga!.. a łzami
Nie płacz mi dziecię — bo łzy mi twe znosić
Ciężko do dzbanka, który chłodzi dusze!..
I powiał dalej — w wichrów zawierusze!
I już przez tydzień każdego poranka
Od poniedziałku aże do soboty
Grał na skrzypeczkach proźbami sieroty
Skroń Częstochowskiej Panny — okrył w wianka
Strój, co z bławatków uwiązał na polu —
Nad brzegiem Wisły w cichym duszy bolu —
Ale w sobotę ołowiane chmury
Czarne, ponuro zawisły na niebie
Że promyk słońca ani jeden z góry
Przedrzeć się nie mógł — o ziemio! do Ciebie
I ciemno było w smutnej skrzypka duszy,
Co się niegodny czuł, choć modlił rzewnie
A jednak wierzył — że zabłyśnie pewnie

Promień — i grą się mistrz mistrzów poruszy.
Lecz widząc czarne niebo mgłą otkane
Gdy przywaliły mgły fale wiślane,
Pomyślał smutny: Cóż może przed Panem
Modlitwa dziecka z sercem rozpłakanem?..
Wtem nagle z góry przez okienko chaty
Promień tak jasny nad głową mu strzelił,
Że skrzypek duszę jasną uweselił,
I krzyk radości, z skrzypców w inne światy
Posłał — i swego zwątpienia żałował
I obraz Maryi ze szczęściem całował,
Słysząc głos jakiś czy w górze, czy w dole
Czy w sercu własnem:«Dzięki ci pacholę!..»





CIĘŻKI KRZYŻ


Dla czego w wiosny swojej wiek swobody —
Tyś już nie wesół o chłopczyno młody —
Czemu Ci kwiatkiem na pierś zwisła głowa
A w tęsknem oku żal jakiś wybłyska?..
I w piersi twojej ta cisza grobowa
Co ci samotne serce wężem ściska?..
O ty sam nie wiesz — bo tylko chwilami
Gdy skrzypce stroić weźmiesz w słabe dłonie
A okiem toniesz w niebiosów otchłani,
Wtedy wesele szaleje w twem łonie
Lecz nie wesoło jak u reszty ludzi
Ale wesoło inaczej — ogniściej —
Bo się duch smutny nwtedy z dumań budzi
Rozwija skrzydła w myśli coraz czyściej
I leci jako wodospad ze szczytów —
Wodospad w górę pędzących błękitów —
Pędzących szałem — nie wiedząc gdzie, na co —
Nie czując cierpień krwawą ducha pracą!

Bo jego ducha allegro wspaniałe –
Kwili inaczej, inaczej, inaczej,
Jak ciasne mózgi – serca skamieniałe
Choć nie wiedzące o sobie w tułaczy!...

Grać na weselach na wieśniaczej ławie
Gdy hoże koła w pląsach Krakowiaka
Lecą w dzień godów, to dola wieśniaka
Grajka – grać braciom – lecz grał jakoś łzawię
I widząc strojne hożych dziewcząt pary
Krakowiaków pląsy tak urocze
Grał szczerem sercem, ale młodzian jary
Hożej wywija w dni swe nierobocze –
A przeto wolał jak grajek od roli
Każdy, mazura od ucha rzempoli –
A grajek młody dziecko pustelnika
Grał coś tak smutno acz grał krakowiaka
Że drużbom pijanym był to głos puszczyka,
I tak nazwali, wyśmiawszy biedaka –
Jego mazurek wydał się za smutny
By skry skrzesały nadwiślańskie dzieci,
Lecz był jak gdyby ludu psalm pokutny
Nad którym gwiazda przeznaczenia świeci!
A więc uchodził, czując, że nim gardzą
I szedł z skrzypcami na mogiłę oną
I tam już milczał – i był biedny bardzo
Ku niebu niosąc źrenicę stęsknioną –
Bo pókąd grywał na weselach braci,
To każdy drużba cisnął grosz na ławę
Lecz za grę serca Bóg tylko zapłaci
A chleba łaknąc – już pacholę łzawe
Dzień cały, w ustach nie miało kruszyny
I było w trwodze własnej doli winy –
Bo nie brak chleba, lecz myśl o tej nędzy
W potwór przyszłości staje przed oczyma
Pali wnętrzności, i wali olbrzyma
W kajdany wężej opasując przędzy –

Załamał dłonie i krzyknął – o! biada!
Toć kwiatek w polu marnie nie przepada!
Żebrać? o nie! nie! przebóg dyć ja młody,
Dyć ja za hardy, bym wyciągał rękę,
Wolałbym zdychać psem – a mej swobody
Nie oddać ludziom... i wściekłą paszczekę
Łatwiejbym w własnem ciele mem zakrwawił
Niż błagał ludzi o chleb co by zbawił
Duszyczki mojej ptaszęcą swobodę!
                                              O nie! na tę wodę
Co w Wisły świętem toczy się korycie
Wolałbym tonąć, jako Wanda skrycie –
Niechby dzwon po mnie utopionych dzwonił,
Niżbym się hańbie własnej nie obronił –
I zaciął wargi – bo mu dogryzali
Inni, bo jedno chłopię pasło trzody,
Tam ten był włóczkiem – i wesół bo młody –
I szydził nie raz, w swej kobiałce, z chlebem,
Z bialem odzieniem – śmiali się z chłopięcia,
Co głodne rosło w łachmanach –pod niebem
Nie pogłaskane, z sieroctwem szczenięcia
Samo – jak ptaszę – co z matki objęcia
Wypadłszy z gniazda skrzydełek niemając,
Z krzykiem rozdartym tłucze pierś konając –
Tak raz się budząc słaby – spojrzał w nieba
A głód wnętrzności szarpnął mu dziecinne,
Bo już od wczoraj nie miał w ustach chleba,
Lecz wziął spokojny skrzypeczki niewinne
I poszedł milcząc na wzgórze zielone
Kedy mogiły murem otoczone –
Znacie wy cichy – ten czarny kościołek
Co nad Krakowem na wzgórzu bieleje –
On wśród krakowskich kościołków jak fiołek
Wśród bujnych kwiatów – z wieżycy swej leje
Dźwięk srebrny, cichy, co płynie do duszy,
Tak że i piersi skamieniałe skruszy,
O Salwatora dzwonku coś łzy ronił
Po rosie, dźwięki . . . jakeś ty mi dzwonił –

O wtenczas rano było i w mej duszy!..
Znacie to wzgórze – czarowne, zielone
Kędy mogiły przy sobie kładzione
A nad krzyżami ich brzozy schylone?...
Znacie tę ciszę i te gwiazdy nocy
Kiedy je wiosny otuli dłoń błoga?
Słowiczy smętarz ten dziko uroczy
O! kto tam – w ciszy nie poczuje Boga
Ten go i w gronów nie poczuje mocy –
Ten nie wart czuć go w skonania godzinie!
Ten sen bydlęcia w sen głazów zamieni,
Co się na grobach rozsiały w ruinie –
Bo one więcej czują łzy cichemi,
Niż ci co prawią o sztuce słowami –
I szydzą, w sercu będąc płazów snami!...
Gdyby me serce mogło tak skamienieć,
Bym go w Dawida procę mógł zamienić,
Łby wasze trzaskałbym podli szydercę
Co nic nie robiąc, ni pyłku tej męki
Nie znacie – jaką czuje duch – nim z ręki
Dobędzie akkord, którym wygra serce!..
Tam na tem wzgórzu świątynia pogańska.
Stała przed wieki, tam lud niósł ofiary
Posągom Bogów... A dziś z godłem wiary
Tam się gromadka modli chrześcijańska
Cichy ten kościół – z wieżycą co w niebie
Tonąc – tak dzwoni jak człowiecza dusza
Gdy z więzów ciała o Stwórco do Ciebie
Leci i śpiewa... i chmur brzemię wzrusza –
Znacie ten kościół? w cichych brzóz on cieniu
Czarny wiekami – i w murów pierścieniu –
Do wieży jego krzykiem ptastwo leci
A w jego mury bieżą małe dzieci
Wezwane dzwonkiem, rumiane i zdrowe,
Z nad brzegów Wisły na pieśni majowe...
Ich sny wiosenne, wonne! malinowe!
I kiedy głośny chór głosów dziecinnych
Bije o łuki sklepień czarnych, starych,

Sklepienia zdają się głosów niewinnych,
Wzruszać głosami – i z swych łuków szarych
Ciche łzy czasem spuszczają ku ziemi,
Zdając rozrzewniać się nad dziećmi swemi
Nad ich modlitwą jasną, promienistą
I nad tem życiem, co stoi przed niemi,
W które rozpierzchną się ptaki błędnemi
I pójdą drogą daleką – ciernistą –
A każda, każda — z tych białych postaci
Swoją niewinność w tem życiu utraci –
I każde szatan zwątpienia zatrwoży
Aż się w grób cichy – znużone położy...
I w pośród pieśni, starców, niewiast, dzieci
Zda się, że kościół niemi w niebo wzięci –
Że się oderwie od tej smutnej ziemi
I jak skrzydłami – wzleci pieśńmi temi –
Tam brzmią ich głosy tęsknemi chórami
I tak z każdego woła boleść własna,
Królowo polskiej korony! o jasna!
                                             Módl się za nami!
Lecz gdy tłum dzieci i tych starców kilka
Znów się rozbieży – i pusto w kościele,
Wtedy ponury kościół wichrem jęczy,
I jako w grobie – pośmiertne wesele –
Czasem ptak tylko po oknach zabrzęczy…
Tam przy ołtarzu w bok przy prawej ścianie –
Wisi ludowe dawne malowanie –
Chrystus na krzyżu ducha oddający
Nad złem tej ziemi strasznie bolejący –
Pobożną ręką na stopy włożone
Miał dwa sandałki szczero złote, drogie,
Kędyś w zamorskiej stolicy kupione
Ofiarowane za przestępstwa srogie.
Od dziecka skrzypek do tego obrazu
Miał wielką wiarę – i w modlitwie rzewnej
Ile szedł razy ze starca rozkazu
Czy z własnej woli – zawsze odszedł pewny,
Że będzie w każdej proźbie wysłuchany –

Lecz dzisiaj – drżący jak trzcina rozchwiany
Poszedł już mdlejąc – i łzami zalany –
Padł na kolana przed czarnym obrazem
I patrząc w wierze Chrystusa oblicze
Pana, co w cierniach cierpiał ziemi bicze
Czuł, jak go wszystkie Chrysta ciernie razem
Bodły – że łzami zlały się oblicze...
Porwał za skrzypce – pociągnął po strunach
Że zdało mu się, iż czoło w piorunach
Płonie mu ogniem... a razem że w ciszy
Głosy anielskie w głębi piersi słyszy...
I sam nie wiedział jak długo w natchnieniu
Tak grał – zapomniał o wszelkiem cierpieniu
I już nie łaknął nic dla swego ciała –
Bo dusza w pieśni życiem się przelała –
W tem nagle spostrzegł, że Zbawiciel z krzyża
Ku niemu głowę w cierniach swoich zniża,
I z bolejącym uśmiechem do cnoty
Z lewej mu nogi zrzucił sandał złoty –
Zadrżało chłopię – i na twarz upadło
A zachwycenie duszę mu owładło.
Że w niemej ciszy nic nie wyrzekł Panu.
Prócz że go kocha z wszystkich sił żywota
A błogosławiąc jego życia ranu
Pan – kiedy nędzarz nie śmiał tknąć się złota,
Rzekl – weź to dziecię – masz, gdyś ufał w nieba
To dar od Boga – idź kup za to chleba!
I poszedł grajek, łzy otarł w łachmany
Pobieżył w miasto z dziecinną radością –
Że będzie odzież miał nową – i chlebem
Dzielić się z tylu biednemi – starością
I nędzą do tej ziemi pochylonym,
I był szczęśliwy jak ptaszę pod niebem
Leciał nad Wisłą z czołem rozjaśnionem
Kiedy na licu bladem i zbiedzonem
Jeszcze łez bolu wietrzyk nie osuszył –
On biegł – w tem dzwon pęknięty utopionych
Dzwon jękiem radość w duszy mu przygłuszył.

I kląkł na stromej pod klasztorem skale
I chwilę milczał patrząc w Wisły fale
A potem znowu leciał – tak wesoły
Jak z ziemi w niebo – z powrotem – anioły!..



KRZYWY SĄD.


      Nowy rok błysnął – ludzie lata liczą
Dosiego roku jedni drugim życzą,
Lecz lud się ciżbą zbiegł w ulicy miasta
Zgiełk – pełno ludzi ciśnie się ciekawych
A w tłumie szepcze niewieście niewiasta
Co to kumoszko? toć sądy nieprawych?..
A tak ci pono – odrzekła kumoszka
Złodzieja sądzą – co ukradł w kościele
Złoty trzewiczek Panu Jezusowi –
Takie to młode a już się narowi!..
Oj nie mam, nie mam litości ni troszka
Dostał ci pieści i plag już nie mało
Lecz na złodzieja iście nie zawiele!..
Ale wśród tłumu smutne dziewczę stało
Z błękitnem okiem – w łzie słów tych słuchało
Milczcie! czyż chłopie to sieroce, małe
Co takie oko i czoło ma białe
Kraśćby i kłamać tak rano umiało?
Takby wysoko do krzyża dostało?..
I cichnie w tłumie – różnie szepczą różni,
Lecz chłopię młode tak do sędziów powie:
Kiedyście Panu sprawiedliwość dłużni
O wielkomożni moi wy sędziowie,
Jeźli sądzony za więzienia kratą
Życia nie jedno mam przesiedzieć lato,
Jeźli nie znacie przysięgi zaklęcia
To posłuchajcie tej proźby dziecięcia…

Oddajcie skrzypki o! skrzypki mi moje
I tam raz jeszcze – o! po raz ostatni
Pozwólcie wrócić nad wiślane zdroje,
Gdzie Salwatora kościół dzieciom bratni
I niech się jeszcze przed Chrysta obrazem
Po raz ostatni modlę – z wami razem!..
Na to sędziowie, dziwnie – zezwolili,
I do kościółka grajka prowadzili –
Tłum ludu w koło bieżył ulicami
A w środku chłopiec brząkał kajdanami
Idąc wzrok w ziemię utopił ponury
Zacisnął wargi – burki łachmanami
Twarz swą osłonił – i tak szli do góry,
A kiedy wchodził w stary mur smętarza
Zadzwonił rzewny dzwonek Salwatora
I w głośnych jękach swe głosy odtwarza
Nad brzegi Wisły płynąc co wieczora...
A grajek upadł na cichej mogile
Onego starca pustelnika, chwilę
Szlochał – i powstał i wbiegł do kościoła
Tu ogień sromu na licu mu spłonął –
Tu chodźcie! za mną! na sędziów zawoła
Tu chodźcie ludzie – i w myślach utonął
I na kolana runął przed obrazem
Jak ongi – smyczka jednym – silnym razem
Wydarł ze skrzypców krzyk takiej potęgi,
Jak głos zgłuszonej sumieniem przysięgi –
Co anioł pisze w krwawe dziejów księgi –
Czy wy słyszeli słowika na wiosnę,
Kiedy nad gniazdkiem w szczęściu się rozkwili
I rzuca tony po tonach radosne,
Że noc mu mgnieniem wydaje się chwili –
Tak niegdyś grywał z wiarę chłopiec młody,
Pełen natchnienia i orlej swobody –
Lecz wy słyszeli słowika na wiosnę
Gdy srogi ptasznik oczy mu wykolę,
By śpiewał rzewniej pieśni swe żałośne
Ślepe – rozdarte – jękiem rozemdlonym?..

A piekne ludziom?... o! tak dziś pacholę
Grało przed Pana obliczem skrwawionem
Z sercem bijęcem – z duchem oburzonym
Żalił się Panu na ich nieprawości
Na zyzookie ludzi nikczemności,
Co prawdę boską okrywszy swym trądem
A siebie cnoty płaszczem, zwą się – sądem!
Lecz Pan się zdawał mówić z swego krzyża
Cierpieniem do mnie serce się przybliża –
Wszakże ci sami – mnie dzieciątko Boga
O swoich tronów śmierdzące łachmany,
Tu posądzili... więc marna twa trwoga!
Bo nie tu sądzą sprawiedliwe Pany!
I z bolejącym uśmiechem do cnoty
Z prawej mu nogi zrzucił sandał złoty –
A został bosy z stopami krwawemi
Do krzyża swego przyćwiekowanemi!
A w duszy chłopca już cisza wiosenna
I śmiech spokojny i łza przebaczenia
Pieśń w niebowzięła, smutkiem niebrz[e]mienna,
Bo on już większy od swego cierpienia!..
Zadrżeli sędzię – i klęka lud cały
W jękach jak arfa ludzkie głosy brzmiały
Tyś jest niewinny – o chłopcze kochany
O nasze skarby! o gołąbku biały!..
Lecz z niego same opadły kajdany,
On ciska w niebo ogromy miłości,
Co ulatują szkrzydłami natchnienia
Potęgą ducha dziewiczej młodości
Co łzy wyciska z martwego kamienia…
Gra – coraz wznioślej – jak w skonu godzinie
Gdy dusza z pieśnią już z ciała wypłynie –
Tony po tonach tęczami się łączą
W girlandy dźwięków akkordem się plączą,
Jak całopalny dym Abla powstają
I wieńcem na skroń znów mu opadają.
Stoją słuchacze niemi śród świątyni

A gra mu co raz rośnie – olbrzymieje,
Twarz jego niebios jasnością się śmieje
A pieśń powodzią co wyłomy czyni
W brzegach – i pola swym zdrojem zalewa
Tak zdusza jego coraz cudniej śpiewa
Lecz słabnie... cichnie — kędyś się oddala
Ton gdzieś za tonem wysoko omdlewa
I szczęsny tylko ziemi się użala..
I tam za Polską modląc się tonami
Pieśń ta z aniołów łączy się głosami
A głowa grajka na piersi opada –
Smyczek wysunął się z rąk – a gromada
Na próżno woła pieśni i śpiewaka
Bo ich oboja dola już jednaka –
Bo jego młoda dusza w niebowzięta
Tam! – Cię doprzędzie hymnu nitko święta!...

Nad Wisłą cisza – krzyże i mogiły –
[2] A dzwon pęknięty – warknął z całej siły!

                                                                     (1857. Kraków.)


MNICH.
(POEMA.)


                          Tak w każdej chwili i o każdej dobie
                          Gdziem z tobą płakał, gdziem się z tobą bawił.
                          Wszędzie i zawsze będę ja przy tobie,
                          Bom wszędzie cząstkę mej duszy zostawił.
                                                                     (Adam.)



WSTĘP.

   Z grzbietami AIpów nad ziemi doliny
Zrósł się wiekami on klasztor ogromny,
Jak orłów gniazdo wśród śnieżnej wyżyny
Król po nad lasy i jezior głębiny,
W którym mnich w ciszy przesiaduje skromny,
Gdy wodospady ze skał się strącają
O nim spienionym językiem gadają –
On czuwa wieki – chociaż bez ustanku
Biją weń burze i wichry jesienne,
Biją pioruny i burze wiosenne
Mury te stoją jak w dni swych poranku
Opoki Piotra siłą nieodmienne,
Choć na zgrzybiałym głazie co nie pęka
Każdego wieku rys, zostawia ręką –
Niech biją gromy – niechaj burze wyją

Ty stoisz święta wielka – i serdeczna
Góro! pierś twoja macierzyńska mleczna
Dla całej ziemi... mieszkańców koleją –
Kto w śniegach usnął – tętnem serc swych bicia
Oni tu znowu przebudzą – do życia!..
Niech ryczą burze! niechaj gromy biją
Góra Bernarda jak skała Piotrowa
W błękicie niebios śnieżne czoło chowa
Anioły wieńce z piorunów mu wiją!..
W mury klasztorne wichrów taranami
Próżno tam tłuką dzikich burz szatani
Bo tam są serca, co już przeszły burze –
I śnieżne głowy ukryte w kapturze –
Burze na próżno zniczczenia wołają
Do bram zbłąkani pielgrzymi pukają!..
Bo ich majestat sercem Jehowiczny
W burzach współczucia łzami błyskawiczny
A u stóp twoich w pośród śniegów wyją
Psy, gdy wygrzebią martwą postać czyją
Wyją choć głuszą je skał wodospady
Od trupów sępów spłaszając gromady
Aż się wysunie z Alpów – księżyc blady...
Czułego mnicha tam osłania krata
Co żyje tylko dla życia współbraci,
U stóp pies wierny, co nazwisko: brata
Wygrzebał sobie u klasztornej braci...
Tutaj jak źródła biją serca żywe
Miłością!.. ciche – spokojnie – szczęśliwe –
O! chociaż wszystkie tu miłością żywe
Może nie wszystkie, spokojne, szczęśliwe?..


PIEŚŃ I.


    Tam!.. na wschód patrząc gna za chmurą chmura,
Księżyc wichrami gnany leci prądem

Jak myśl żeglarza tęskna i ponura,
Co próżno patrzy za swych wspomnień lądem!..
Kraino Alpów!. Wśród śniegów zawiei
Skał twoich smutne i milczące szczyty
Jak kraj mój patrzą nie biosów błękity
Okiem półwątpień, okiem półnadziei,
Pytając nieba, czy prędko na ziemi
Z pod lawin wiosna w górach zazieleni,
Zajęczy zdrojów falmi rozmarzlemi?..
Już niedaleko z powrotem skowronki
Wiosna zamyka białą paszczę śniegów
I pierwsze fijołki z pod urwisk a brzegów
Wyjrzały – róże alpejskie – i dzwonki –
W tem z skrzydeł chmury spadły śniegi nowe
I znowu w Alpach milczenie grobowe!..
Kręte wąwozy zasypane śniegiem,
A po nad niemi schylone gór szczyty
Jedne nad drugie pną się schodów biegiem
Wyżej!.. aż w niebios odziane błękity
Piramidalne skronie zaostrzyły,
Jakby piorunów korony tęskniły...
Dziś pośród śniegów tylko kij pielgrzyma
Brodzi – i znika w ślad zawianej drogi,
Tylko Gazella żywemi oczyma
Błysnąwszy w koło, nim wietrznemi nogi
Poleci dalej, z pod śniegów zielny
Skubie mech skalny – i trawkę wiosenną,
Chwyci powietrza w nozdrza – i z skał proga
Nad pian otchłanie – sadzi wichronoga!...
Lub ptasze z pieśnią cichą, napół senną,
Gdy przelatując mimo Alpów skroni
Ze szczytu skrzydłem strąci bryłkę śniegu
Ona w dół lecąc rośnie w swej pogoni –
I pędzi z grzmotem… aż w cichej ustroni
Zasypie szczęsnych pasterzy dolinę!
Mieszkańcy Alpów! Wy znacie lawinę –
Tak w pośród pnących się szczytów szeregu
Po nad skał czoła i nad wszystkie góry

Stoi ta góra, co dźwignęła mury
Nad wszystkie piękna wyniosła i harda
Jak nad przekleństwa milcząca pogarda,
                                   Góra świętego Bernarda!
Wśród mroku nocy blaskiem ją promieni
Swych oprządł księżyc sunący się w chmurze,
Ona w klasztornym cieniu jak w kapturze
Czarnym mnich biały – co całej ludzkości
Kazanie prawi – o wiekach przyszłości
Wskazując światy w dole – burz przestrzeni! –
A w koło nagie szczyty jak zbudzeni
Z grobów słuchają – przy lampie księżyca,
Co nie zmarznięty wodospad oświeca –
Chwilę – na skał najwyższej piramidzie
Wsparł blade czoło – i znów dalej idzie
Patrząc na klasztor – zasępia się w chmurze
I zda się wołać przeciw niemu burze –
W kościele ciemno – a w [3] nocnej przestrzeni
Czuwają mnichy śpiewający w chórze
Za sobą wlokąc długie płaszcze – cieni –
U czarnych sklepień tylko zawieszona
Bladawa lampa smolny blask w świątyni
Ciska – ciemność i rozpychając łona
Jak myśl prorocza co nad cieniów kraje
Zapędem naprzód – chaosy rozczyni,
A kiedy ona zgaśnie – słońce wstaje!
Po nad mnichami wielki krzyż w ołtarzu –
Północ w odległym bije korytarzu –
Noc ciemnej jutrzni ma się ku schyłkowi
Dwunastu mnichów nuci hymn żałosny
Umilkły dzwonki, by zabrzmieć w radosny
Dzień zmartwychwstania! I starcy wiekowi
Stojąc w dwa rzędy w ponurej ciemnicy
    Ludu mój !. głosy wtórują drżącemi
    A ciemne szczyty grobowej kaplicy
Głosem i światłem drżą konającemi –
I strzelający przez okien arkady
Rozświeca mnichów twarze promień blady –

Oto na czele zakonnik najstarszy
Schylony wiekiem i jak gołąb siwy,
Jednak od wielu młodych sercem jarszy –
On cichym głosem tak rzewnie zawodzi
Popule meus!.. [4] kto nie zna boleści
I głębi pieśni tej, co mury pieści,
Niech jej posłucha
                        A nie jedną ducha
                        Swojego ciemność roznieci, odgadnie,
Gdy pieśń ta uchem serce mu owładnie.
Kto na Wawelu ją choć raz usłyszy,
W wielkopiątkowy dzień – ten wieków ciszy
Niech się boleścią zaduma tajemnic,
Jakie w ludzkości cierpiał Bóg – i z ciemnic
Wyszedłszy – dusza będzie jak Eolska
Arta, przez którą przepłynie w miłości –
Co cierpiał Bóg konając wśród ludzkości –
Co cierpi dzisiaj z nad ludzkości proga,
Gdy się odrodził w Polsce – a w nim Polska!...
Starzec ten w mękę tak się wmyślił Boga,
Że mu na twarzy jakaś jasność błoga
Jak aureolą włos gołębi siwy
Otacza w jakiś blask poranny – żywy –
To Ojciec Gwalbert – naczelnik zakonu,
Co od trzydziestu lat tutaj stróżuje
I czuwa w ciszy – czujniejszy od dzwonu,
Co w posród nocy pielgrzymom zwiastuje,
Gdzie stoi klasztor … w którą dążyć stronę –
On na zbłąkanych tu stworzon ochronę,
Zbłąkanym prawe toruje ich drogi,
Wprowadza w klasztor biedny a chędogi [5]
Z marzniętych z śniegu rękoma dobywa
Zmarzłych – swej piersi tchnieniem znów rozgrzywa
Ileż nieszczęsnych jemu winno życie,
Wy to podróżni najlepiej powiecie,
Lecz cnota milczy w pokory habicie!..
Wśród wszystkich braci on nad wszystkich innych
Sercami od nich najwięcej kochany,

Od lat dwudziestu ojcem obierany,
Bo dobroć jego jakby z dni dziecinnych
Mieszka w nim dotąd jak w wiośnie porannej
Chociaż surowo przy regule stawa,
Miłości jego rozszerzona sława –
Bo jego cnota niegroźna, żelazna
Co nieśmiałego odtrąci grzesznika
Wyrozumiała w Chrystusie – poważna
Co słońcem wstaje nad ciemności żywa –
Ślepe oświeca, zziębnięte ogrzewa
I wielkiem sercem milionów szczęśliwa!..
Ten starzec z sercem prostoty dziecięcia –
Z nad księgi wstając – patrzy w księgę życia –
I w pośród braci cichszy od jagnięcia,
Cel im wskazuje do grobu, z powicia –
On nad cierpieniem grzesznych łzę uroni
On życie zna – od walk do wniebowzięcia –
Złote ma serce – na żelaznej dłoni!

Wśród chóru mnichów – tam jeden osobno
Stoi na stronie jak posąg w milczeniu,
Nie łączy głosu z ich pieśnią żałobną
Martwy jak kamień – wsparł się na kamieniu
I dziwny spokój w tej całej postaci –
On taki różny od klasztornej braci...
Kaptur nasunął na czoło i oczy
I tak w milczeniu do ich chóru kroczy...
Czarny włos wieńcem zwił się z białej skroni
I długa broda piersi mu okryła –
Ha! czyż to oko nigdy łez nie roni,
Czy pierś zamknięta, milczy jak mogiła...
Pod tym habitem cóż bije za serce
Czy pełne wiary – czy w życiu szydercze!
Może spełniona jaka straszna zbrodnia
Pali to serce jak piekieł pochodnia –
Może to serce – czarne… obwinione
Serce anielskie – może zszatanione –

O nie!.. przenigdy – patrz – teraz kaptury
Mnichy co w śpiewie idąc od ołtarza
Poodsłaniały – wzrok jego ponury
Choć oczy jego jak dwie błędne chmury
Błyszczą gwiazdami smutnego smętarza…
O! tak nie patrzy nigdy wzrok co podły!..
Tak patrzą oczy wyższe – co w twarz świata
Patrząc, w ciemności kiedy się zawiodły
Nie patrzą więcej – dni – miesiące – lata
Tylko w tę ciemność, co się z duszą splata
Pochłania czucia, myśli czyny, modły!...
Śpiew się ukończył – i chór śpiewający
Rozszedł się zwolna po celach milczący
Pogasły światła – a w ciemności tylko
Błysnęły oczy jego – krótką chwilką
Przygasła lampa i wyszedł z kościoła,
On mnich milczący ponurego czoła –

W cichej, sklepionej, białej Jana celi
Stoi krzyż czarny – a u stopy krzyża
Tam trupia głowa ślepy wzrok wyszczerza ,
Uśmiechem śmierci wiecznie się weseli…
W cichej, sklepionej, białej Jana celi
Duży pies czarny samotność z nim dzieli –
O któż z was nie zna, powiedzcie podróżni,
Czujnych psów z góry Bernarda klasztoru
I ci co życie tym zwierzętom dłużni,
I ci co wyszli zbłąkani wśród boru – ?
Jan siedział milcząc w okno rdzawej kraty
Wzrok jego gonił widoki niknące,
Góry nad góry, skały ze skał sterczące,
Dalej doliny rozległe jak światy,
A w nich rozsiane nad strumieniem chaty,
Wzrok jego leciał przez dalekie góry
Okryte śniegiem – i odziane w chmury –
Wzrok Jana lecąc przez szczeliny kraty
Gonił daleko – za zbiegłemi laty.

To oko młode – tak pełne zapału
Czemuż w klasztorne zabłądziło mury?
Czy świat za ciasny był myśli ponurej,
Co błyska jasna jak ostrze kindżału...
Z piersi się głuche wymknęło westchnienie –
Zadrżał jak gdyby nim jakieś wspomnienie
Gronem zatrzęsło – i zapadł w milczenie...
Taką twarz słońca gdy zalśni po burzy
A grzmot konając jeszcze w dali wtórzy –
Chodząc po celi w długiem zamyśleniu
Niewiedząc o tem – pieśń cichą zanucił –
Co się rozbiła drżąca – i w sklepieniu
Wisząc – głos echem w piersi mu powrócił.


PIEŚŃ II.


      Życie me migło zygzakiem wśród burzy
Co nad porankiem blizką światłość wtórzy
Choć ono zgaśnie w ciemności przedświcie,
Ranek z chmur nocy wyłoni swe życie!..

Jak twarz dziewicy były moje chwile,
Co w głębiach fali zwierciedli się mile
Woda zmąciła fal jasne zwierciadła
I twarz anielska na wieki pobladła!..

O cicho – cicho!.. moje powiernice,
Wy drżące gwiazdy stepowe strażnice
Dumnie waś kocham – jak stepów mogiły
Boście nad ziemią moją mi świeciły...

O gwiazdy moje!.. wy świecicie teraz
Gdy ja daleko – wy widziały nieraz

Twarz jej anielską, co o tej godzinie
Może spojrzeniem także po was płynie!..

Oświećcie jasne jak wygnańców łezki
Tam nad mą Polską!. wzruszając niebieski
Błękit – o świcie nad moją mogiłą,
By się o Polsce w snach mych mile śniło!...

Umilkł – po bladem licu szkarłat róży
Przesunął chwilą znów w Alp okolice
Rzucił wzrok błędny – tam – cisza po burzy
Była jak w sercu Jana o tej chwili –
Łzami młodzieńcze błysnęły źrenice
Myśl jego leci coraz dalej – milej –
Pójdź tu mój Barry! psie mój wierny, drogi,
Ty jeden dzielisz to przeklęte życie,
Kiedy rozpaczam, ty wyjesz w głos srogi
Ty mnie zgadujesz, jak swą matkę dziecię!..
Barry! ty cierpisz z wygnańca cierpieniem
W tobiem, samotny znalazł przyjaciela,
Iluś ty sennych zbudził dniem wesela
Wyciem radośnem do życia – i ludzi –
Że czoło szczęścia błysło im promieniem,
I łza radości upadło im z powiek
Na głowę twoją wdzięcznem rozrzewnieniem
Tak mi nie patrzył w oczy – żaden człowiek!..
O! bo duch ludzi nizki i mizerny!..
Zgadłeś mnie – cierpię Barry! Psie mój wierny
Ja com za dumny, by się ludziom zwierzać,
Tobie me piekło mogę tu powierzać!
Co wężem splotło ducha – choć pancerny!
O! gdybyś ty mnie przez śniegi i chmury
Odwiódł w krainę mych ojców zieloną,
W której piękniejsze mi się śmiały góry,
I piękniej słońce wchodziło nad stroną,
Po której żyję jak upiór ponury,
Jak kwiat porosły pod więzień kamieniem –
Lub nie!.. w krainę tam – z wieków milczeniem

Gdzie wieczna cisza – nikt ze snu nie zbudził,
Nie słychać głosów, śmiechów, twarzy ludzi –
Jam się w grób zamknął ten niemy klasztorny,
By żyć ponuro jako dzwon nieszporny.
    Ale duch we mnie nie umarł – tęsknotą
Żre mnie i pali w grobach tu żywego,
    Z piersi do nieba jedną stróną złotą
Gra nieśmiertelność życia trującego!..
O! idź mój Barry – idź od moich powiek –
Nie znaj, jak patrzy zrozpaczony człowiek! –
Załamał ręce nad młodzieńczą głową,
Co mu skroń w skrzydła gorgonowe wieńczą –
Zaparł dech w piersiach – do krwi zagryzł wargi
I pod krzyż czarny swój runął bez skargi –
W tem do drzwi celi zapukano z cicha
A Jan się zerwał i ku drzwiom poskoczył,
Usta uśmiechu weselem otoczył
I we drzwi celi weszła postać mnicha.
Memento mori!.. zrzekł – i w cieniu siada
A Jana zmierzył od stóp a do głowy –
Amen – Jan męzkim głosem odpowiada,
Co drżał jak w grobach odgłos pień godowy –
To ojciec Gwalbert – spyta Jan zdziwiony
Czemuż tak późno raczył wejść w te progi?
Czemuż tak późno? pytam syna drogi
Czuwasz mi dotąd w myślach pogrążony?..
Na górze w celi, modlitwy kończący
Słyszałem głos twój co pieśń jakąś nucił?..
Głos twój młodzieńczy był smutny – był drżący
Że i mnie do łez wzruszył i zasmucił –
Że mi przypomniał mej młodości dzieje
I życia dawne – minione koleje –
Janie!. rzekł Gwalbert, w milczeniu powstając
I w młode oczy mnicha spoglądając,
Rok już upływa – jak z dalekiej drogi
Zakołatałeś do bramy ubogiej –
A za dni kilka masz przyjąć święcenia;
W dzień, który całe życie w chwili zmienia

Śmierć nieśmiertelnej doli zaręczenia!
Rok sięga końca – o mój miły bracie
Jak wziąłeś strój ten zakonny i cichy,
W milczeniu wszedłeś pomiędzy nas mnichy
Co się za powód mógł oddziać w tej szacie?
Bo na twej twarzy wyrył się namiętnie
Głęboki smutek – i milczenie twoje –
Z pogardą na nas patrzysz, obojętnie –
Janie – tyś dawno zyskał serce moje!
Bo ci co milczą, cierpiąc niemo, dumnie –
Podobni świątyń zwalonych kolumnie
I takich zwykle ludzie cenią – w trumnie!..
Wczoraj w ogródku, kędy twoje grządki
Tam gdzie najchętniej, wśród lata przebywasz,
A wśród widoków wzrokiem odpoczywasz,
Ja już widziałem wiosenne porządki! –
Widziałem «Marya» twą ręką pisane
I jakieś słowa, które śnieg przyprószył
Widziałem idąc – bo wiatr śniegi wzruszył
Jeszcze słów ślady były nakreślane –
Jeźli pobożność te słowa kreśliła
Dobry mój synu. – Marya dłoń święciła!
Lecz jeźli jakie uczucie tej ziemi
Przymieszasz w kielich do dna bezdennego –
W najświętszych chwilach – z ofiary tajnemi
Dostoisz w obec ukrzyżowanego?..
I czy potrafisz o zaparcia niebie
Mówić – kiedyś się nie zaparł sam siebie?
O czyż jest piekle, straszniejsze na ziemi
Nad słowo Boże, usty kłamliwemi
Wypowiedziane z góry – nad wiernemi?...
Dwadzieścia ledwie ubiegało ci wiosen,
A już rzuciłeś się w te grobów progi
Gdzie towarzystwem – szum alpejskich sosen
I drogą życia kolej śnieżnej drogi,
Którą życia kolej śnieżnej drogi,
Którą w półzmarzłych wyszukiwać z psami
Żyjąc jak skały pomiędzy skałami
A zwyciężywszy – siebie, wolę, ciało –

Drżeć by w nas serce nie usnęło – skałą…
    By nie krzyknęła nam rozpacz głęboka
        Że z sercem twardem jak Piotra opoka
    Z opoki zeszliśmy na ziemskość własną
    Co mamy czuć – jak gwiazdy co nie gasną?..
Uśmiech twój płacze o! czuję młodzieńcze
I płaczę z tobą... i tym płaczem wieńczę
Mą starość, że Bóg na me dni zgrzybiałe
Nie stępił czucia – schował serce całe
Co jak Chrystusa ręką chleb łamany
Cudownie rośnie – tak, że na miliony
Staje go ... byle kochać – a wzniesiony
Miłością – człowiek powstaje złamany
By być niezłomnym – innym gojąc rany...
Cierpisz – lecz burza niechaj cię nie łamie –
Młodzieńcze! niech mi uśmiech ten nie kłamie
Uśmiech rozdarty twój – on mnie nie złudzi.
Janie ty cierpisz – i nie cierpisz ludzi!...
O nie bluźń starcze! (przebacz mi to słowo)
Możem ich nadto ukochał na ziemi! ..
Dla tego ciszą umilkłem grobową,
I błądzę szkielet pomiędzy żywemi –
Ten Bóg ich kazał ukochać jak siebie
O – jam ich więcej kochał ! – bom nie umiał
Siebie ukochać!. w samolubstwa niebie
Piekielnem – grzebać się w własnym pogrzebie!
O znam ich!.. choć mnie nikt tu nie zrozumiał!..
I kiedym wzleciał młodemi myślami
Jak orzeł młody z gniazda w niebios sklepy
Sam sobie wodzem – gdy rzekli, żem ślepy,
Błogosławiłem im memi skrzydłami
Choć w dole mrówek przeklęły mnie stepy!
Ojcze Gwalbercie – nie pytaj na próżno,
Tyś jest obrazem dobroci anioła,
Lecz nie rozchmurzysz chmur mojego czoła,
O niech ma wdzięczność nie będzie ci dłużną!.
Wypędź mnie z progów tych – jeźlim niegodny –
Tam!.. kędy Alpów siada orzeł głodny –

Ha!.. tyś mnie ujął twą dłonią sędziwą,
To dłoń przyjazna!.. zadrżała w mej dłoni
Jak niegdyś ojcze!.. na cóż wąż mej skroni
Znowu swój wieniec ścisnął – wspomnieniami
Ojcze – ma dusza była raz szczęśliwą –
A tylko ziemia co wiosnę kwiatami
Skroń swoją wieńczy – człowiek duszę żywą
Grzebie – raz słońca błyszczy promieniami!..
Te słowa starcze co ci z serca płyną
Wieją w pierś moją jak powiew wiosienny
Na bryłę lodu – jam jest jak płomienny
Lodowiec, z słońca zachodu błyszczący
Jasny w promienia przelotną godziną –
Lecz zimny, chłodem wspomnienia wiejący
Niechaj przepadną, zziębieni od świata
Zziębli tak, ze już zdolni zziębić brata!
Ojcze Gwalbercie – w serce przez sumienie
Wejrzałeś!.. jedno to ręki ściśnienie
Raz jeszcze usta rozwiąże o!... moje –
Przeklęte bryły!.. niechaj z was strumienie,
Rozgrzane płyną jak wiosenne zdroje!..
Jeszcze niech wyjrzą tam łąki kwieciste
Niech wyjrzą w lodów zwierciadła choć czyste
Lodowe jednak, a przeto – i tak ślizka
Jak lód co w chwili ściął się u Alp szczytu,
Nad przepaściami u wyżyn błękitu
Wabi pielgrzyma, zanim go pozyska –
Droga daleka wiecznie – wiecznie blizka!
Ty masz dla chorych na rożne ich rany
Kwiecistych dolin zebrane balsamy –
O daj mi balsam, daj na duszę moją
Ale nie znajdziesz wśród roślin rośliny
Na moje rany, co świat piękny stroją –
Świat piękny?.. starcze, posłuchaj mnie chwilę
Może zadrzymiesz wśród zmroku tej nocy
Miałbym ci tyle powiedzieć … o! tyle! –
Niech lecą słowa – twarde jak głaz z procy,

Nim światłem zorzy zabłysną niebiosy
Opowiem losy mego kraju – starcze!..
    Przy nich – dzisiejszej nie zadrzymiesz nocy,
Wyznam jak dziecię serca mego losy
Co w boju długim skruszyło owe tarcze!..


PIEŚN III.

    O – czyś ty słyszał głuchy grzmot, w oddali,
Co grzmiąc ze szczytów wydaje lawina
Gdy jak strącony szatan w otchłań wali
    I swe zniszczenia u dołu poczyna?..
Przed nią drżą wioski, cicha drży dolina,
Choć bryłką śniegu przez ptaka strącona
Zatrząsa ziemię – i w nicości kona –
O! tak namiętność wzrasta jedną chwilką,
Co świat pożarów nieci – iskrą tylko!...
Starcze, ty nie wiesz, co to czuć i marzyć,
Ty nie znasz, co to wyższych duchów słońce,
Boś przywykł tylko w tych tu murach starzeć,
Żyć jak to mury ciche i ziębiące…

O kraj wasz cudny! w czarodziejskie wdzięki
I waszych jezior błękitne zwierciadła
Ciche – głębokie – jak gdyby odgadła
Fala myśl stwórcy w odbiciu jutrzenki
Tych wodospadów kochałbym kryształy,
    W koronie tęczy grającej, wspaniałej,
Kochałbym sercem tę ziemię spokojną,
Gdyby to serce swej ziemi nie znało,
Co oczom moim stokroć była strojną
I nad te cuda – cudną – i wspaniałą!..
Bo się to serce pod innym obłokiem
Jak pączek w gromach wiosny rozwijało,
Na to, by tutaj strojnie tym urokiem

Bez tamtych zwolna, co dzień opadało!..
O! ty nie pojmiesz cudów Polskiej ziemi
I serc tych wielkich, co w tej ziemi żyją –
Wielkich! – w pancerzu swej niewoli biją
    W mękach hartując się siły orlemi
    Cierpiąc Chrystusa ranami krwawemi!
Jakkolwiek ciężka i krwawa ta dola
Nam od żelaza zżeleźniała wola!...
By Polskę pojąć – trzeba być Polakiem –
Trzeba być więcej jak człowiekiem – ptakiem
Co skrzydły w górze rozkrzyżowanemi,
Niesie myśl – bole – pieśni całej ziemi!
O! miłość drogiej jednej istoty
Utracić – pali boleśnie! Piekielnie!
Ale ojczyznę mieć – i nieśmiertelnie
Spotęgowaną wszech potęg potęgą
Kochając – ją czuć kopyto, bezczelnie
Depcząc białą pierś, ostatnią cnoty
Arkę – przymierza przepasaną wstęgą,
Nieśmiertelnościom równa się golgoty
Pierś stwórcy pismu takiemu jest księgą!.
O! dawny – wielki Sinaju Jehowa
W piorun zgłoski – w tę księgę je chowa!..
Miłość tu każda – słabym tylko cieniem
Obok niezmiernej miłości ojczyzny –
Ona jest boska!.. o! na ludu blizny
Większej tam! nie ma nad tych gwiazd sklepieniem!
I kto ojczyznę taką – tutaj stracił
Więcej niż ludzki dług człowieka spłacił!.
Ojczyzno moja! Gdyby widzieć ciebie
Mrąc, chwilę chociaż wolną i wspaniałą
Jaka ojcowie widzieli cię z chwałą
Kiedy twe ramię zbawcze – wyzwalało –
Konałbym z szczęścia już na ziemi w niebie!..
O ty!.. nad słońc i piorunów ogniami
Gdy będziesz karał – to chyba miłości
Szał we mnie skarż – żem wszystkich sił siłami
Ojczyznę kochał ha! może nad Ciebie! –

Lecz takich uczuć ty przebaczający
Nie karzesz – zmartwych, nocy, powstający!..
O! tyś największa Polsko! w twej niedoli
Taką nie byłaś – nie będziesz sny twemi
l krew twa spada za zbrodnie tej ziemi
Kiedy bolejesz podrzuty orlemi
O! lecz ból taki Boga niechaj boli –
Jam człowiek tylko – tylko dla ojczyzny
Tych piekieł niebem tak się goi blizny
O! tyś ją rozpiął na tym krzyżu Panie!..
Niechże nam dotrwa pierś i ducha stanie!..
Gdy od niej począć ma się doba trzecia
Więcej niż ludzi – wolności stulecia!..
Nad czuwających – spłyń – ducha czuwanie!..
Jam jest niegodzien słów tych, przebacz Panie!..
Ojcze! ty kochasz Szwajcaryą? cóż serce
Krzykłoby twoje – choć skroń w siwiźnie
Gdyby ci wzięto tych dolin kobierce,
l Alpy twoje – a w rozdartej bliźnie
Słowo wygnańca.., iskrami pisano –
Gdyby cię z ziemi rozdartej wygnano!
Byś pojął boleść tej ziemi w niewoli,
Pomyśl człowieka – którego związano
I ugodzono, gdzie, najwięcej –
A potem końmi ciemności i śmierci
Tu rozszarpano w słońcu – na trzy ćwierci
I żywcem w grób umarłych zakopano!
A duch jak pająk rozdarty w tym grobie
Każdą się częścią ku zrośnięciu ciska –
O starcze – starcze – starcze – pomyśl sobie
I myślą pojrzyj w przyszłości źródliska
Ziemia rozdarta wzniosła oręż dumnie
I wieko wieku zdarła na swej trumnie
Głaz piekła leżał piramid ciężarem
Z orężem ojców pordzewiałym, starym,
Z lutnią – i śnieżnym wolności sztandarem!..
O! wyście mieli Tela waszej ziemi
Co stargał więzy i zwalił, Tyrana

Myśmy ich mieli – jak tych gwiazd promieni
A jednak posąg nie runął szatana!
Wyście widzieli tutaj dni ostatnie
Kościuszki, daliście cne mu ręce bratnie,
O! boście czuli czasem wróg i niewola
Wśród burz Alpejskich w klasztornem ustroniu
Ty wiesz te ziemia twa wolna, szczęśliwa,
I nie wiesz, pewno – że tam gdzieś daleko
Jest inna ziemia – wielkiem życiem żywa
Co co ćwierć wieku zrzuca trumny wieko
I staje wielka – na poległych błoniu,
I wstaje wielka – na poległych błoniu,
Nad którą ludy myją dłoń Piłata
I Ecce Terra!... – bluźnią dziejom świata
A inne ludy – to piekłem przestrasza!...
Amen wołają ustami Judasza! –
Tam jest kraina duchem nieszczęśliwa
O jest kraina, na której się błoniu
Krew męczenników lała w świętej sprawie
Dzisiaj na wrogów swych, trojańskim koniu
W łańcuchach siedząc – w przyszłość patrzy łzawie;
Jakich walk rozpacz biła w wrogów karki
Starcze! nie będę tobie marnie gwarzył,
Jak święty węgiel w sercach nam się żarzył,
A choć ten ciężar runął nam na barki,
Czujem że kto lud zabić tu zamarzył
Ten był najgłupszym wśród piekła szatanów
Choć najpodlejszym – (gdy mógł być) z tyranów!
Bo od rozbioru i barskich zapasów
Przez Kościuszkowskie proroctwa i cudy
Samosierry piekło – z zbrodni czasów,
Do Belwederskich wulkanów powstania
Świętem stuleciem – tem niech dumna ludy
Będą – żyły w tym wieku zarania,
Bo choć noc jeszcze chwyciła go w szpony,
Wiek ten jak arfa olbrzymiemi stróny,
Której naciągnął – duch miast strón – pioruny
W wieczności będzie grzmieć – i swemi łóny

Ciemność przerażać aż do jej ostatka –
Gdy wolna wstanie Polska, ludu matka!
Ona jej zagrzmi w dzwon światła i cnoty –
I pęknie w świt wolności – u Golgoty!..
Naszych bitw dzieje – i miejsc ich imiona
Śpią jak pioruny, dla oka przyszłości
I kiedyś trysną oczom potomności
Jak siedmiu mieczów męczeńskie znamiona!..
Pól Ostrołęki, Dębów i Grochowa
Naród w skarbnicy swej pamięć przechowa,
Ich blaskiem orzeł błyśnie na sztandarze
Co przewodniczyć kiedyś będzie wiarze!
Wiarze młodzieńczej!,. o! ciemne nadzieje
Lecz nie okłamie nikt w ludzkości – dzieje!
Was osłaniały waszych Alp granity,
Was ostrzegały ich płonące szczyty –
Nam byty murem tylko piersi nasze
Trojakim wrogiem w koło oplecionym
Jak wężem z wszystkich żmij ziemi splecionym –
I wychyliliśmy tę trucizn czaszę,
A potrzaskaną, o krawędzie świata
Niech Bóg na zemsty okruchy obróci
I jako ziarna – w ziemię serc im rzuci
Nad tłum – co kurze z grobowców obmiata –
I grobów kościom zazdroszcząc, w rozpaczy
Kona wśród śniegów – lub z kwaru, w tułaczy!
Wróg byłby runął, gdyby nie Judasza
Ów pocałunek – co nam dały ludy –
Za krwi strumienie, rozpacze i trudy –
Boże!.. ty przebacz im te dni obłudy –
Zemścij nas – cnota w sercach Barabasza!..
Walko Samsona! prześwięta z gromami –
Samaś zatrzęsła piekieł potęgami
Sama – ze trzema w walce tyranami –
Car już ostatnie słał swych gwardyi stada
Jak kruki – wściekły – i gdyby nie zdrada...
Tu umilkł, rozdarł naszej piersi szatę –
O! pierśbym rozdarł!...

Czoło wsparł o kratę
Twarzy się jego przelękła twarz blada –
Księżyca – niknąc w chmur żałobne smugi
Walczyłem z braćmi – walczyłem do końca,
Póki ostatni drżał nam promień słońca –
Szał boju mego – zbił ich szereg długi
Czemuż mi nie oddali – tej przysługi
Byłbym legł cicho – w ojców świętej ziemi
Śmiercią – co życiem byłaby z swojemi –
O biada! Biada!.. wśród rzezi i mordów
W płomieniach mieczów i błyskawic hordów
W akkordach spiżów co grzmiały nad łany
Nie było miecza – co by zgoił rany
Które dziś noszę – zbolały – wygnany!..
Czyż życie moje – jeszcze kiedy … Boże!.
Ziemi mej zdałoby się na co może..
Na długo ziemia ma nocą spętana
Próżnom myśl ptakiem posłał w tamte strony
Już nie zadzwonią – tamte! – tamte dzwony,
Kiedy wróg chwycił za zdobycz szponami
Uszedłem z kraju wespół z wygnańcami,
Założyć Polskę po za polska ziemią
I duchem rzucać ziarna co się plemią [6]
Alem ich rzucił – bo wśród marnych swarów
I tęsknot niemych, bez skutecznych gwarów
Słabli w rozdziałach – bo stracili biedni
Błogosławieństwo to – co w dzień powszedni
Ziemia tam własna daje pod nogami
I marli żywi – choremi myślami!...
To najsmutniejsza dziejów naszych karta,
Ludzi co w mękach marli wygnańcami –
I nieczytelna – bo łzami zatarta!...

Lecz tam mój ojcze!.. zostało me życie
Tam!... drga szalone serca mego bicie,
Bom porzucając mą ziemię, zostawił –
Anioła – który dniom mym błogosławił –

(O! cześć ci lilio – od uczucia tego
Stałem się lepszy – acz cień losu twego
Wieczny cierń w piersi i łzę mi zostawił!)
Patrz ta obrączka na mej piersi – jasna
Z krzyżem – jak księżyc gra w niej…
To jej własna!...
Kiedym ją rzucał z piersią wpółrozdartą
Rzekłem – o! rzekłem, by mnie zapomniała
I rękę w życiu innemu podała,
A myśl w pamięci czasem będzie startą –
Lecz nie tak Polki o! starcze, kochają,
Bo serce Polki – tylko raz ukocha,
A gdy dni szczęścia na wieki skonają,
Serce odkwitłe – namiętnie zaszlocha
Łzami płomieni – i zamknie się w ciszy
Że tchnień prócz Jego!... nikt już nie usłyszy
I w ból niewieści zbrojna, święta – męzka –
Przejdzie przez życie smutna – i w oku ponurem
Maryi – ostatnia błysła łza – rozpaczy,
Milcz, bo ci serce to zbolałe, którem
Żyłam dla ciebie – nigdy nie przebaczy…
Ty kędy pójdziesz – choć sama – tak młoda
 O! wszędzie, wszędzie podążę za tobą,
Pozrywam tamy jak fal rwiących woda
I będę walczyć rozpaczą! żałobą!...
A może padnę przy tobie – i z tobą!...
Ja cię wynajdę idąc przeczuć drogą,
Serca co kocha one nie omylą,
Znajdę pod piekłem!... jedną chwilą błogą!...
Wygnanką będę – ! jedną – błogą chwilą!...
Gdzie ty pociągniesz?... na pierś spadła głowa –
I świat mi stał się niemym – ślepym – głuchym –
Aż gdym ostatni raz – tonął w jej oku –
Jak duch co zburzy rozwiewa się duchem
Patrząc na siebie w błyskawic obłoku!...
Jeszcze w to oko spojrzał raz ostatni,
I zniknąłem odtąd ziemi ojców bratniej,

Aż tum utonął – Gdzie serca poczciwe
Wygnańcom naszym – po bolu życzliwe,
O!... umiliły stan mej czarnej duszy
Co poczerniała za krajem się kruszy!...
Kiedy ukląkłem u kapliczki Tela
Na zimnej skale wsparłszy wrzące czoło
W imię boleści Ojczyzny pęt wężowe koło!...
Wezwałem pomsty – od tego – co duchy
Wolne utworzył – na tych co w łańcuchy
Okuli białe ludzkości orlęta!...
Co z piersi matek gorszą niemowlęta
I na swą ucztę biorą jak jagnięta!...
O! czyliż od nich to biedne stworzenie
Barry mój biedny, nie wyższy swą cnotą?
Ha! zbrojny w krwawych męczarni pierścienie
Oddałem zemście – co nas w kola plotą!...
Lecz dzisiaj – przebóg!... mam serce Polaka!
Gdybym go w śniegach znalazł zmartwiałego
Jak żmiję otarłbym tchem życia mego –
A sam pod niebo wzleciał z pieśnią ptaka!
O Maryo moja!... gdzie ty o tej chwili
Toniesz oczyma – i myślą tęsknoty
Możeś ty cudza – o! niech anioł złoty
Cień skrzydeł swoich na twej skroni sploty
Jak aureoli – spokojem umili…
Może… na łonie twem niemowlę kwili,
Może… klasztorne zamknęły cię kraty!...
Precz!... myślą przeklętą!... rzucam w ciemne światy
Niech i nie wraca – daremnie!... daremnie!...
Jam jest bez ciebie – ty zawsze bezemnie!...
Dość, dość, na niebo co wisi nad nami.
Jasne! Jam ciebie pojął i zrozumiał
Starzec młodzieńcem tę noc przeczuć umiał
Dumne me serce twemi cierpieniami!...
Te mury tobie niech będą osłoną
Od burz co wyją piekielną potęgą,
One mnie także stały się ochroną,

I ja marzyłem… związany przysięgą!...
Słuchaj – ma młodość wśród cichej doliny
Przebiegła jasno bez bolów i skargi,
I pieśń wesołą nuciły te wargi,
Kiedym wiosłował wśród cichej głębiny…
Na małej łódce po wielkiem jeziorze
Niosły nas fale z lubą co wieczora,
Księżyc się schylał nad nami, i góra
Nad nami grzmiała wodospadem, w górze
Z lodów poczętym – tonącym w fal łoże –
A jednak bracie, jej serce niestałe
Zadrżało potem przy sercu innego –
A jam utonął w mury skamieniałe
I tu ożyłem – do życia cichego –
O! tam nad fale Lemanu, Genewy,
Przeszło dzieciństwo i pierwsza myśl moja,
Pod schylonemi tamtych lasów drzewy
Piłem z młodości niebiańskiego zdroja –
Nie tu młodzieńcze zamyślałem starzeć,
O! wiem ja, wiem ja, co to czuć i marzyć,
Tam! lubej pierwsze zabrzmiały mi śpiewy,
A gdy umilkły, to na tejże łodzi
Sam wypłynąłem na jasną głębinę,
Żegnałem okiem rodzinną dolinę,
I chciałem zginąć w głębiach fal powodzi –
W tem pójrzę w niebo – krwawo księżyc wschodzi
I blaskiem górę oświeca Bernarda
Co się górami otoczyła harda –
Stara mi matka o! pomnę – mówiła,
Że tam są mnichy, co żyją wśród ciszy
Klasztor ich cichy jak zmarłych mogiła,
Cisnąłem wiosło – i klasztor mogiła
Zamknął mnie – odtąd wicher głos mój słyszy –
Kiedy samemu nie jest się szczęśliwym,
Uszczęśliwiając drugich, być nim można
Tak upiór bolu, znów stałem się żywym
I myśl ma dzisiaj pogodą pobożna!...
O czczę od dawna naród wasz i boje,

Byłem przy skonie Tadea Kościuszki,
Konając, podniósł w niebo oczy swoje
Nim głowa spadła do wiecznej poduszki:
I rzeki: o mnichu! módl się za mych braci!
A jeźli który w klasztor twój zabłądzi
Przyjm go – kraj sercem serce ci odpłaci…
Nie długo skonał. Kraj płaci – Bóg sądzi,
W tobie mi synu zapłacił obficie –
Przy mnie zagasło Wielkie męża życie!...
Janie! jam gary – i te skronie siwe
W krótce się, w krótce w marny proch obrócą,
Kiedy ja skonam, ty po mnie zostaniesz
Cieszy, i budzić, błędne, nieszczęśliwe,
A chwile życia cnotami się skrócą
Że sam nie ujrzysz gdy u szczytu staniesz…
A może – może – oby wróżby wieszcze!
Może doczekasz się twej Polski jeszcze –
I jak ksiądz każdy winien w Imię Boga
Pójdziesz na czele z krzyżem w chmurę wroga,
Tak ty zostaniesz tu – mój bracie, Janie,
I poznasz jak nawzajem to czuwanie!...
Gdy z pod twej ręki jaki zmarły wstanie –
Tak tak mój ojcze!... idź spocząć, już rano
Błysnęło z szczytów – śnieżnych gór rozwianą
Chmurą jasności... czoło wsparł o kratę –
Potem Gwalberta ucałował szatę
Z czcią jakąś rzewną, w te jasne zaranie
A Gwalbert rzekł mu doczesne wygnanie!
Chrystus zmartwychwstał, Polska zmartwychwstanie.
Przez Polskę wstanie Polska ma Ojczyzna –
Jej już nie truje tej ziemi trucizna –
Bo z ran jej źródła wolności wypłyną –
O witaj słońce – ze wschodu godziną!...

PIEŚŃ IV.

Do Loretańskiej bramy zapukało,
Skoro błysnęło pierwszym blaskiem rano,
U korytarza, (dla obrazu zwana
Co zawisł nad nią) otwarła się brama –
I siwy pielgrzym podróżą strudzony
Powitał mnichów słowy życzliwemi,
Prosząc o kącik miedzy mury temi,
Nim wypocząwszy ruszy w dalsze strony.
Ciągnął do Rzymu z krainy dalekiej
I długo gwarzył na swym kiju wsparty,
Aż snem zmożony przymknął swe powieki
I spał, spał długo, gdy psałterza karty
Z śpiewem pobożnie mnichy odwracały
I ranny pacierz do chóry śpiewały,
Wśród refektarza, gdzie na ścianach czarty
Kusiły świętą Antoniego postać
Pielgrzym się zbudził – lecz mocno strwożony
I ani chwili dłużej nie chciał zostać
Klasztorneż ze snu zbudziły go dzwony?...
Nie – on spał twardo – lecz nagle zbudzony
Zerwał się, jakby jakieś przypomnienia
Weń ugodziły, ujął kij pielgrzymi
I za gościnność słowy dziękczynnemi
Im błogosławiąc, rzekł: ku klasztorowi
Gdym szedł wśród burzy, gdy nie mylą oczy
Zda mi się, żem gdzieś widział na uboczy
Postać pielgrzyma, choć bardzo daleko
Pnącą się ponad śniegi, nad parowy,
I znikł mi z oczu sam – pod burz opieką –
Czy on nie zbłądził? Bo próżno wołałem,
Tylko me własne echo usłyszałem…
I z wichrem jakiś głuchy jęk odniosło…
I w ciszy moje przerażenie rosło –

O! jam zapomniał – !... zasługa przed Bogiem
Odszukać w śniegach! – choćby nam był – wrogiem!...
Odparł mnich Gwalbert i ścisnął pielgrzyma,
Co poszedł w drogę, szybko, posilony,
A idąc dalej, wyżej, w górne strony,
Zniknął przed mnichów patrzących oczyma!
W tem z dala głośne ozwało się wycie,
Jak ryk boleści długi – przerywany,
O! to mój Barry!... zajęczał jak dziecię
Znam ja głos jego, rzekł Jan pomięszany...
Idź idź mój synu, w tej usłudze bratniej,
Rzekł ojciec Gwalbert głosem cicho drżącym
I krzyż uczynił za Janem niknącym,
Czyn to niepierwszy, czyn twój nieostatni!
Echo odbija drgający głos mnicha
I konająco powtarza; Ostatni!
Furta zamknięta, znów godzina cicha.
Jan spieszy drogą zawianą śniegami
Oddycha prędko – czasem staje – słucha –
Lecz w koło cisza – tylko wąwozami
Wicher gwiżdzący, to cichnie – to dmucha –
Serce mu rwie się, drga nieznanym szalem
A on brnie dalej, w śnieg wązem białym,
Niesie likwory wytrawne, gorące,
Co budzą życie w zamrozach gasnące,
W pół drogi przybiegł Barry zapieniony,
Zawył pod siebie tuląc ogon czarny.
O! czyż ratunek mój byłby już marny?
Woła Jan spiesząc dalej zatrwożony –
Barry go wodzi nieznajomym śladem
Długo, i długo dzikiemi wąwozy,
Kędy gad tylko zwykł pełzać za gadem
Lub za kozami gonią dzikie kozy…
Spinał się w górę długo, ślad za śladem
W pośród szkieletów drzew, i gór manowców,
Kędy świat śniegów jak szereg grobowców
Nad rozmarzniętych leżał wodospadem

I kilka sosen w błękicie, z pod śniegu
Szumiało niemo z nad urwiska brzegu!
A czarne kruki i sępy w lot dziki
Krążyły wkoło jak zdobycz wietrzące
Wznosząc radośnie wpół piekielne krzyki
Co przepadały w śniegach konające –
A serce Jana było napół śniące.
Napół miotane tajemniczą trwogą,
I coraz dzikszą naprzód idąc drogą
Sam za psa śladem – nie strachem strwożony
Zanucił piosnkę co mu wspominała
Dni jasne życia – jak wschód spromieniony
Pieśń tę mu Marja czasem śpiewywała:
Na wschód patrząc mym zwyczajem
Czego płacze to pacholę
Ono płacze za swym krajem
A tym krajem jest Podole!...
Na wschód patrząc mym zwyczajem
Czego płacze ta dziewczyna
Ona płacze za swym krajem ,
A tym krajem Ukraina!...
Na wschód patrząc mym zwyczajem
Czego łza po licu płynie,
Ona płynie za swym krajem
A tym krajem jest Wołynie!
Na wschód patrząc mym zwyczajem
Czego lud ten cały płacze,
Ach! On płacze za swym krajem
[7] Bo ci ludzie są tułacze!...

Tułacze! niesie po skalach konając
Alpejskie echo, a ptastwa wrzask głośny,
Zdał się powtarzać tułacze! wołając
Słowo okropne, w śmiech piekieł rozgłośny.
W tem stanął Barry – i zawył okrutnie
A na twarz Jana popatrzył tak smutnie,

Że w oku jego – łza się zakręciła – –
Spiął się na skałę, gdzie zawieja była,
I Jan wśród śniegu ujrzał leżącego
Pielgrzyma . . . . . . . . . . . martwego!
Odpędził orła, co już krwawe szpony
Chciał w pierś bezbronną zapuścić zgłodniały –
Schylił się drżący, miłością natchniony
Śpiącemu bratu już oddany cały…
Skostniałą postać porwał w swe objęcia
Woła i tuli, jak matka dziecięcia
Martwe już zwłoki – na próżno!... na próżno!...
Pielgrzym niewładnie już laską podróżną!
Do ust mu oddech gorący przytula,
Próżno rozgrzewa – i w płaszcz swój otula,
Dusza wzleciała do wieczności ula!...
Pielgrzym ów w mnicha czarnym stroju odzian,
Twarz miał wpół skrytą kapturem spuszczonym,
Lecz raz pojrzawszy w nią widno – że młodzian
W wiośnie lat swoich tu zginął zbłądzonym!...
Jan w twarz spokojną patrzy długo – długo –
W tem czoło straszna chmur się zwlekło smugą,
W tem z pod kaptura nagle na śnieg biały
Wypadły długie dwa czarne warkocze,
On patrzy – patrzy w rysy martwe i urocze
I oczy Jana –
Twarz Maryi – ujrzały –
«Ja cię wynajdę idąc przeczuć drogą
Sercu co kocha, one nie omylą,
Choćby pod piekłem!...» resztę słów ze trwogą
Kończą już wichry niosąc je motylą
Piersią –! o – czemuż pierś Jana już nie ma
Głosu?... pierś jego martwa – jak pielgrzyma!...
Wzrok jego niemy tonął w jej powieki
Aż mu źrenice – ściemniały – na wieki!...

W tem z ponad śniegów rozbił się o skały
Z dala głos dzwonu głuchy i ponury

Drgający konał tu o śnieżne wały
I dzikim głosem leciał skonać w chmury –
Potrzykroć dzwonił od wieżyc klasztoru,
Aż coraz ciszej chrapliwemi dźwięki
Mdlał głos spiżowy jak kona wśród boru
W wąwozie Alpów głos cichej piosenki...
Lecz próżno dzwonił... i szedł niespokojny
Starzec zakonnik, a za nim dwa mnichy
Idą – i stają – i do ziemi cichej
Ucho przyłożył – i znów krzyżem zbrojny
Idzie wśród wichrów górą, coraz dalej –
Brnie w pośród śniegów i śnieżnicy fali,
Aż na szczyt skały wdrapał się wysoki
Z tamtąd na drzewo – co nad jar głęboki
Po nad otchłanie zwieszało konary –
I w dali – drżący boleścią mnich stary
Ujrzał kleczące dwie postacie w śniegu
Już pobielałe i w poły owiane
Od orłów z wrzaskiem i krzykiem szarpane,
Pies wył na skale z nad przepaści brzegu –
Lecą godziny – i trwoga w klasztorze
Wicher zawieją kołuje na dworze,
A tam na śniegach starzec płacze drżący,
Nad dwóch postaci głowami schylony
A u nóg wyje Barry zasmucony
Próżno w twarz Jana z boleścią patrzący!
Alpejska burzo!... o – zagłusz te jęki
Oni spokojni... im inne piosenki!...

W pośród kobierca Alpejskiej doliny
Wznosisz się cicha kochanków mogiło,
Na ciebie z góry niaspadną lawiny
Na ciebie skały patrzą dziką – siłą –
Nad tobą cichy krzyż trzyma ramiona
I błogosławi w bluszczu, co się zwiesił
Na jego skroni – to twoja korona!
Na sen ci śpiewa by ich kto nie wskrzesił...
Tobie słowiki hymn kwilą co nocy

Nad tobą księżyc blady się wychyla
Z nad pian kaskady – nim z słonecznej procy
Wytryśnie blasków gerlanda motyla…
Nad tobą dzwoni najpierwszy skowronek
Po rosie srebrny na twych kwiatach dzwonek
Dźwiękami kona, ranek swe podźwięki,
Z twą wonią splata o Wschodzie jutrzeńki!
A kiedy burza twe imiona jęknie
Któryż na tobie pielgrzym nieprzyklęknie?
Bo któż cierpienia uwieńczony wiankiem
Niebył wygnańcem – lub niebył kochankiem?
Nad tobą mile wodospady jęczą
I kiedy kona już wśród Alpów burza,
Słońce z za chmury śmiejąc się wynurza
Pierwsza nad tobą – z pian odtryska tęczą
Która cię wieńczy koroną młodzieńczą!...
Kraków. 1855.





PERŁA.
POWIEŚĆ WSCHODNIA.

«Zabić tyrana,
To zabić szatana.»

S.

O morska ciszo! W twoich fal przestworza
Stacza się tarcza słońca po upale
A krwawiąc czołem, pian błękitnych łoża
Ostatni promień łamie na wysp skale...
Lecz pięknie moc tyrana po dniu państwa
W raz z głową jego w pian otchłanie wali,
Palma wykwita na gruzach tyraństwa
Z krwi tych, co niegdyś lud uciemiężali...
Palmo! o któraż pieśń ciebie wychwali?...


I.

Czyje to wiosło o ciszy zachodu
Pluskaniem budzi uśpione bałwany?
Czyja to łódź przez modre sunąc piany
Blizka już brzegów niewoli narodu? –
Rybaku młody!... tyś sam na twej łodzi

Włok twój rzucony już na dno niedbale
A ty tak chyżo wiosłem prujesz fale?...
O jakaż dłonią zręczną włada siła,
Jakiż blask szału na twem licu wschodzi,
Włos twój się rozwiał na wichry w nieładzie
A w oku iskraż przeczucia zatliła?...
O! już, już, lądu przystań niedaleka,
O wiosłuj chyżo, bo słońce się kładzie,
A ląd choć blizki twej łodzi ucieka.

On złożył wiosło, łódź po falach sunie,
W dłoni ma perłę, której blask do słońca
Zwierciedli ogniem, tak jasno, bez końca
Jak blask płomyka w pożarowej łonie!...
O! to skarb z morskiej wydobyty toni,
Rybak ją ukrył, znów wiosłuje chyżej,
Perła ta ślepia bogaczy zapłoni
Blaskiem chciwości!...
Bliżej – coraz bliżej
Sunął się młody rybak ku lądowi –
Z daleka w słońcu minaretów szczyty
Lśnią złotym blaskiem – a młodzian w błękity
Spójrzawszy milcząc, klnął półksiężycowi
Co w nowiu zdał się czekać pełni jasnej,
Sterczący dumnie na murach haremu
Gabryel wstrząsnął się w głębiach duszy własnej,
Złorzecząc państwu tyrana krwawemu – –
W tem Muezinów ozwały się głosy
Wieczornych modlitw, hasło Muzułmanów,
Modlitwą pomsty za swej Grecyi losy
Gabryel stwórcę błagał z swojej łodzi…
O skon potęgi swej ziemi tyranów!...
Słońce w pian głębie coraz niżej schodzi,
Tylko blask krwawy rozlał się w lazurze
Ostatni goniec dnia, już gasnąc pała…
Słońce zagasło twarzą w złotej chmurze
A pierwsza gwiazda nad morzem zadrżała –

Gabryel cicho wiosłując w milczeniu
Patrzył na domy Selima stolicy
Jak biegły rządem, sklepienie w sklepieniu…
Łącząc się, giną, ulicą w ulicy…
Domy nad domy pną się w wyniesieniu –
To jeszcze Greków ręce budowały
Co ich!... przestoją, jak wieki przestały!...
Umilkły glosy, o mroku wieczornym
Muzułman głosem modli się pokornym
Imię proroka sławiąc, Allach woła
Niech turban z Baszy nieupada czoła!...
Po chwili – w ciszy, od lądu – z daleka –
Ciche ozwały się dźwięki gitary
I głos niewieści przez fale ucieka
Lekkim podźwiękiem, w duszy budząc czary –
Gabryel słucha, głos ten chwyta, goni,
Słucha… i wiosło zadrżało mu w dłoni
I ogień błysnął w młodzieńczej źrenicy
On ją wzniósł w górę, i patrzy, czy z dala
Nie anioł śpiewa, co gwiazdy zapala?...
O nie!... to tęskna pieśń, to pieśń dziewicy,
Bo głos ten płynie z za murów Charemu
W głosie tym dzieje odbiły się losu –
Cichszy od nocnych słowików on, głosu
Smutniejszy niż pieśń pogrzebu… Czyż jemu
Pieśń ta znajoma? czy głos co ją nuci?...
On ją gdzieś duszą słyszał – a wśród duszy
Już zniknął pokój!... o – ! któż go powróci –
Któryż grom w sercu szał burzy zagłuszy
Jeżeli chwila jej pokój zakłóci?...
Jak pieśń go wzięła – tak pieśń tylko wróci!...
Gitara dźwięczy – tak cicha… tak miła…
I strumień pieśni, po strumieniu fali
Coraz to ciszej – i ciszej się żali
W tem pieśń umilkła.
Łódź o brzeg trąciła. –

II.

Wśród marmurowych komnat, wonne kwiaty
Chylą się w koło bijącej fontanny,
Tam siedzi basza, chciwy, choć bogaty
Łupami Grecyi… w kłębach dymu pjany –
Z daleka widok ma na ciche morze
Co się usłało w skalne brzegów łoże –
A on po boskich wybrzeżach Hellady
Wzrok ogłupiały – srogi i bydlęcy,
Wodzi – i puszcza kłęby dymu, blady
Obrzękły cielska ciężarem, w niechęci,
Patrzy na kwiaty Perskiego kobierca,
Co podrzeźniają się fontanny kwiatom
I mnie je w ręku on tygrys bez serca
Co depcze kraj ten bezbronny, w rozkoszy
Okrada, krwawi, hańbi i pustoszy
Kraj co pomnikiem wiecznym, myśli światom!...
O!... wolę cyprys na gruzach szumiący
Święte łzy w pośród grobowców roniący,
I łeb ten łatwiej – od tego cyprysa –
Ściąłbym – i rzucił, łeb podle śmiejący
Co ziemię pełną relikwii – wysysa!...
Dziś uroczysty dzień w świetnej stolicy
Bo tyran wszystkim daje posłuchanie
Biegną i Giaury i Mahometanie!...
Z pod czarnych luków, brwi, oczy Seïda
Dzisiaj łaskawszym zabłysły uśmiechem,
Każdy swą proźbę śmielszym głosem wyda
Pod słońcem łaski śmielszym tchnąc oddechem.
Leca kiedy gniewem wzrok Baszy zapłonie,
O! wtedy biada z pod brwi łuków czarnych
Dwa węgle iskrzą jak w ciemności łonie
A blask ich pragnie krwi istót ofiarnych…
O! wtedy krwawy sztandar już powiewa,
Łby lecą z karków jak ścinane drzewa

Wtedy krew tryska jak zdrojem fontanny,
I skarby rodzin dłoń zagarnia mściwa,
Co krew ich w gniewie swej zemsty przelewa.
Już posłuch Baszy kończył się poranny,
Kiedy znać dano, że młodzian ubogi
Nieznany rodem nieznany imieniem
Błaga o przystęp w posłuchalne progi,
Jasne potęgą i wielkie znaczeniem...
Dał znak! – niech wejdzie – dziś w Seïda progi
I giaury wchodzę. Wszedł rybak ubogi.
Skłonił się nizko – aż włosów pierścienie
Musnęły kwiatów jedwabnych kobierca –
I stanął w ziemię utkwiwszy wejrzenie
Gdy nienawicią wrzało mu dno serca –
Ktoś ty młodzieńcze? i jaka konieczność
Zagnała tutaj, psie niewierny! ciebie?
Tu wyrok Baszy tak święty jak wieczność
Jasny jak księżyc proroka na niebie! ...
Rybakiem jestem z dalekich wybrzeży,
Na fale morza od dziecka rzucony
I falom losu z dawna powierzony
Bom niepił życia u łona macierzy –
Grek jestem!... wybacz Baszo wielki w sławie
Że stopa bosa w te progi śmie stąpić,
Ale racz chwilę posłuchać łaskawie,
Nim nowym sługą raczysz mnie zastąpić!
Oto z mym włokiem, tułając w łodzi
Raz u wybrzeża kiedy zbiegło morze
Stępują w piasek – ranny promień wschodzi
I patrz – tę perłę odkryło mi zorze! [8]
Dozwól ją u stóp swych złożyć Grekowi…
Basza wziął perłę, spójrzał, i zdziwiony
Wzrokiem chciwości blask jej każdy łowi
Pożera, pięści – bogacz ucieszony –
O! na kędziory brody Mahometa!...
Ja takiej perły w skarbach moich nie mam,
Lecz któż ma taką? kto! klejnot kometa!
Młodzieńcze słuchaj! ja cię tu zatrzymam!...

Ty już zostaniesz tu – na Baszy dworze
O zostań! złoty zawój ci nałożę –
I będziesz pieścić złoto, skarby, mienie,
Dziś – weź ten pierścień nad inne pierścienie
Cudownym blaskiem!... Baszo! wolę morze!...
O! jam się zrodził wolny wśród fal koła
Ja się zrodziłem na ptaka wolnego!...
Niegodzien jestem blasków dworu twego
Swobodny... Baszo! błagam, nie chmurz czoła!
Saïd niesłyszy – on marzeniom wodze
Puścił, i leci dumny w swojej drodze,
O któryż z władców wschodu czy zachodu
Ma taką zdobycz morskich głębin płodu,
W czyjej koronie, o! w jakim turbanie
W którym kindżale taka perła błysła?...
O sadzę w turban – nie! miecz mój dostanie
Taka ozdobę… w tem zamilkł – w milczeniu
Źrenica jego badawczo zawisła
Na jasnem czole Gabryela.
W tchnieniu
Baszy drżał oddech prędko – to znów zwolna
Skinął – i wyszła straż oku powolna
Zostali sami – on wzrok zamyślony
Długo w młodzieńca topił cicho gwarząc
Imię proroka cicho wezwał marząc
I jeszcze jedno imię... zamyślony –
Zreszcie [9] rzekł chłopcze! łódź twoją napełnię
Złotem mych skarbów, i leć na wód prądy
Pod darów moich ciężarem, wielbłądy
Dwa niech uklękną słuchaj – uzupełnię
Wszystkie marzenia twe, rybaku młody
Lecz bądź mi wiernym, jak głębiom twej wody –
Marzenia moje!... pomyślał młodzieniec
Łotrze! wypełnić o! nie byłby w stanie –
Marzenia moje – to w duszy zostanie!
Lecz z jakich liści na twym trupie wieniec –
l z wzgardą mierzył Baszę pijanego
Co weń utopił wzrok oka sępiego…

I powstał Seïd krokiem niespokojnym
Ku strumieniowi zbliża się fontanny,
Zerwaną różę daje młodzieńcowi,
Rzekł baw się wonią, barw jej kształtem strojnym
Niewiem dla czego mam ufność do ciebie
Wśród chwały zbiegnie lat twych wiek poranny
Seïd cię pierwszym z swych miłych pozdrowi,
Będziesz jak słońce, w pośród gwiazd, na niebie,
Lecz … słuchaj, jeszcze wzrok jego sokoli
Badawczo patrzy, źrenicą w źrenicę
Słuchaj – czy wiesz ty jak ta rana, boli
Kiedy się kocha serce w złej woli…
Czyś kiedy kochał śród dziewic, dziewicę?
Nie Baszo! odrzekł Gabryel po chwili,
Prócz mojej łodzi kochanki nie miałem,
I tym z rybaków którzy ze mną żyli
Dziwno że żadnej z dziewic nie wybrałem
Tylko … w dzieciństwie pomne gdyby we śnie
Dziecię przylgnąłem sercem do dziecięcia,
W błękitnem oku małego dziewczęcia
Okiem dziecinnem tonąłem przedwcześnie...
Lecz w krótce znikła … niepomnę, gdzie, kiedy
A z nią uczucia wraz znikły dziecinne,
Co jak łza dziecka świeże i niewinne,
Zabrała z sobą … widzę ją jak wtedy –
A odtąd w dziewic kole, żadnej lica
Niemiały dla mnie powabu żadnego,
Bo niemasz równej, jak tamta dziewica
Ją gdybym ujrzał – o! ją serce kocha…
Jeźli gdzie jeszcze jest wśród świata togo –
Wybacz Seïdzie – za długie wyznanie…
Dość! miłość Grecka rzadko bywa płocha,
Z uśmiechem podłym rzekł Seïd lubieżnie,
Lecz – słuchaj – inne – o! inne kochanie
Pali to piersi Seïda! – pobieżnie
Powiem ci chłopcze – (o! znaj łaskę Baszy!
Co groźnem okiem niełaski lud straszy,)
On tobie czyni słabości wyznanie –

Słuchaj! niszczęsne dzisiaj przywiązanie
(Mnie niewolnika do stóp niewolnicy
Przykuło podle!) lecz źrenicą hardą
Ona pieszczoty, skarby, … łaski moje
Odrzuca dumnie, z bolesną pogardą
Odpycha serce, co innej dziewicy
Sercu by marzeń rozogniło zdroje!...
A ja jak dziecię słabe przy jej wzroku
Nie mam mej zwyklej potęgi i mocy –
Stracić ją!... nieraz w snach ponurej nocy
Wołam w wsciekłości, i lecę w jej progi,
Kindżał lub serce!... lecz władzą uroku
Spójrzawszy na mnie swych oczu błękitem
Wytrąca z dłoni żelazo… w tem oku
Ginę spojrzeniem słabszy od dziecięcia
Ja – com jej życia panem, wstyd mi słońca!
I nowiu wstyd mi z tem sercem przeszytem
A ona głucha, niema, aż do końca
Na głosy, skarby – wściekłości zaklęcia
Odwraca oczy i smutnem marzeniem
Goni po kwiatach… lub za gwiazd sklepieniem
Goni swych myśli rojem jak woń róży –
Chłopcze! Ty koniec uczynisz tej burzy,
Co miota sercem i piersią mi targa
O! na proroka – nie próżna ma skarga
Tak jak nieszczęsne moje miłowanie!...
Słuchaj – ta perła – ni w moim turbanie
Ani w kindżale – ni w skarbów mych rzędzie
Blasków łagodnych promieniem lśnić będzie
Ale ją wręczysz – wręczysz … w mem imieniu
Eufrozynie w Haremu ogrodzie,
I dziś młodzieńcze, o słońca zachodzie
Wejdziesz w ten ogród przy jej pieśni brzmieniu!...
Gdy muezinów pieśni miastem gonią,
Ona z gitarą w dłoni śpiewać zwykła,
Wtedy jej dźwięki jak perły się ronią,
Ogród oddycha w ciszy kwiatów wonią –
O tej godzinie – widzieć mnie przywykła…

Daję ci ufność ma … lecz pomnij razem
Że możesz męki dziś – stać się obrazem
Przed okiem ludu! – nim spadnie twarz słońca
A z morskiej piany wyjdzie twarz miesiąca…
Wręcz jej tę perłę, co z morskich otchłani,
Seïd posyła swej oblubienicy
Dobytą, z trudem –, modrookiej łani
Basza śle w darze swej pięknej dziewicy…
Gabryel skłonił głowę w zamyśleniu
I słuchał jeszcze srogich słów wyroku
Wtem złość łysnęła w czarnem Baszy oku
I szarpną brodę w gniewnem zamilknieniu:
Jeźli jej serce zjednasz mi tym skarbem
Wielbłąd ci błyśnie swym ładownym garbem
Złota, mych skarbów ... lecz biada! jeżeli
Dziś jeszcze serca jej nieskłonisz ku mnie
Słońce przy męki ujrzy cię kolumnie
A ją w pod morskich bezdeni topieli!...
Ten kindżał jasny co widzisz w mej dłoni
On twoim będzie – jeżli Eufrozyna
Moją zostanie!... Lecz nic nieuchroni
Ciebie przed Baszy wściekłością ... o! biada!
Jeźli niebłyśnie mi szczęścia godzina
Wtedy to ostrze – w twej piersi zagrzeźnie
Zginiesz jak kamień co w fali przepada
A przed tem pójdziesz między męki więźnie!
Gabryel skłonił się nizko, wesoło,
Na licu jego niebyło znać trwogi,
O! dobrze Baszo – że wszedłem w te progi
Eufrozyny pięknej jasne czoło
Skłonię jak lilię do słońca poranka
Ku ustom czułym wielkiego kochanka!...
Czyż obojętne mu życie, że groźby
Baszy nie słyszał – ? słyszał tylko proźby? –
Kiedy odchodził Gabryel w milczeniu
Seïd w głębokiem znów tonął marzeniu
Ślepy miłością, ciemnemi oczyma
Widział to tylko, że jej równej nie ma!...

I zgrozo! winem starcu pijanemu
Przyszła myśl – Greka, posłać do Charemu!...
Czyż prorok skarał obłąkaniem Baszę
Za wychyloną w innych jagód czaszę?...

III.


W cichym ogrodzie za murem Charemu
Z palm liści rosa opada perłami,
Cichy szmer fontann pieniu słowiczemu
Wtóruje tęsknie, gnijąc z kamieniami
I szklanna fala po stopniach z marmuru
Póty podzwania i póty się pieści
Póki nie zejdzie księżyc, i wśród chóru
Słowików – fal jej blaskiem niepopieści;
Tak tęskne serce uderza w boleści
Za tęsknem sercem – lecz ciszej jak woda,
Kiedy w marmurach zginie mu swoboda!...
Wśród róż powoni i cyprysów cienia
Tam jedna róża pobladła wśród ciszy
I kropel rosy – na licu … łez lśnienia!...
Eufrozyno! nikt skarg twych niesłyszy –
Ona o filar czarnego marmuru
Śnieżne swe czoło oparła w milczeniu
Czy zadumana z palmami do chóru
Myśli się modli … w niemem zadumieniu –
Tak młoda, jednak sokole źrenice,
Dzikie – namiętne jako błyskawice
Mgłą smutku zaszły, że z tem chmurnem czołem
Zdała się raczej niewoli aniołem
Niźli kobiety!... pobladły jej lice
Wśród rzędu kolumn, sama jak kolumna
Ha!... to Greczynka – tak młoda! Tak dumna!
Tak smutna razem!... przez wpółsenne oczy
Tęskność wygląda – i dołki uśmiechu
Wkoło ust płaczą skargą, co oddechu
Falą pierś wzrusza z pod czarnych warkoczy

Co się hebanem w nieładzie rozwiały...
To niewolnica Grecka … tak wyniosła –
Jak gdyby wśród palm na królowę wzrosła –
Że przy niej tyran podły – taki mały! –
Lecz uśmiech chociaż pożyczan od wiosny
Na ustach płacze niemy – i żałosny…
Dziwnym ją wdziękiem niewola … osmętnia,
Wzrok jej omglony … ale znać że w chwili
Kiedy go ogniem w zapał roznamiętnia
Porwać by zdolna żelazo i błysnąć
Ostrzem sztyletu – na tych co zabili
Ducha wolności jak orła śpiącego
Który się żmiji dał za skrzydła cisnąć
I obwić w pierścień bolu piekielnego
Co mu już nieda, nad światem zawisnąć!...
Lecz odkąd ona w tych murach Charemu.
Żyje – i żyjąc niezna co to życie? ...
To tajemnicą – i tylko samemu
Baszy wiadomą – ale Basza stary
Ma ją od chwili jak tych wysp zdobycie
Włosienne jego owiały sztandary…
On ją ukochał tem ostatniem czuciem
Starzejącego serca co się w oczy
Jako wąż patrzy, żebrząc za współczuciem
Nieśmiejąc szkodzić, ale na uboczy
Bezsennie żądłem stróżując przy drodze
I grożąc ciągle – uskrzydlonej nodze!...
I o utratę tego w ciągłej trwodze
Czego nieposiadł nigdy … wpółboleje –
A wpółśmiejący tym śmiechem – głupieje!
Ona w dzieciństwie duszy wspomnieniami
Pomni jak niegdyś młodemi bluszczami
Ruin milczących oplatała skronie
Wśród Termopylskich wąwozów, latami
Dzieckiem igrała, a dziś wzrok w zasłonie
Za woalem gazy – ogniem zemsty plonie
Bo już dziewicą … w wzgórzach Termopylu
Myśl jej tam buja, siejąc iskry w łonie

Jak orzeł co w chmur piorunach utonie –
Iskry co wrzały – wrą od wieków tylu!...
I wrzeć na wieki będą – póki kamień
Tam na kamieniu zostanie!... z omamień
Tyrana, biedny lud z wolna dobywać
Z cichą łzą – wieków ciszą – wiekom śpiewać!...
I cóż za wulkan zatrzęsie posadą
Ziemi – gdy iskry zleją się w ognisko? –
I cóż za piekło szatanów gromadą
Spadnie … i wszędzie zostawi – zwalisko…
Może tam zlecą Geniusze Hellady,
Na których czoła co noc księżyc blady
Swój pocałunek już od wieków kładzie
Gdy cichy zdrój źródlanej po nich wody
Kryształem szepcze – w jasnej gwiazd Plejadzie
I falą gra jak geniusz – wiecznie młody!...
Na których smętne marmurowe czoła
Strzela promieni cichych aureolą
Jak pajęczyną co dłoń mi anioła
Z jego promieni przędziona się splata
Aż ich niewoli tu przedrzymią lata
A rany w orłów zemsty się przebolą?...
Jak aloesy na grobowcach świata
Których chór wieki milczący w zarania
Blask, krzyknął by raz – grzmotem zmartwychwstania
A potem skonał skonaniem radości
I kwiat swój rzucił pod stopy – wolności!...
O nie! – inaczej dziewica ta marzy –
Może tam zlecą mściciele anioły
Których ognisty miecz, tnie, tępi, żarzy,
Przesokolone w jej braci sokoły
Co zerwą peta, łańcuchy krwią zlane –
Strzaskają w czoła tyranów miedziane –
O! może wstanie który z między braci
I krew tę wieków, krwią pokoleń spłaci!...
O może – może – i dziewczyna młoda
Tonie w marzeniach – lecz serce spokojne
Jest jak spokojna, choć bezdenna woda

W której drży niebo gwiazd milionem strojne!...
Wtedy wypływa na powierzchnię wody
Z gitarą w lodzi żeglarz szczęściem młody,
Żeglarz samotny, w cichem zadumaniu,
I wzrokiem błądząc po dalekiej fali
W piosnkę syreny wsłucha się niebacznie
Niewie o świecie i o wiosłowaniu...
I ogniem źrenic wzrok lubej rozpali
Wtem – jeźli burza pieśń swą chórem zacznie
I wrzaśnie wichrów gromadą ku niemu
Biada o! biada łodzi – o! i temu
Co w niej przebiegał fale w zadumaniu!...
Bo chór zgłodniałych wichrów za nim wrzaśnie
Że w fal pościeli bezdennej – daleko
Snem nieprzespanym niewolnika zaśnie
Nad nim ruchome będzie drżało wieko!...
Jak przeszłość matka, w słonecznej miłości
Gdy ludzkość falą płynie – ku wieczności
Gdzie kruszec w posąg stygł nieśmiertelności!...
Biedna dziewczyno!... Gazello swobody!
Choć ogniem słońca niebieskiej urody
Błękitnych źrenic wrą oczy wabiące,
Jednak w nich nic ma wiosennej pogody
Jak modro niebo w chmur kirze tonące!...
Gaśnie pochodnia słońca dopalona
Lecz Eufrozyna nie wzięła gitary
W której się łonie tęskne gnieżdżą czary
Kiedy wieczorem piosnkę poszle z łona –
I dźwięki z wonią w roztwarte puchary
Kwiatów padają – z nowiu barwą złotą
Mdlejąc się pieszczą – konają pieszczotą!...
(Gdy nuci, Seïd, u stóp swej dziewicy
Siada, niewolnik – swojej niewolnicy –)
Na jej ramieniu uwisł gołąb biały
Jakby białością ramion wybielony,
Jej dłoń z gniazda, w pieszczotach żywiony
Muszcząc warkocze co na pierś spływały
Patrzył jej w smutne oczy – zasmucony,

Jak gdyby smutek zgadywał swej pani –
A z dali murzyn pooglądał nieśmiało
Od jej gołębia bardziej przywiązany. –
I chcąc rozegnać to chmur smutku brzemię
Którem dziewicy czoło pociemniało
Rzucił się głową i dłońmi o ziemię
I począł chodzić na ramionach – w koło
Począł się łamać i pląsać rozkosznie
By chociaż uśmiech wyłudzić, lub czoło
Rozjaśnić chwilą – próżno! już radośnie
Dawno nieśmiała się Eufrozyna
I tylko ręką skinąwszy w milczeniu
Kazała odejść … a wierny skinieniu
Odszedł – niewierny – wierności murzyna!...
Bo psią wiernością do niej przywiązany
Wzrokiem jej oczu – dziki i pijany…
W tem uchylono drzwi wiecznie zamknięte,
Jak usta konchy tajemnica ścięte –
Rzecz niesłychana!... Basza, niepamiętny
Proroka – zgrozo! Upijał się winem!
Pijany Greka nazwał twoim synem
I z perłą posłał do tej – której wstrętny!...
Wszedł – wzniosła postać młodego Greczyna
Stoi ukryta między palm liściami
Brzękła w gitarę swą – Eufrozyna
I taką piosnkę nuci półdźwiękami:
«O wschodzie słońca na Greckiem błoniu
«Pod cieniem starej ruiny
«Tam dwoje dzieci igra w ustroniu
«Skrytych we wielkie rośliny!
«Nad niemi w ciszy palma schylona
«Czuwa nad błoniem, rodzinnem,
«I błogosławi, liśćmi, wzruszona,
«W cieniu, pieszczotom dziecinnym!...
«Obok dziewczynki, tam chłopiec mały
«Świeżą skroń tuli w jej dłoni
«A z kwiatków ruin, wianuszek biały
«Ona mu składa na skroni…

«On czarnem okiem, choć chłopię jeszcze,
«W jej ocząt błękicie żyje,
«Strojne oczęta jej w iskry wieszcze,
«I głośno serce im bije!...
«Nagle zatętni, tam, tam, po błoni
«Konia dzikiego kopyto,
«Czarny muzułman z wichrami goni
«Z szablą w krwi świeżej obmytą!...
«Dzikie ma oczy, turban na skroni
«Zbliżył się, porwał dziecinkę,
«Próżny dziecięcia płacz w tej pogoni
«I lament w niebo rzucany,
«Dłoń Turka silna trzyma ją w dłoni
«Jak fiołek w łąkach zerwany –
«Poleciał chyżo, potętnił, zniknął,
«A chłopiec pod palmy drzewem
«Bolesnym głosem przeczucia krzyknął,
«Odtąd płacz dziecka był śpiewem…
«Lecz … z czasem, może serce żałosne
«Potęskniwszy, rozweselił?...
«Nowe się róże rodzą co wiosnę
«Los – dzieci tylko – rozdzielił!...
«Może się innej czule uśmiecha
«Lecz palma, pewno łzy roni,
«Może… W jej cieniu zemstą oddycha
«Młodzieńcem … pomści … dogoni …
«Bo Turczyn podły ogniem i stalą
«Pod jarzmo podbił Ojczyznę,
«Dzisiaj Proroka tam głośno chwalą
«Depcząc bujną Ojcowiznę!...
«Ojczyzno mężów wielkich jak wieczność
«Tyś jak łąka wydeptana,
«Kopytem koni twego tyrana
«Lecz gromów błyśnie słoneczność!...
«Ojczyzno! Ciężkie dźwigasz kajdany,
«O! któż je starga, kto skruszy,

«Kto w proch powali twoje tyrany…
«Niech pieści przemówi do duszy!...
«On porwał dziewczę, w Charemie smutnym
«Tęskna się w ciszy rozwija,
«Jak blada róża w grobach, okrutnym ,
«Złorzecząc, pieśń w niebo wzbija…
«A tam … pod palmą – czy na nią wspomniał?
«Czy z brzegu patrzy na morze?...
«Palma łzy roni ... może zapomniał?...
«Może ją pomści ... o! może!...

O pomści! o pomści! na Hellady Bogów
Z palm wybiegając Gabryel zawołał,
U nóg ci rzucę głowy naszych wrogów
Kochanko moja!... więcej rzec niezdołał
Tylko dłoń drżącą porwał do owej dłoni
I do płonącej piersi tuli; z czoła
Lśni: odzyskałem znów mego anioła
Wśród pustyń świata!... jak dawniej drży serce! ...
Lecz biada! biada przeklętej pogoni
Co cię uniosła przez tych łąk kobierce!...
Enfrozyna spojrzała mu w oczy
I drży jak listek, i twarz jej się płoni
A jednak ręki niewyrywa z dłoni
Młodzieńca … patrzy … i jak blask proroczy
Na półprzeczuwa – a na pół wspomina…
To on!...
I padła w ramiona Greczyna…
A on ustami już jej usta gonił,
I nim gitary skonał dźwięk ostatni
Księżyc twarz bladą z za chmurki odsłonił
On co kochanków kochanek ... uronił
Nad niemi promyk … pierwszy … czyż ostatni?...
Grał brylantami szumiącej fontanny,
Co tęsknym dźwiękiem rozbryzgując szklanny
Kryształ pian jasnych nito powiernica
Ciskała perły na róż blade lica

I na marmury pod stopy – kochanków –
Jakby girlandą wodnych pluszcząc wianków
Przygłuszyć chciała … szept … by prócz księżyca
Nikt słów nie słyszał o godzinie błogiej…
O! ilem ja tu bez ciebie – mój drogi
Godzin – dni – długich – wiecznych, przetęskniła
Przy mnie ten tygrys! tak podły – tak srogi!...
Tyran mej ziemi!... jam go niezabiła!...
Godzin – dni – długich – wiecznych, przetęskniła
Przy manie ten tygrys! tak podły – tak srogi!...
Tyran mej ziemi!... jam go niezabiła!...
Bo dłoń niewieścia, bezbronna – dziewicza!...
Ha! gdyby moja błękitna źrenica
Pod którą wił się wężem – płaz obrzydły!
Gdyby zabijać, mogła podłem okiem
Jak skorpionowem spójrzeniem ... o! w chwili
Dała bym oczy me z całym urokiem
Za wzrok potworu ... ha! i zemsty skrzydły
Lecąc – zabiłabym go – mem spójrzeniem!
O niekończ droga!... nie – bo w twoje oko
Patrzę jak w szafir niebios – tam! wysoko –
Innem mi serce już uderza drgnieniem!...
To on – mą ziemię okuł w te kajdany,
On – wziął mi ciebie – niech mi z oczu znika,
Zemstą mą wszędzie o! wszędzie dognany,
Bo na mem czole wściekłością pijany
Wypalił piętno … co chyba z krwią znika
Więc niech zna, co to – wolność niewolnika!...
I póty płonąć będzie moje czoła
Jak wieńcu węgli, hańbą się zasmucę
Przysięgam tobie!... aż me jarzmo zrzucę,
I skronią wolną tocząc wzrok w około
Po nowe wieńce do ciebie powrócę –
I głową jego strojną w krwi korale
Te drzwi choremu twojego – rozwalę!...
Słuchaj!... ja sztylet zaszczepię mu w łonie
Owocem jego – śmierć jemu, nam wolność!...
O! będzie drzewo – drzewo co krwią spłonie
Śmierć albo wolność – to nam losów wspólność!...
To w imię Grecyi każe serce młode
Śmiercią śmierć zwalczyć – i odbić … swobodę!...

O! gdyby nasze ramiona młodzieńcze
Odwalić mogły grób naszej ojczyzny,
Co tyranowi tronem!... i z jej blizny
Raz wtóry strącić duchy potępieńcze
Aż tam pod piekło piekieł, skąd niewraca
Duch – a wolności wygrzebie go praca!...
Ledwie nie serce rozkoszą uderzy,
Już cię utracić straszy myśl grobowa...
Jak ty tu wszedłeś?... uchodź z tych wybrzeży!
O! cóż przed zemstą jego nas uchowa?...
Nie nie o luba! Patrz! tą perłą jasną
Chciałbym ci wydrzeć objęciom – podłego!...
Wzrokiem pokory, głosem słowa mego
Cichym, zjednałem ufność jego własną
Głupi uwierzył!... krótkaż jego droga!
Ha! pierwej gwiazdy w niebiosach pogasną
Nim we mnie Seïd przestanie mieć wroga!
O luba moja dziś czczę zemsty boga
Co mi tak piękny jak ty – twarzą jasną
Gwieździ i pali szałem nieśmiertelnym!...
Ba! szał ten jutra kamieniem węgielnym!...
Tam za głębiną mórz i skał szczytami
Z pian morskich wyspa wznosi skroń zielona
Wieńcami gajów świeżo oplecioną
Jak dziewczę kryjąc pierś między falami!...
Wyspą rybaków zwą te dzikie skały
Co jak na orłów gniazda przedziczały,
Nikt wziąść jej niechciał, i nikt niezaludnia
Bo rozpalone skwarami południa
Turbany ztamtąd uszły przed upały –
Lecz oczom Greka, o! na morskie piany
Cudownie błyszczy bo pięknością dzika
Jak o wolności myśl niewolnika!
Każdy mi kamień tej wyspy kochany –
Tam tylko jeden szałas pustelnika
I nas – rybaków gniazdo zamieszkało –
Garstka nas mała – ale wszyscy młodzi

I wszyscy równo klną Baszę tyrana,
Co we krwi naszej jak w kałuży brodzi –
O! my rozdzielim mu skroń od turbana!
Tam naszej wyspie wschód słońca przyświeca
I na niewielkiej – lecz wolnej przestrzeni
Ani jednego nie ma półksiężyca!...
Gaj rozmarynów i palm ją zieleni...
Tam my od dawna knujem spisek skryty,
A tu w stolicy z nami w połączeniu
Czuwają Grecy zemstą rozjuszeni
Co klnąc zgrzytają z pięści ściśniętemi
Na minaretów poglądając szczyty!...
My ten półksiężyc – strącim – w otchłań skonu
Naszemu Bóg to zlecił pokoleniu!
Nie długo zabrzmi głos trąby i dzwonu
A teraz milczmy w ciszy, moja luba
Nim boju krwawa wybije godzina –
Pod nim już knuje się krwawych dni zguba
I nie daleko popełznie gadzina!
Wkrótce nam skrzydła powrócą się złote,
O! teraz wezwij całą młodość twoją,
Osnuj, owikłaj go w rąk twych pieszczotą
I weź tę perłę – dziś piękności zbroją!...
O droga – droga!... teraz żegnaj jeszcze…
Ja muszę walczyć, knuć, żegnaj na długo,
Jeszcze być muszę niewolnikiem! sługą!...
Jeszcze daleko nasze rano wieszcze!...
Daleko teraz – lecz wkrótce – dłoń w dłoni,
Pieścić cię będę w cudownej ustroni,
Lecz teraz jeszcze … pieść twego tyrana
Tak! pieścisz Grecyą przez tego szatana!
Żegnaj! i usta zbiegły się z ustami
Jak fala z falą pieszczotą bez końca
Za którą kto ją czuł – odda blask słońca!...
Żegnaj!... i zniknął pomiędzy palmami
W dali cień jakiś mignął … między cienie –
Był li to człowiek – czy było złudzenie?...

IV.

Wyspo zielona! w twoich skał granity
Łódź Turka nigdy, nigdy, nieląduje,
W twych dolin kwiatach nigdy nienocuje
Muzułman krwawym Turbanem okryty –
I źródła twoje niezmącone, czyste
Kładą się ile w łoża kamieniste
Szumią kryształem po łożach bławatów
I lecą w morze – jak w wieczność treść światów
Na tobie tylko młodzieńcy rybacy
Szczupłem się gronem zespolili z sobą,
Wolni jak w chmurach napowietrzni ptacy
Co śpiewem tobie wieczną są ozdobą!...
Jak gwiazdy które w przestrzeniach koczują
Jak młode orły co z gniazd ulatują
I skrzydeł pióra do lotu sprawują!...
Serca im wspólność wieńcem niezerwanym
W imieniu Grecyi otoczyła bosko,
Każdy jest kroplą w tem źródle porannem
Jak w głoskach pieśni każdy jedną głoską!
Tak z pieśni tonów jeden ton wysunąć
To jest pieśń urwać!... bo jej gmach uroczy
Straciwszy jeden z tonów – musi runąć!
Jedna myśl wielka ich przędzę jednoczy
Wtedy padają tony jak kolumny –
I gmach powietrzny o! w ładnym nieładzie
Pęka i pada – wieńcami się kładzie
Jak fale u skał konające, drżące,
Aż jako grudy co dudnią z nad trumny
Nikną pod sobą – tony bolejące –
Po strunach lutni jak po złotych schodach
Schodzą aniołów wstęgą … rozpłakane
Aż drżące – nieme – skargami splatane
Przejdą w świat inny – słowiczo zdąsane
I wstaną w burzy – w sercach – i narodach!...

Rybacy młodzi już o słońca wschodzie
Stromy brzeg wyspy obsiedli w półkole,
Ostrzą swe noże, naprawiają łodzie
I ulubioną pieśń nócą!

PIEŚŃ. CHÓR.

Na czole
Swoboda!... gdy w dłoni z wędką
Godzina faluje prędko!...
Sokole
Oczy rybaka w głąb biją
Gdzie rybek wieńce się wiją!...
O życie!
Rybaków wolne wśród świata
Jak młode orle ulata!
W błękicie
Topiąc wzrok – to w fal głębinie
Kiedy łódź po głębinach płynie!
Ho burza!...
Leci po niebios sklepieniu
Z piorunami w chmur nasieniu!
Łódź nurza!...
Strąca –! a po burzy szale,
Duch znów wesół, czyste fale…
Tyrana
Pięść grozi wolności prawej
Dalej w dłoń! w dłoń oręż krwawy!
Szatana
Gmach runął – znów jasne czoła
I do wędki cisza woła –
Wolności!
Wolności! Bez ciebie dusza
Jak ptak bez skrzydeł się rusza
W żałości,
Łódź na lądzie!... bez swobody
Dusza jak ryba bez wody!...
Wolności! wolności! wolności!...



Wolności!... wtórzą skały, groty – gaje
I cichy błękit, a z pian słonce wstaje –
Pieśń biegła w dal –
Po głębiach fal –
Wszystkież ją głosy? nie wszystkie! Nuciły,
Tylko Gabryel nieobecny miły –
On już od kilku dni wyspę porzucił,
I pożeglował daleko przez morze
Zniknął i dotąd jeszcze nie powrócił
Ztąd bracia trwożni w dal patrzą – o! może
Ostatnia burza łódź jego rozbiła
Może … i tak się drużyna smuciła
Wódz jej popłynął, późno oczekują
I trwożną myślą los jego zgadują!...
Wtem zoczył jeden – biały żagiel w dali
Sunie po falach chyżo ku brzegowi
Rybacy pną się na skały … z nad fali
Biegną po brzegu i kapeluszami
Witają z dala, witają głosami
Za nim go znaki, radości znakami
Nieodpowiada – o! czy ich niezoczył
Czy się zadumał? sam z swemi myślami,
Aż krzyk go zbudził z zadumy i wiosła
Ostrzem znów pruje jasne wód bałwany,
I fala chyżej, i chyżej go niosła –
Okiem po brzegu zielonym potoczył
I dał radości znak – uradowany!...
Łódź uderzyła o ląd , rybak młody
W objęcia braci wesoło się rzucił
Długo ich morskie rozdzielał wody,
Az dziś stęskniony na wyspę powrócił –
On młody, ale myślą z nich najwyższy,
Każdy z nich słuchał go, jak wodza, niższy,
Każdy go witał, uścisnął radośnie
Lecz dziś Gabryel, już nie tak wesoło
Witał swych braci, jak niegdyś!... Żałośnie
Widzą, że jasne ongi jego czoło

Dziś jakieś troski dziko pochmurzyły
I serca braci znów się posmuciły ...
A tam z daleka, postać jeszcze jedna
Dąży ku brzegom? to starzec pustelnik;
Wzrok jego orli, chociaż odzież, biedna,
Siwy jak gołąb … szczęśliwy śmiertelnik
O! czy szczęśliwy, to pytań pytanie –
Może spokojny dziś – ale zaranie
Jego, burz ślady zostawiło w twarzy,
I pod brwią siwą wzrok się węglem żarzy!...
On Gabryela ukochał jak syna,
On go najczulej uścisnął i wita,
Z grzybiałym wzrokiem patrząc na Greczyna –
Smutek w źrenicy, a noc w sercu czyta
(Z której jutrzeńka nadziei wykwita...)
Co to? pustelnik wraz zapytał stary?
Co to? pytali towarzysze młodzi?
Gabryel ledwo skoczył na brzeg łodzi,
Wszystkich pozdrawia słowem dobrej wiary –
Bracia! zawołał – z piorunową wieścią
Przybywam do was!… spisek już dojrzały!...
Nie długo patrzeć już będziem z boleścią
Na kraj odarty, krwi zbroczony cały,
Niedługo zgrzytać już będziem zębami
I w ciemnej nocy dzwonić łańcuchami…
Ta perła bracia to Grecya!... Hellady
Wolność!... to hasło tyranów zagłady!
Ta jedna perła w podłem sercu Baszy
Dała mi jego całe zaufanie,
On co pantery okiem wszystkich straszy,
Mnie gdyby dziecię uczynił wyznanie...
Chciał mnie na dworze swym odziać zawojem
Wstrząsłem z pogardą ramiony!... On złotem
Chciał ładować łódź moją, a potem
Chciał dwa wielbłądy z bogactwy i strojem
Dać mi w nadgrodę – wzgardziłem, a w duszy
Oh! pomyślałem, to jest Grecyi złoto,
Twoim cię skarbem częstują sieroto!...

Lecz dłoń ma kruszec w dłoni mu rozkruszy!
W stolicy jego Grecy zrozpaczeni
Jedni bron chwycą mszcząc swe własne blizny,
Drudzy ocknieni na imię ojczyzny
Rozniosą ogień w państw jego przestrzeni
I wolność jasna powstanie – z płomieni!
Jest Grek zamożny – (to jeden ostatni!)
Którego dotąd nie złupił z majątku
Ze starych Rodzin Greckich, on w zakątku
Czeka na hasło! do broni! do broni!
Czeka na chwilę, gdzie w jedności bratniej
Kraj chwyci oręż, i w proch strąci kata
Co członki jego plótł w koło przez lata.
On nam poręka, w progach jego domu
Dojrzewa spisek w ciszy – po kryjomu...
Bracia! pomnicież? braciom tylko mogę
Odkryć najgłębsze tajnie serca tego –
Jam znów odszukał anioła mojego!...
W charemie Baszy znosząc żal i trwogę
Eufrozyna jak biała lilija
Kwitnie, lecz przy niej czuwa podła żmija, –
Bo Basza w tęsknem seraju więzieniu
Osadził wolną Greczynkę?... w cierpieniu
Przysiągłem za to ujrzeć głowę jego
U szczytu murów przeklętej stolicy!
Na imię moje, na imię dziewicy,
Kto ją tam utkwi w dzień hasła naszego?...
Ja! Ja! dokoła wrzasły wszystkie głosy,
Zemsta! gad w tysiąc części niech się zwije!
Do pustelnika Gabryel z tęsknotą
I wznosząc w górę wołają – niech żyje!
Do pustelnika Gabryel z tęsknotą
Rzekł starcze! ty nam będziesz błogosławił,
Na to cię Bóg tu w starości zostawił,
Byś ujrzał Grecyą młodą!... wolną! złotą!...
Jak była w dni swych słonecznym poranku –
Będą mój synu – sam wzniosę miecz krwawy,
W imieniu świętej, bo ojczystej sprawy!...

(Śmierć tyranowi!... brzmiało bez ustanku – )
O nie nadzieję! wiarę mam, że ludów
Język już bluźnić nie będzie, że wnuki
Olbrzymów, dzisiaj w pośród dzieł ich cudów
Skarlały podle … nie! o nie na Boga!...
Duch Temistoklów napręży nam łuki
A o strzał ranie poświadczy pierś wroga!...
Bo dziś już wielka chwila rozstrzygnienia!
Wśród walk przeboju i wśród krwi strumienia
Żaglami własnych sił trzeba nam popłynąć
I żyć na wieki – lub na wieki zginąć!...
Po fal głębinach tysiąc głosów goni
Jak jedną piersią – do broni! do broni!...
Aż w zmrok wieczora gdy zapadły cienie,
Głos ton rozbijał się o mórz przestrzenie,
Wreszcie spokojniej myślą w serca wrócił
I chór rybacką piosenkę znów nócił
Na czole
Swoboda!... gdy w dłoni z wędką;
Godzina przesuwa prędko!
Sokole
Oczy rybaka w głąb biją,
Gdzie rybek wieńce się wiją!...
Gdzie rybek wieńce się wiją!...

V.

Grek już odpłynął!... lecą dni koleją
Eufrozyna w tęsknocie i trwodze
Znów silna … bieży choć po stromej drodze,
By wikłać Baszę, swych pieszczót urokiem.
Stromych dróg celów wichry nie rozwieją
Ona czaruje go swym niemym wzrokiem,
Choć śmiechem pomsty usta jej się śmieją,
I okiem dumy iskrzą oczy z boku,
Wabi uśmiechem tak pełnym uroku,

Że Seïd wierzy – Seïd zaślepiony –
W twarz jej pogląda z dumą – zachwycony –
O!... nim motylem można być, i wolno,
W słońc nieśmiertelne orłować krainy,
Trzewą się czołgać piersią tak powolną,
Jak gąsienica wśród traw zieleniny!...
Tak sobie rzekła Greczynka, wśród dumy
Zacięła usta. I jak widmo dżumy
Straszna dla siebie – anioł białogowi
Z niej stał się ziemi Greków tyranowi!...
O dla ojczyzny tylko tej ofiary,
Przeklęły toast do dna spełnić można!
Do dna wychylić gorycz trucizn czary –
Ja pieszczę Grecyą … myśli! nie bądź trwożna.
Bo ja usypiam naszego szatana,
Gdy go okuwam w ramion moich puchy
I w mych warkoczy kiełzam go łańcuchy
Lud mój się zbroi !... w ciszy, z brzaskiem rana
Znowu się zbudzą ziemi mojej duchy,
Waszym okrzykiem bojowym tak mile
Echem odkrzykną stare Termopyle –
O! ziemio nasza! Ty będziesz swobodna!
Będziesz! bo my tu jesteśmy, żyjemy!...
A jeźli ty nie będziesz – nie będziemy!
Śmierć nasza z skonem twoim nieodrodna –
O! cierpliwości strome są granice!...
Za niemi otchłań którą błyskawice
Mogły by zbadać z burzliwemi hasły
Gdyby z błyśnięciem swojem wraz – niegasły!...
Dzisiaj czekajmy tylko świętej chwili
Gdy się przeważy losów tajna szala
Nam polecono zdobyć – co zdobyli
Nasza pochodnia niech ciemność rozpala –
Co moc wydarła obca, mocą ducha
Zdobyć ramieniem olbrzyma niedoli –
I wszędzie walczyć z szataństwem niewoli
Wszędzie i zawsze być piłą łańcucha!...

My rozwidniajmy ich zbrodnie, podłości
Z brzaskiem jutrzenki ojczystej wolności!...

Cisza w charemie – szemrze liść zielony
W ogrodzie Seid usiadł zamyślony
Przed nim fontanna szumiąc po marmurze,
Bryzga perłami w niebiosów lazurze,
I cichą pianą na kwiaty opada
Nie ma, jak skarga co wśród samotności
Sama się sobie i kwiatom spowiada...
I z kwiatów czasem tryśnie na kwiat biały
Perli fontanna, jak wzrok zalotności,
Tam gdzie przy Baszy odaliska blada
Piękna jak symbol Helleńskiej przeszłości.
Ort w kłębach dymu siedzi, z swemi snami,
Jak gdyby myślał o! czyż myśleć mogą
Tyrany?... gdyby mogli, myśli drogą
Idąc – przestali by być – tyranami! ...
Przy nim dziewica brząka w swa gitarę,
Okiem zaklęta strzegącą poczwarę
Seïd oddycha jej piersi westchnieniem,
W jej oczy patrzy ócz swoich płomieniem –
O!... najsmutniejszy obraz na tej ziemi,
Do dni bydlęcia widzieć przykutego
Anioła całe życie tęskniącego
Z śmiechem boleści – z tłumionem westchnieniem,
I z bladem czołem, co śni sny tęsknemi...
O! nie tak smutna palma wśród pustyni
Gdy się w simumu [10] wygina objęciu – ,
I nie tak smutna kolumna świątyni,
Co w pośród gruzów ostatnia, orlęciu
Służąc za gniazdo, burzy szamotanie
Zwalcza – bo burza przejdzie – a zostanie
Ona, co wiekom swe świadectwo czyni!...
Ale dziewicy młodość przesmucona –
Oto rozdarta na kwiecie korona –
I anioł weźmie kwiat, i w poświęcenia
Wianek go w plecie – lecz gdy będzie wplatał,

I z uplecionym tam!... ku gwiazdom wzlatał,
Będzie miał smutny uśmiech przebolenia –
Na który ziemia nie ma nic – prócz ziemi
A kwity nic prócz łez, których by ludzie
Tu nie widzieli – więc chwilami nocnemi
Księżyc je bierze z ich ust – w mgieł ułudzie!...

On w wzrok jej tonie – wzrokiem zachwycenia
A ona perłę wziętą z rąk Greczyna
Przykłada do ust, i w głos dziękczynienia
On dar bogaty mile przypomina –
Perła w gitarę wprawiona błyszczała,
Basza w kochanki twarz patrzy w milczeniu,
Dumny że jemu tyle wdzięków pała –
I o pieśń jaką prosi w miłym cieniu,
Zanuć mi zanuć! o słowicza, miła!...
U nóg ci usnę – ! a Ona – nuciła.

PIEŚŃ.

Wśród krain ziemi, wśród ogrodów wianku
Jest jeden ogród w seraju,
Szczęsna dziewica przy miłym kochanku
Tam marzy mile jak w raju!
Gdy słońce dumy czoło mu rozpali
Wzrok jej księżyc łagodny
W serce mu wlewa sen cichy, w oddali
Od ludzi … w wieczór pogodny –
Tu chór słowiczy wdzięcznym pieniem wtórzy
Palm zadumanych szeptaniu,
Oni przy sobie, jak róża przy róży
Kochając – żyją w kochaniu!
Gdy tryśnie woda na skronie spalone
Nie tak go mile ochłodzi,
Jak z snu gdy wznosi oczy przebudzone
Wśród pocałunków powodzi…
Uśnij mój luby – uśnij wielki Baszo!
Nad tobą śpiew mój rozwieję,

Niechaj sny straszne, choć straszne nie straszą
Ja snów tłómaczę koleje!...


Basza kołysan śpiewem odaliski
Usnął snem cichym u nóg jej, od śpiewu
Powierzon cieniem palmowemu drzewu
Śnił długo piekieł czy Edenu blizki?...
A ona milcząc wzrok zemsty, pogardy,
Utkwiła w podłą twarz starego Pana,
Wzrok jej jak żądło bolesny i hardy,
Bo całej Grecyi zabolała rana –
Ha!... ja Greczynka – ja – co w jasne ranki
Wśród Termopylskich wąwozów igrałam,
Co dzieckiem na szczyt ruin wybiegałam
I z kwiatów ruin plotłam sobie wianki,
Wieńcami kolumn skronie otaczałam!
Ja ... dziś w tych progach bogactw i podłości,
Żmiją się płaszcze u stóp Muzułmana,
Lecz – biada! pełzać będę w cichej złości
Aż do dnia zemsty – godziny – i rana!...
Leż u nóg moich – o! leż niewolniku!
Synu podłości drzym ... jak wąż obżarty,
Głuchy na jęki, niesłyszący krzyku
Co z mordowanej ust leci ofiary!...
Śpij, śpij, psie podły, ty – z czucia odarty,
Coś się ożłopał krwią naszą bez miary –
Czekać i milczeć – o!... to los znój jeszcze
Czekać!... aż błyśnie nasze rano wieszcze –
A głowa twoja błyśnie wywyższona
U szczytu murów wbita, wśród płomieni,
I będzie widzieć gdzie wolność pomszczona,
Lecz w pośród klątw już – z oczyma ślepemi!...
Poszczona Iudu klątwy zaciekłemi!...
Zbudził się Basza – ucichła gitara,
Ha!... sen okropny miałem o dziewico,

Allahu!... przetarł oczy ... senna mara …
Zanuć mi jeszcze moja błyskawico!
Gdy z niebios górnych spada jasnym gromem
Piorun niejaśniej mknie chmur czarnem łonem.
Tak Basza cały dzień w murach ogrodu
W objęciach lubej rozkosznie przebawił,
Aż z minaretów z cieniami zachodu
Znów na modlitwy wezwany odchodził,
I roje przekleństw za sobą zostawił,
Których zdrój mętny z cudnych ust uchodził...
Za nim je biedna ciskała jak żmije –
Każde żądłami niech go dręczy, bodzie,
Niech się po szyi tyrana obwije
Ale ty wężem – nie bądź o! narodzie!...

VI.

Kara Mustafa Muzułman zgrzybiały
Był powiernikiem tajemnic Seïda,
Przed nim zasłony wszystkie; opadały
Co dzikie serce Baszy, osłaniały,
Jemu on każdą ranę najaw wyda,
Przed nim – dworzany, Odaliski drżały!...
Dumna Greczynka co wdzięki tak lśniła
W sercu Mustafy zawiść obudziła...
Ale dziś Saïd jakiś zamyślony,
Próżno Mustafa surowy – ponury,
Długo w nim topił wzrok oczu omglony
Aż myśl błysnęła z czoła, jak grom z chmury.
Seïdzie strzeż się!... wyrzekł tajemniczo
Powiernik stary, odchodząc w milczeniu –
O! zostań, zostań, woła w zamyśleniu
Starzec badając swą smutną źrenicą –
Miałem sen dzisiaj starcze – sen okropny
Lecz śmiej się ze mnie – to trwogi dziecinne
Silnym jak niegdyś – starcze mój roztropny!...
Mara rozwiała się już – półgodzinna –

O śniło mi się, że Greczynka młoda
Ta sama, boska ta – Eufrozyna
Że dziko śmiejąc się – mą głowę trzyma,
Z której krew toczy się jak z źródła woda,
Że w miękkiej dłoni, krwawy sztylet pieści
I głowę moją przybiła do muru,
A krew ustami – jak usty z marmuru
Leciała!... czarno! czarno ! przed oczyma –
Wśród snów męczarni okropniejszej nie ma!
O! i wśród życia!... a śmiech jej niewieści
Chychotał dziko jak szatana głosem
Jak głosem grzmotu rżał – to krew niewinnych,
To jest krew Greków, – do mych stron dziecinnych,
Popłyń strumieniu!... popłyń lepszym losem –
A tu się zerwał tułów mój od ziemi –
I zaczął chodzić – z boleści – ! ślepemi
Rękoma macał gdzie głowa u muru,
Co udawała fontannę z Marmuru
A Eufrozyna rzekła z śmiechem dzikim:
Wolność ci tylko może wrócić głowę
I życie!... a gdzież wolność – bolu rykiem
Spytałem jej – podała mi zwierciadło,
W którym się tułów przejrzał – i odgadło
Go trwogi mojej przeczucie złowieszcze!...
Drżysz o Mustafo? ha! i jam miał dreszcz!
Lecz ona – ! ona? o! sen głupi, marny,
Ona – to anioł w postaci niewieści,
Od kilku dni mnie już tak czule pieści
O wczoraj – wczoraj, kiedym w dzień ów skwarny
Usnął na łonie jej wśród kwiatów woni
Ona mnie strzegła – w cieniu swej ochrony
I pocałunkiem jej wstałem zbudzony...
Greczynka piękna! ... lecz Panie!... ostrożnie!
Bo pocałunek jej żądłem ci będzie –
Milcz! woła Seïd czoło marszcząc groźnie,
Milcz na Proroka! o! zawsze i wszędzie
Ona nade mną czuwa matki okiem,
I w raju dziewic żadna jej urokiem,

Równą nie była – i nigdy – nie będzie!...
A jeźli kiedy mam poledz śród bitwy,
Ona przedmiotem będzie mej modlitwy,
Będę Proroka błagał o fontannę
W cichym ogrodzie jak ten mój palmowy,
A nad fontanną w godziny poranne
Na zawsze przy niej siędę w cień gajowy –
Starcze! o – wybacz moje uniesienie,
Ale Mustafo spójrzyj w jej spójrzenie
A choć zgrzybiały osądź ją niebiankę! –
Jeźlim zgrzybiały Baszo toś ty – stary –
I oszukuje cię pieśnią gitary –
Od dziś o ciebie strach mój znów wezbrany,
Plaga plag wszystkich!... starzec – zakochany!
Ona ci zdradną stała się kochanką!...
Zabij mnie, przeklnij, lecz ci głośno powiem,
Że serce w piersi cięży mi ołowiem,
Gdy widzę ciebie u nóg tej dziewicy –
Basza – niewolnik – swojej niewolnicy!...
Ty możesz zgładzić starca co przy boku
Stał ci przed laty wiernej rady głosem,
Co ci był cieniem w każdym życia kroku,
Przeczuwał życie w bojach – nad twym losem;
Co dziecku gwarzył bajki o obłoku
Złotym z którego półksiężyc wypłynął –
Aż chłopczyk jasny w krwawem chmur powiciu,
Jak dziś rozwinął się nad Grecyą – w życiu!...
Aż dziś ma rada zła? dajbym był zginął!...
Pień się – lecz słów tych nie zgłuszysz o Baszo!
Mnie starca groźby twe już nie straszą!
Bo ich źródlisko tu – z pod serca bije –
I strumień żyje, póki serce żyje,
Zniszcz je – a głuche będziesz miał milczenie
Potakujące echem – to sklepienie
Co runąć może na ciebie o! biada –
Żem do słów takich doszedł – serce gada –

W jej piersi żądło dla ciebie, wybieraj –
Ją – albo starość twoją sponiewieraj…
Tyś tylu Greków przelał krew w niewoli,
Tyś złupił wszystkie ich skarby, pamiątki,
Onaż Greczynka!... jejże wzrok sokoli
Mile spogląda na szczerbate szczątki
Chwały swych Ojców?... o! ślepy Seïdzie!
Po raz ostatni usłysz starca głosu,
Co ci odsłania otchłań twego losu!
Spisek dojrzewa!...
«Spisek» ha! O! wstydzie!...
Ja o nim nie wiem – ja spokojnie śniłem,
Już ręki w krwi ich dawno nie zbroczyłem!...
«Mów!...» Głowy Greków spisek utworzyły –
Wiem – wiem ja dobrze! Grek ów tajemniczy
Co ci tę perłę dał w cichej pokorze
On z Eufrozyną knuł zamysł zbrodniczy…
To jej kochanek!...
Ha! – kochanek – ? woła
Seïd w rozpaczy wściekłym gniewu głosem
Gdzie on? – on? – zniknął – odpłynął na morze!
I postać baszy jako listek drżała
I pięść ujęła rękojeść kindżału!
Mustafa mądrze i chytremi słowy
Gasi nieznacznie ten wybuch zapału –
I rzekł – w on… dzień, jakiego obyczaju
Nie pamiętają te bramy Seraju,
W on dzień… o! wiem ja!... w dzień ten gdy w haremie
On jej miał perłę wręczyć z twych rozkazów,
Stałem za murem … gdzie lądują łodzie
Szmer listków tylko drżał w wieczornym chłodzie –
W ciszym usłyszał oddźwięk ich wyrazów,
Złowrogich przeczuć opadło mnie brzemię,
W tem – pocałunków głos doleciał z dali –
Baszo! Wysłuchaj – potem sądź – z za głazów
W małe drzwi ciszej’m w sunął się od fali…
O! i słyszałem!... choć koniec rozmowy,
Lecz tam o śmierci twojej była wzmianka,

O tobie, Grekach, o hańbie twej głowy –
I znów pieszczoty, kochanki, kochanka?...
I rozkosz, szepty – wiek młody – majowy…
Ah! Jak ją skarać?... ty coś dał te wieści
Daj mi męczarnie, daj mym słowom jadu,
Bym jej tu – z serca wyrzucił boleści,
Z któremim pełzał jak gad u stóp gadu,
O daj mi sposób –
Śmierć!...
Śmierć? o! urocza
Błysła mym oczom w zemsty mej godzinie
Tak! niechaj krew jej – tej chwili popłynie –
Już mnie nie splączą węże jej warkocza!
Patrz … słabe dziecię, na piersiach nosiłem
Warkocz co dała mi ze swojej skroni,
W niego jak w skarbów otchłanie patrzyłem
Biada ci! z mojej – z mojej zginiesz dłoni!...
Nie, to niedosyć!... Mustafa zawoła –
Trzeba męczarni … ha dobrze! o starcze!
Dziś się zadumam o mękach – wśród koła
Mąk, jej najkrwawszą dostarczysz?... dostarczę!
Przysięgam tobie – że jak ją kochałem
Tak dziś ją z wszystkich potęg – nienawidzę!...
Pomszczę się na niej bólem, wstydem, szałem?...
O! mych się uczuć sam przed sobą brzydzę!...
Gdzie kindżał? – za mną! za mną! niewolnicy!
Za mną!... i wybiegł z kindżałem spieniony
Wybiegł – o! biada ofiarnej dzi[e]wicy,
On jak pies wściekły leci oślepiony –
Mustafa śmiał się patrząc za nim długo,
Pan mój mi będzie i dziś jeszcze sługą!...

VII.

I długo Basza przebiegał komnaty
Skarbami Grecyi w blasku jaśniejące
W perły, szmaragdy, jak zioła na łące
W kryształ mozaik, gwiazdolite szaty…

Leciał – co kroku więcej zły i wściekły
Gdzie ona? Wrzasnął? dał kindżał z skrzyni –
Gadzie ta niewierna?... a za nim murzyni
Bieżą drżąc trwożni – kroki go powlekły
Pod mur charemu – za murem – pieśń cicha
Płynie jak błoga woń z róży kielicha
On stanął, słucha – o! i któż obwini
Głos ten anielski o zdradę szatana?...
Słucha ... i kindżał miał upuścić, z dłoni,
Głowa mu spadła na pierś … tam pieśń dzwoni
Jak lew się rzucił – parsknął głosem dzikim
Co na pół śmiechem a na pół był rykiem,
Rozepchnął drzwiczki – i pięścią gitarę
Wytrącił z dłoni ... dźwięki jej skonały –
Gołębi trwożnych mignął wianek biały,
On wściekłem okiem patrząc w swą ofiarę
Piersią tygrysa zaryczał: Zgiń podła!...
Spisek odkryły, poniszczę go krwią Greków
A ty najpierwsza padniesz – coś mnie – zwiodła!...
Postrachem ludów i przykładem wieków!...
Wiążcie ją! krzyknął na kilku murzynów!
Ja jej niedotknę! pierwszy z nich zawoła
Jak dziecię matkę, kocham! dłoń niezdoła –
Ona mi w pracy pot otarła z czoła...
Więc zdychaj!... ojciec mnożę zemsty synów!
I kindżał w czarnem zanurzył mu łonie
Niewolnik pada – jęk cichy dokoła,
A ona we łzach – czy rozpaczy tonie
O Grecyo woła! Grecyo... i zacięła
Usta w milczeniu i śmiechu boleści
W chwili rozpaczy i dumy niewieściej...
Wiążcie!... zawołał….
Wiążą ramion puchy
Ona już milczy – spokojna – wesoła! –
Za śmierć ci dzięki, o tyranie woła!
To dar twój pierwszy – ostatni o! mało
Strasznyś!... wszak tylko zabijasz – to ciało!...
Ty żyj w męczarniach, aż twa głowa podła

Tam pójdzie między krwawej pomsty duchy,
Tam gdzie ją moja pieszczota zawiodła –
Z żelaza siejąc swej zemsty okruchy!...
A furtą złotą wszedł Mustafa prędko
Baszo! Mam męki – mam – drżyj Odalisko!
I ja mam podły!... rzekł… Basza – ty wędko
Na która serce moje się złowiło –
Biada!... mi biada! w niem węża siedlisko
Biada! jej biednej! – życie się zaćmiło –
Lecz ty coś zaćmił, oślepił blask życia
Coś mi potargał te węzły – o podły!...
Giń! z mego noża! precz! w śmierci powicia!...
Oby cię w piekła serce duchy wiodły,
I jak uragan zaryczał w wściekliźnie
Depczące po trupie, po Mustafy bliźnie!...
Tak – niech krew kipi – ja nie mam litości
Boś ty jej nie miał o starcze nade mną!...
I Kara we krwi legł obok murzyna,
I już mu oko zaszło nocą ciemną
O! nocą wieczną, której końca nie ma!...
Siwym mu włosem szamocze wiatr lekki
Eufrozyna mu – przywarła powieki!...
Basza wybiega z ogrodu, i w złości
Wiedzie za solid orszak niewolniczy
I gniew go niesie, kroki jego liczy,
Pieni się, brodę wydarł ze wściekłości,
Bieży daleko – po nad brzegi morza.
Wieczór zapada … już poranna zorza
Nie ujrzy jutro tych kwiatów młodości!...
O! tam jest skała, której czoło twarde
Ono w głąb patrzy – stromo – ! w morskie piany!
I tylko ptacy ku niej się unoszą
A w dali huczą bezdenne bałwany
I o ofiarę Bogów zemsty proszą!...
Ha! Stąd ją strącić – stąd – dziś moje serce
Twardsze tej skały!... i tak z mego serca

Strącam cię dzisiaj dziewczę przeniewiercze
Stój tu – dziś z twego kochanka – szyderca!...
Tam! tam! ją strąćcie – na murzynów woła
Ona stanęła na szczycie – i dumna
Posagiem wzgardy – boleścią rozumna
Wśród niewolników strwożonego koła
Sama – jak jedna wśród gruzów – kolumna!
I potoczyła w czarną bezdeń okiem,
Z kąd tylko dziki krzyk ptastwa dochodził,
Spójrzała na świat – był cudny – obłokiem
Błękitnym księżyc wyjrzawszy już wschodził
W swej pełni, z nieba, przypatrzeć się światu
Najpiękniejszemu z kwiatów jego – kwiatu –
Tu Basza runął wężem pod jej stopy
I zgrzytnął kochaj mnie!... a ja przebaczę!...
O kochaj … bo dni me krwawo przepłaczę,
Bo nie wiem co mnie do ciebie przykuło…
Lecz w gwiazd już ona poglądała stropy
Ręce złożyła na pierś białą, czułą,
Potem jak anioł gotowy do lotu
Wzniosła, ramiona do słońc kołowrotu
Strąca się chyżo z skał na fal posłanie...
O Grecyo!... jękła … lecąc w toń ciemnicy
Gabryel … Gabryel!... i spadła w otchłanie –
I zamigotał lecąc cień dziewicy
Wśród wrzawy ptastwa … i mgły co się zwlekła
Jak duch lecący – by wybawiać – piekła!...
Basza wychylił nad otchłanie głowę
I świat zawrócił mu się tak piekielnie,
Że z krzykiem cofnął się – i pot śmiertelnie
Zimny tarł z czoła, próżno!... zbrodnie nowe
Chyba nasycą piersi tyranowe. –

W tem z minaretów on okrzyk wieczorny
Wezwał do modlitw głośno i ponuro
Z szyderczym śmiechem i na czole z chmurą,
Basza chce wracać modlitwą pokorny…

 
On z nią spokojność swoją strącił w fale,
W modłach się korzyść sili myśl bezbożna
A w piersiach serce targa się zuchwale,
(Jeźli to serce sercem nazwać można)
Lecz cóż za łona nad miastem się szerzy,
Co to za głosy?... ha! rzezi czy trwogi?...
Z trwogą na niebo pójrzał – i niewierzy –
Blask że to słońca? Nie! już zgasło dawno,
Wąż przeczuć, w duszy budzi się złowrogi
I rani żądłem pierś do zbrodni wprawną
I same usta klepią głos pacierzy,
Lecz odgłos hasła jeszcze nieoddzwonił
Gdy płomień chyżo na wieżę pogonił
I nowem hasłem modlitwy był z wieży!...
O! już ją oplótł, jak bluszczu zwojami
Minaret buchnął dymem – płomieniami!...
Jak błagalnemi zemsty ramionami –
I dzwonią w trwodze wściekłe zęby Baszy
Coraz głośniejszy wrzask go w dali straszy
Rosną płomienie – w mieście rzeź!... krwi strugi
Tłum się przewala, w ulic szereg długi –
O biada! tyran zżółkł, przelękniony
Zwolna szedł w miasto trwożny o swe losy
Coraz to rosną dzikich przekleństw głosy
I wrzaski niewiast – trzask domów wtórzony…
Drży Seïd cały – drży jak liść strącony
Wichrem wśród burzy!... o – gdzieś ty mój Karo!
Karo Mustafo!... powróć z dawną wiarą,
Z mieczem!... o próżno! biada! tyranowi!
Ha!... w dali Grecy błyszczą orężami
Już zwyciężają! trwożni Muzułmani
Co żywi jeszcze uszli ze stolicy,
Biada! psy giaury! wczoraj – niewolnicy!...
A tam wśród tłumu widać jak na wzgórze
Wybiegł młodzieniec i mieczem ognistym
Jako archanioł pomsty w złotej chmurze
Śmierć sieje w koło jak gromem siarczystym,

To Gabryela głowa … i miecz błyska
Jak tęcza, która gromy śmierci ciska –
Tłum go zasłonił – rosną dzikie wrzaski,
Z dwóch kończyn miasta buchały dwa pożary
I jak dwa wojska płomienie powstają –
A minarety wśród nich jak sztandary
Ogniste sterczą, pękając i w trzaski
Dzikie się waląc … a ognie zbliżają
Się wichrem gnane z obu stron ku sobie
Dymią iskrami
Łóną niebo zalewają!...
Wrzask!
Blask
Oręży piorunami
Jak Bogi zmartwychwstałe młodzieńcy błyskają!...
Kolumny ogni coraz siebie bliżej
Coraz się piętrzą – rosną coraz wyżej
I liżą gmachy – niebo się rumieni –
Wreszcie się zlały już – w morze płomieni –
I taka łóna błysła wśród przestrzeni
Nocy – że morze zdało się płomieniem,
Furya pożaru warkocze rozplotła –
Na kłęby dymu, i gmachy przygniotła –
A wicher niesie szarańczą iskrzyska
Jak w dzień Eumenid dzikich weseliska,
Jakby godzina świata była blizka!...
Seïd osłupiał … zadrżał … niewolnicy
Giń!... zakrzyczeli! Giń za krew dziewicy
Giń za krew naszą coś toczył psie wściekły!
I na tyrana rzucili się razem
Mściwe ich dłonie w miasto go powlekły –
Nie mamy nożów – lecz zaduśmy zdrajcę!
I oddech piersi przyparli jak głazem
Kolan brzemieniem … tłocząc winowajcę!
A krwawe serce co strachem zadrżało
Już – bić przestało! –
I głowę jego, dłoń co zemstą, pała,

Dłoń Greka w krótce w miejsce półksiężyca
Wbiła nad miastem, niechaj mu przyświeca –
W pośród pożaru sinością zbielała
I krwią się lśniła – aż się węglem stała!

VIII.

Czarny kir nocy w tajemnem przestworzu
Zakwefił fale szumiące –
A w morzu
Czy tam wesoły Delfin się kołysze
Wśród pląsów wodnych wabiąc towarzysze,
Nie – może czujny to pelikan z gniazda
Sztuka zdobyczy dla piskląt –
Nim gwiazda
Ostania zgaśnie – i noc się rozwieje –
O nie!... kształt w falach niknie, to bieleje…
Cóż to za postać blada wśród fal grona
Walczy ze śmiercią a życiem…
To Ona!...
Eufrozyna – ze skały strącona
Na wierszch wypłynie – to zniknie pod falą
I zimne fale nad losem się żalą
Ofiary swojej, co w tych mękach – kona.
Coraz to cichszy glos z swej piersi wznosi,
Kiedy ją fala nad fale wynosi…
Niebo zatrzęsło się w grobów obroży
Łusnęło – burza leci w swym pochodzie
Coraz to ciemniej na krwawym zachodzie –
Morze cichemi falmi się już trwoży…
I coraz więcej niespokojnie szepcze
O widmie burzy, co wichrami depcze,
Sunąc w rydwanie ku falom z daleka –
Ptastwo już z wrzaskiem ku skałom ucieka,
A wielkie fale piętrzą się do koła
I puchnąc w góry – w otchłań przepadają…

Wtem – piorun z niebios – jak z czarnego łuku
Strzelony strzałą mściciela anioła
Dał hasło burzy – wśród rozgrzmotów huku [11]
Które się toczą – konając – powstają!...
I chmura niknie pochłonięta w chmurze
A tam się sunie – o!... czy burzy postać?
Przez wichry leci – straszna!... nie! na niebo
On walczy z burzą, przez jej łono dostać
Chce się ku stronie co życiu potrzebą!...
Im większe wały, tem go niosą dalej
A on je gromiąc w śmiech dziki, spojrzeniem
Tam w jedną stronę pogląda po fali
l rozkazuje swych szatów – skinieniem.
Na licach jego radość jakaś dzika
I trwoga czarną chmurą! z chmur tułaczy!
Trą się – i jedna w drugiej ciągle znika
I znów wracają piorunem – rozpaczy!...
Straszna jest burza, kiedy nieb sklepieniem
Zatarga jako trzewiami tygrysa
I morze pian jej odplunie wścieklizną
Kiedy pioruny polotem Farysa
Lecąc dyszące sobie znicestwieniem,
Żądłami węży fale modre lizną
Gdy chmur kołtuny, i obłoków grzywy
Szarpie i wyje wichrów skowyczeniem!...
O! na pioruny! łódź że to tak chyżo
W podskokach wiosła leci przez wód piany?
Wody ją wkrótce do tonącej zbliżą
Ale dokoła ciemność – uragany!
Pędzi jak Simum!... w niej z śmiercią na licu
Gabryel młody!... włos ma rozwichrzony,
Z oczu żar piekła lśni jako chmur gromy
Czarno – chmury się sparły na księżycu
On tylko serca głosem wiedzion, gnany –
Płynął – łysnęło – i przy błyskawicy

Dopłynął – schyla się w mętnych wód piany
Ujrzał – i porwał kształt niemej dziewicy
A ona martwa!... chwycił ją w objęcia
Potargał powróz krępujący dłonie
Oddech swój do ust, do jej skroni skronie
Tuli na próżno!... o! biednyż się łudzi?...
Boże! o! kiedyż ona się przebudzi?...
Czyliż w godzinie tryumfu a skonu
Jej oczy więcej niepopatrzą na mnie?...
Eufrozyno! ożyj … ożyj dla mnie!...
Zbudź się o moja!... bo anioł co siędzie
Nad światem z chmury, trąbą ostateczną
Straszniej powietrza rozdzierać nie będzie
Jak krzyk mój!... błagam! rozpaczą serdeczną!...
Oddech mych piersi ból struje i zginę
Boże! jaż żyć mam, gdyś wziął Eufrozynę?...
Porwał ich bałwan i niesie daleko
Jak dziki rumak przez światów przestrzenie
Jak głośny piorun, przez wzburzone wieko
Morza co w piekieł zwiło się pierścienie –
On niemo tulił ją w niemem objęciu
I był jak matka przy martwem dziecięciu…
Jak piękność w obec prawdy co skonała –
I raptem dusza jego zakrzyczała
«Grecya wolna!...»
Otworzyła oczy –
Jak dwa bławaty co ranek rozwije –
A rosą łzawą kropelką otoczy,
Grecya … co Grecya? Słabym szepcze głosem
Tocząc wzrok błędny … O! żyj moja luba –
Rzekł ze łzą niemą objąwszy jej szyję,
Już los nasz nie jest niewolników losem,
Grecya pomszczona! wolna! Już niebroczy
W krwi jej Muzułman żaden podłej dłoni!...
Już w pień wycięci, o! krwawa ich zguba
Za krew, łzy nasze, godzinę zemst dzwoni!...

Twe więzym stargał – patrz w te chmury jasne
To grom uderzył!... my sami wśród morza
Sami na głębiach – w krótce ranna zorza
Błyśnie od wschodu – życie nam już własne
Jak ptacy burzy … luba tul się do mnie…
Dziś nasze losy tylko w ręku Boga!
A o nieszczęsnych Bóg tu niezapomnie –
Niedrżyj – On runął w proch! minęła trwoga
Ha! Ja wiedziałem że ciebie strącano –
Że toniesz – tam walczyłem z tłumami
I nie odszedłem aż wroga zwalczono –
Choć bez nadziejim już płynął z falami,
Bo dla ojczyzny mogłem tylko ciebie
Ciebie poświęcić … na ten grom na niebie!...
Lecz Bóg swe cuda wieńczy piorunami!
Ona w twarz burzy, to w twarz Gabryela
Patrz – raz zgrozy wzrokiem – raz wesela!...
Jej się wydało, ze już w innym świecie –
Łódź ich się wznosi pod niebo, nad skały
Morze podrzuca nią jak piłką dziecię
W niej dwoje dzieci w burze poglądały …
Czyż my ci sami w tej łodzi mój drogi?...
Czy to świat inny … Gabryel … świat nowy …
Nie! nie! o! stamtąd pchnął mnie ból mój srogi
Widzę tę skalę – głębi szmer grobowy –
Tak jam przy tobie – to ty – w twojej łodzi –
A tam z pian zorza poranna wychodzi…
Co Grecya wolna!... oh! Grecya – mój miły!...
Wolna – a nasze dłonie ją zbawiły
A ich półksiężyc w płomienie strąciły – !
Lecz burza cichnie – rozwiały się chmury,
Lecą gdzieś w dalę – i czarnemi pióry
Czasem grom jeszcze rzuca ponad morze –
Lecz tam już lica wychyliło zorze –
A na błękitach wytrysnęła tęcza
Objąwszy morze w łuk swego obręcza
W tym łuku w dali brzegi błękitnieją
Wyspy rybackiej – w mgieł puchach srebrnieją

O! jakże błogo pooglądać po burzy
W tęczę pokoju miłości oczyma,
Fale już cichną – czasem łódź się znurzy
Umilkły wichry – i grzmoty skonały –
Po falach lecąc jak szałem olbrzyma
I fale szmerem modlitwy szeptały…
O czyż urokiem źrenic Eufrozyna
Gromy i wichry nagle rozchmurzyła?
A barwy tęczy jak jej oczy rzewne
I jak jej lica barwy jej różowe –
Jak jej warkocze obłoki powiewne
Tak jak jej uśmiechy drżące i perłowe…
I barw akordem zachwycają oko –
I morskie ptastwo już wzlata wysoko,
On złożył wiosło – i łódź sama płuży
On by tak płynąć chciał … o! jak najdłużej,
Przez niemą wieczność w objęć wniebowzięciu
Patrząc w swe oczy … jak dziecię dziecięciu
Pod palmą niegdyś!............
............
Tak łódź sunęła … w tem Eufrozyna
Oczy zakryła rękoma drżącemi,
O! w snów potworach takich potwór nie ma
Jak me wspomnienie na jawie – na ziemi –
Gdybyś ty wiedział Gabryelu … o nie!
Niezaznaj nigdy tych męczarń katuszy –
Niech ci się obraz ten nawet w snach duszy
W noc nieprzesunie … niech we mnie utonie –
Ha!... com ja czuła u szczytu tej skały…
Tam wrzawa ptastwa … i fale szumiały –
Pionową otchłań tuż pod stopą miałam
I w jednej chwili w głąb spójrzałam
Już skrępowana – leciałam –
Leciałam –
I zaszumiała toń fali pode mną
I nie wiem co się dalej stało ze mną –
Wszak żaden z duchów nie podał mi dłoni?...

Czułam jak we śnie – że podemną głębie –
Że gdzieś przepadam w nieskończoność toni,
Ą tyś przypłynął ... po burzliwej błoni...
Bo miłość dała mi skrzydła gołębie!
Ha! za te męki ... patrz tam ... tam w oddali
Jeszcze z daleka ruina się pali,
Jeszcze ta krwawa łóna nie przygasła,
Co naszych powstań wywołała hasła…
Oh! jakie niebo jej płomień zakrwawia!
To chwila wielka! chwila co nas zbawia!
Teraz nasz tyran runął w proch nicości
Orzeł nasz skrzydła rozwija w wolności,
Reszta Seraju jego się dopala
I gmach za gmachem z łoskotem się wali.
Wszystko pochłania pożarowa fala
A płomień jeszcze wielkiemi raniony
Modli się zemsty! zemsty, nieskończonej! –
Morze płomieni! ty z źródła niewoli –
Ty ledwie zemścisz – morze łez, krwi, trudu!...
I mścić narodu krzywdy to nie boli,
Gdzie tyran zdeptał święte prawa ludu!...
A tam u szczytu – nad najwyższe gruzy –
Widzisz?... o odwróć boskie twoje oko,
To ten co Ciebie z tamtych skat wysoko
Strącił w te głębie!... ha! to jego głowa
Płonie ... ha! jeszcze z niej bryzgu krew nowa –
Tam gdzie półksiężyc skrzy jej węgiel duży...
Już spadła w płomień ... i głos nam wtórzy,
Krzyki zwycięzców, zwyciężonych głosy
Co razem zlane biją pod niebiosy –
Jak jedna lutnia co w strunach swych mieści
Hymny rozkoszy – i krzyki boleści!...
O luba moja łza gwieździ w tem oku –
Odwróć się odwróć od tego widoku –
Przegrzmiał dzień straszny, i rozpacz i troska,
A sercom naszym los wrota otworzył,
Bo miłość nasza jedyna – i boska
Jak Bóg ten! co nas tu dla siebie stworzył...

O nie patrz luba w te dymów pożary –
Ja cię mdlejącą przytulam do łona –
Tam w górze zawsze, bezbronnych obrona!...
Wiatr spopielone tyraństwa już mary
Rozwiał – o! niepatrz w te dymów pożary…
Lecz patrz za nami tam, dwanaście łodzi
Ściga – to bracia moi – to rybacy!
Dwanaście dziewcząt z Seïda Charemu
Odbili, wolni wodnych przestrzeń ptacy,
Chyżo ich wiosło przez te fale brodzi!
Każda Greczynka … obrońcy swojemu
Sama rzuciła się w dzielne ramiona!...
I każda łódka niesie młodą parę
Każda z nich piła swą goryczy czarę –
Tarcz słońca wschodzi!... i jasne promiona
Słupem ognistym rzuca w pian tych łona.
Patrz!...
Tam ma wyspa mgłach rannych z daleka
Jeszcze w dal niknąc wstydliwie ucieka –
Tam żyć będziemy szczęśni i spokojni
Dłoń w dłoni razem … do końca!
Do końca!...
Blednieją gwiazdy – a dnia promień strojny
Coraz to jaśniej płynie strugą słońca –
Sunie się łódka – słońce wzlata w dali
Oświeca wyspę – patrz!... jak z modrej fali
Zielone skromie wychyla wesoła,
Jak w cieniu skrzydeł miłości anioła!


I słońce wzlata coraz wyżej! Wyżej!
A łódka brzegów coraz bliżej! bliej!
I na brzeg wyspy dziewica wskoczyła –
Na cudnej wyspie pereł i korali
Pieszczą się źródła na łożach bławatów,
Słońce całuje rumieńce granatów,
Co gdy im łono promieniem przepali,

Bledną na chwilę od jego promieni
I znów ich lice pieszcząc się rumieni –
Lecz milej pieszczą się kochanków dłonie,
Od róży co słowikom w szkarłat płonie
Jaśniejszysz zorzy blask? ich dusz? czy fali?

IX.

Wyspą szczęśliwych rybacy ją zwali!...
............

1856. Kraków.


ANACHORETA.
(POŚWIĘCONE PAWŁOWI.)

RAPSOD Z ŚREDNICH WIEKÓW.


(OPOWIADANIE BŁĘDNEGO RYCERZA.)

Noc była cicha – jak anioła tchnienie
Obaj przy sobie konno w pośród boru
Jechaliśmy; a w głuche zamilknienie
Natura ciszą usnęła żywiołów –
Tak długo milcząc w cichości wieczoru
Zwolna jechaliśmy, sennych sokołów
Mając na siodłach, a pod kopytami
Koni, chrzęszczały liście z kwiatów łzami –
To są wspomnienia! rzekłem – błyskawice!...
Co trysną – by zapadły znów w ciemnice –
A niebo do jędz podobne namiotu,
Nic po nich nie ma, prócz burzy i grzmotu!...
W tem księżyc trysnął – i strugą jasności
Osrebrzył lasu głębie i swe chmury,
A mój towarzysz ranny i ponury
Pojrzawszy w błękit północnej cichości –
Rzekł: Tak, lecz burza ma swoje miłości…
Ona w raz dwoje kochanków zaręcza,
Piorun młodzieńcem – a dziewicą – tęcza!...
Kiedy on grzmotem zatrzęsie niebiosy,
I błyśnie w czynu ognistej koronie,
Ona po kwiatach zbiera łezki rosy,
I barw harmonią w cisz anielstwie tonie
Wieńcząc pogodą – burzę w wiosny łonie –
Burza mi pierwszą kochanką tu była,

I jej do końca duchem będę wierny,
Ona zapału iskry mi zatliła –
Przetom pod wojnym pancerzem pancerny –
O! jam nie lubił sielanek spokojnych
Cichych, jak woda stojąca i smętna,
Pieśnią pasterza, doli nami strojnych…
O nie! bo dusza ma młoda, namiętna
Jak orzeł chciała rajskich malowideł
Coby objęła kręgiem swoich oczu,
Coby pieściła kręgiem swoich skrzydeł,
W chmur tajemniczem wznosząc się przezroczu…
I gdy dziecięciu piastunka ma siwa
Jeszcze powiastki jak wianuszki plotła,
Powieściom starym chęć moja życzliwa
Była, tam kędy – czarownica, miotła,
I góry w ogniach i zamki w płomieniach
Czary i boje w zemstach i natchnieniach…
I tych w kołysce z włoskiem najeżonym
Z sercem bijącem o piersi dziecinne,
Z okiem w łzach, trwodze, okiem roziskrzonem
Me pierwsze nocy śniłem ja niewinne…
A jeźli powieść śpiewała o ciszy
O zamku ucztach, lub cichym spokoju
Już ucho dziecka, piastunki nie słyszy,
Dusza w snów buja archanielskim stroju!
Jak dzwon na wieży, co dźwięki tęsknoty
Dzień cały głucho ukrywając w łonie
Wieczór rozbrzmiewa płaczącemi zwroty
Pieśń rozmdlewając po rodzinnej stronie…
Dzwonie rodzinny – o! dzwonie mój – dzwonie!...
Gdzie dźwięk twój, którym ja dziecięciem słyszał?
Co myśl rozmarzał i do snów kołyszał?...
O! gdyby podźwięk twój i tamte chwile
Wróciły jeszcze, jak trwożne motyle
Spłoszone na pobladłej kielich róży…
O! niechby znowu wiały gromy burzy
Niech raną krew uszła ma w cichości!
Lecz tyś już za mną – o moja przeszłości!...

Rzuciłem wcześnie jak orzeł me gniazdo
Bo serce orła w niej piersi gorzało,
I jak dzwonu za mą jasną gwiazdę
Jam powędrował gdzie natchnienie gnało –
Jakiemiś głosy bezbrzeżnej tęsknoty,
Choćby piekłami – gdzie na szczyt – Golgoty!...
Lecz jam niepłakał odchodząc z mej wioski
I za mną wątpię by jaka źrenica
Łzę upuściła!... chyba pełen troski
Staruszek jeden – i jedna dziewica!
Bo ja niekochał tych co mnie kochali,
Bo nie kochali jak ja kochał, innych
Co nie kochali kochani!...
Z dziecinnych
Progów uchodząc w wiosny życia fali
Porwał w dłoń mą kij pielgrzyma gruby
I poleciałem, gdzie oko poniosło!...
Niewiem czy życia czyli pragnąc zguby
W burz życia wałach, serce moje wiosło!...
I czarę życia do was wrogi moje
Pijąc, wam powiem dla waszej radości
Żeście zatruli dni mojej młodości
l w piołun kwiatów mych przetkali zwoje –
Czarę wypitą ciskając za wami
Wiem że niegodna miedź waszego czoła
By się strzaskała na biel – czerepami
Was kaleczyła, jako apostoła
Klątwa co wstrzęsła Safiry trzewiami
O! wiedzcie tylko dla pociechy waszej
Że tu w żadnego serca z żywych ludzi
Tyle goryczy w serca krwawej czaszy
O każdej chwili i zawsze i wszędzie
Nie było, nie ma – i nigdy nie będzie –
I to lwa dumy mojej ze snu budzi!...
Bo wszystko można o! wszystko przebaczyć –
Ale zapomnieć – o! gdyby to można…
I serca, noża karbami nieznaczyć
Co ostrzy życia głazów treść bezbożna!...

O! długo szedłem po różnych krainach,
Różnych ojczyzny ludzi przebiegałem,
I różnych krain naturę badałem,
Byłem wysoko, i byłem w głębinach
Dość, że daleko stroniłem od ludzi
Których obecność i nęka – i nudzi – –
Młodości moja!... pierwszy przyjacielu!...
O! śnie mój złoty, raju mej pamięci,
Ku tobie myśl ma błąka się bez celu
Dla ciebie jeszcze – łza się w oku kręci
Ostatnia w oku – co łzy swe spłakało
Wszystkie i serce krwią spiekłą zczerniało!...
Nie łam na ustach milczenia pieczęci –
Bo ona wielka! i krwawa! i święta!...
Inna jak wrogów mych gawiedź przeklęta!...
Idąc po latach mej długiej podróży
Ja błędny rycerz zabłądziłem w borze
Bór szumiał głosem piorunów i burzy
I błyskawice drogę mą znaczyły –
Przedemną dęby wichrem się waliły –
Szedłem noc długą, aż poranne zorze
Pogody cichej trysnęło promieniem…
I szedłem dalej wśród skał i zarośli
Sam i samotny – i smutny stęsknieniem,
Sam jeden w puszczy, sam z życia wspomnieniem
Lecz ni ślad ptaka, ni ślad nogi oślej
Ni ślad człowieka na skale niebłysnął
Nademną błękit gwieździsty już zwisnął
Przedemną puszcza, znów wieczór, i droga!...
Tak krocząc długo, długo, utrudzony
Jak muł schyliłem w zadumaniu głowę
Tonąc myślami w naturę i Boga –
I w tajemnice życia zagrobowe…
Wtem kędyś z dali, szum głuchy, szum głośny,
Ucho me w ciszy borów dosłyszało
Huk jak głos grzmotu dziki i donośny
Którego echo gdzieś w skałach konało...

I lecąc w gwiazdy – tam – w nieskończoności
Jak nieśmiertelność ducha, przepadło –
Jak me wspomnienia z rannych dni młodości…
Noc była cicha, i z gór nów wiosenny
Oświecał jasno las coraz to rzadszy,
Sunął się w gwiazdach blady i promienny,
Patrząc na ziemię tak, jak matka patrzy
Na śpiącą córkę, co w dziewiczem łonie
Płomień uczucia żywi i w pierś chłonie!...
Wreszcie już drzewa znikły – tylko z dala
Stając po skałach – ujrzałem skał grody
Z których gwałtowne strącały się wody
W otchłanie głazów – tak za falą fala
Leciała w otchłań grzmiąc z dzikim łoskotem
Pod cichej nocy gwieździstym namiotem…
A u skał szczytu chatka pustelnicza
Stała samotna … jak myśl wyższa w świecie
Chata schylona, cicha – i dziewicza
W bluszczu winogron i palm cichym kwiecie!...
Na jednej ze skał, starzec z brodą siwą,
Długą do ziemi – a okiem wzniesionem
Siedział i dumał głęboko … sędziwą
Myślą po niebios żeglując sklepieniu –
Drżące na kiju oparte miał ręce
Na rękach wsparta twarz jego, oczyma
Utonął w gwiazdach których jasne wieńce
Drżały w tle niebios posiane iskrami
Jak ziarna z dłoni duchów wszecholbrzyma,
Posiane, by tu dojrzały – światami
Jasności serca, tej tajemnic Pani!...
On w nocy czuwał w wodospadów szumie
Na skał tych szczycie w mgle – jak u nieb progu
W tej cichej nocy ginął w myśli tłumie
Tonąć swym duchem w naturze i Bogu!
A za nim chata, nizka, pochylona,
Liściami bluszczu, liściem winogradu,
Wkoło, zielono, świeżo opleciona,
Jak dom Adama wśród rajskiego sadu –

O ścianę chaty wsparta arfa stała –
A u wrót lama jak śnieg Alpów biała
W ciszy listeczki z pod strzechy skubała…
Stanąłem w myślach wśród wód nocnych szumu
Pełen zaczaru, pełen zachwycenia,
Wśród myśli moich i mych natchnień tłumu,
Milcząc chwyciłem arfę starca w dłonie
I bijąc w stróny dźwiękami cierpienia
Takąm pieśń tęsknie posłał ku mej stronie:

«Wśród walk chaosu, światłem odrodzenia
«Ty gwiazdo jasna, zostałaś mi jeszcze,
«Gwiazdo przyjaźni! ty perło wspomnienia
«W morzu mej duszy budzisz burze wieszcze!...

«W chwilach bezsennych ty drżysz nad mą głową
«Jak niegdyś, niegdyś, gdy przyjaźni dłonią
«Jak wieńcem niebios – i wstęgą godową
«Przepasan byłem … mi drżałaś nad skronią!...

«O gwiazdo! Gwiazdo! wróć miłe dni jasne!...
«W ciemnościach życia niechaj iskrą wstaną,
«Nim w chmury łonie wraz z tobą zagasną
«Niech jeszcze wstaną tęczą wspomnień ranną!...

«Życie mi było burzą wśród przestrzeni,
«Gromy wieńczyły wcześnie skroń młodzieńczą
«A pieśń ta wspomnień jest po burzy tęczą
«Przędzą aniołów z błyskawic promieni!...

«O tęczo z łez! ty nad pokoleń snami
«Roztocz się jasna po burzach błękitu,
«Nie mnie – lecz ludziom! I gwiazd kolejami
«Prowadź ich w dzieje – do ludzkości szczytu!...



Anachoreta zwrócił siwą głowę,
Słuchając jeszcze znikających dźwięków,
I patrząc we mnie dwie łzy kryształowe
Miał – odstatnich mej piosnki po jęków…

I ku mnie drżące wyciągnął swe dłonie –
To pierwszy z ludzi który mnie zrozumiał,
O! bo miał serce! sercem odgaźdź umiał –
W dłoń jegom złożył me znużone skronie…
Witaj przychodniu, bracie mój, pielgrzymie,
Zbłąkany w lesie i nocą strudzony,
Nie pytam bracie o twe miano, imię,
Bom pieśń twą słysząc ujrzał moje strony!...
Twoja pieśń rzewna w duszy pustelniczej
Z pod śniegów zimy dni wiosny urocze
Odwiała nagle ... młodości dziewiczej
Uprzytomniła tęsknoty prorocze...
Lecz ty coś śpiewem wywołał wspomnienia
Życia co gaśnie jak lampa bladawa,
Słuchaj – twojego nieciekaw imienia,
Bratem cię witam, i ta przyjaźń łzawa
Co snem wspomnienia z strón twych zmartwychwstała,
I po mych żyłach krążyła i drżała,
Życie mi moje znowu przypomniała!...
Widzisz te dzikie wśród nocy ustronia,
Skały na które księżyc promień ciska
I wód odmęty których kryształ błyska
Rozdarty lecąc po skałach z swym szumem,
Lśniący światłami jak w Boga koronie...
O! to jest życie – z odmętów swych tłumem –
Co w nieskończoność grzmi nie mych tajemnic,
I zmartwychwstaje tęczą – z bolów ciemnic!...
Dziko tu, smutno, i szumiąco w puszczy
Gdzie głosem całym ten huk wodospadów,
I krzyk żałosny dzikich ptaków tłuszczy –
Czasem wrzask boru kiedy rozczochrany
Wzniesie ramiona wśród gromów rozwiany –
Czasem twarz słońca jak gdyby dla zwiadów
Przez drzew konary, gdy zachodzi błyśnie –
A z piany kaskad tęcza drżąc wytryśnie
I nad otchłanią drgająca uwieśnie…
Jak wspomnień smutnej młodości tęsknota…
I ta ot! Lama jedyna istota –

Co w drodze życia została ze śladów
Dróg, co deptała przeszłość wielka! złota –
I tylko w ulu pracownice pszczoły…
A czasem we śnie mym – jasne anioły
Co wstęgą mleczną ciągną przez żywioły...
I nic – nic więcej – w tej skalistej dziczy,
Gdzie się po gwiazdach już dni życia liczy;
I w biblii księgach apokaliptycznych
Wita duch, jasne ducha apostoły –
A pieśń tę kończy szum tych wód krynicznych,
I szum tajemny modlących się lasów,
Co w niebo prężąc konary olbrzymie
Zdają się szumieć «Parakleta» – imię…
Jak w hymnie wieków głos przyszłości czasów!...
Więc tu!... musiało bić bolem – i dzikim,
Gdy mnie dziś takim widzisz pustelnikiem –
Tyś o przyjaźni nucił o! młodzieńcze,
Posłuchaj życia zbiegłego godziny.
Co zwę przyjaźnią i nad ziemskie syny
Jej przypomnieniem ducha mego wieńczę!...
Wieszli kto jestem! ot niezgadłbyś pewno,
Kto jest ten starzec w pokutniczej szacie,
O! jam niezawsze mówił cicho, rzewno,
Jam mówił groźnie, w missyi majestacie
Pokorny, groźnie, do ludzi w szkarłacie!...
Wieszli kto byłem?... ja anachoreta
W sobie zamknięty, zniemiały, ponury,
I przebolał: Mnich Piotr! młody bracie –
Ja mnich z Pikardyi, co jak ogień chmury
Błysnął mieczem i słowem – ! lecz nie ta
Nie ta już dola dzisiaj starcu miła
Dziś tuż pod stopą moją już – mogiła!
Po mnie dym sławy marnej tu zostanie
I mię zwiśnie nad dziejów otchłanie
A potok czasu niech je spłucze, zmyje –
Lecz o przyjaźnim mówił nad mogiłą!
Niegdyś – gdy w duszy mojej rano było,
Miałem w młodości przyjaciela w domu

Z którym się sercem splotłem jak wśród sadu
Dwie latorośle młode winogradu,
Z których, gdy jedne oderwiesz od drugiej
Obie konają!... nieznane nikomu –
Prócz temu co je splótł z sobą wśród sadu!
Uczucia nasze były sobie święte,
Ku sobie zgięły się i tak zbliżyły,
Jako dwie skały co nad morza smugi
Wstawszy – czołami z sobą się spoiły – –
Rodzice moi byli biedni, ale
Poczciwi; rano mnie tu odumarli,
Nie zostawiwszy po sobie nic wcale
Prócz dobrej sławy gdy oczy zawarli...
Ja byłem cichy, i coś mnie ciągnęło
Do tej pustyni i do tej tu chaty ,
Com z drzew mą ręką zesklepił przed laty –
I tu zostałem wielbiąc boskie dzieło
W stworzeniu jego!... mój przyjaciel młody
U starej matki, został jej podporą –
Pasąc po łąkach jej bydło i trzody,
Bo była ślepą już – i bardzo chorą –
W tej tu pustyni żyłem lata młode
W ciszy, wśród skał tych po nad tą doliną,
Wśród wodospadów grzmotu co swą wodą
Lecące w otchłań, gdyby młodość – płyną –
Długom tu dumał z myślami i czasem,
I z moją arfą sam na sam, a z światem
Obrazów ducha! –
Ocieniony lasem
Żyłam korzeńmi, roślinami, kwiatem
I tej przyczystej wody jasnym zdrojem
I myślą moją i natchnieniem mojem!...
Z tej skały zawsze witałem wschód słońca
Z rannami ptaki śpiewając w cichości
Tutaj najpierwsza, bladawa i drżąca
Gwiazda wieczorna śród nocnych ciemności
Oczom mym drżała ... o! tak długo było –
A lama biała mą ręką karmiona

Przystała do mnie, wkrótce oswojona
Została – w puszczy towarzyszką miłą –
Lecz raz – posłuchaj – gdy u szczytu skały
Za leśnym grzybem na głazie się spiąłem,
Głaz się oberwał – bryły poleciały
W otchłań – aż w dole wody zakipiały…
Zleciałem na dół, z zakrwawionem czołem
I świat mi w oczach skał obleciał kołem…
Lecz cudem jasnym! że na jednej skale
Jak ptak zawisłem, i niespadłem dalej
A nad przepaści wirujących fale
Spiąłem się w górę, chwyciłem w oddali
Za gałąź drzewa, w bolu, trwog i szale,
Jak się wdrapałem, niewiem, na kamieniu
Tak długom, długo leżał w odrętwieniu
Nim się ocknąłem i przetarłem oko –
Ale w tej chwili, w śnie moim, wysoko
W obłokach jasną dłoń widziałem w górze,
Na wschód! na wschód! mi ciągle wskazywała –
A głos się ozwał: «Krew ci z czoła płynie
Jak wieniec cierni – imię twoje skała!
Tak płynie z serca, ludu w Palestynie
Zdrojem, którego źródło miecz otworzył...
Otrzesz krew z czoła twego, lecz w me imię
Otrzyj krew z serca tam w Jerozolimie –
Której najeźdźca swój turban nałożył
A mych pielgrzymów skrzywdził i potrwożył.»
Oświtłem – głos ten dotąd słyszę głośniej
Niż ten szum fali co na skałach kona,
Krew z czołam otarł, otarłem ból z łona
A prędkom powstał raźniej i miłośniej
Niż złotą łuską Cherubin pancerny.
Przysiągłem skałom – i przysiędze wierny
Tego dnia jeszcze do Syonu ziemi
Pochód pielgrzymi silnie przedsięwziąłem,
I dzień mi świecił blaski niebieskiemi
A z tęskną myślą w podróż pociągnąłem

Jak ptak żałosny gdy skrzydła rozwinie
W daleką podróż ciągnąc za swą gwiazdą,
Jaszcze raz patrzy w ciche swoje gniazdo
I tęsknie śpiewa … i już w górze płynie –
Ale za gniazdem krzyk rozdarty rzuci
W które już nigdy – nigdy niepowróci!...
Lecz ja z zapałem choć z tęsknotę w piersi
Rzucałem puszczę i tę chatę moją
I bluszcze świeże co jej ściany stroją
I skały we mgle, które jak najpierwsi
Bracia, powiernikami byli duszy –
Nawet tę lamę z smutnemi oczyma
Żegnałem tęsknie – i nic niezagłuszy
Wśród wspomnień, tego młodości wspomnienia
Bo w tęsknot łonach – podobnego – nie ma!...
Ona swe smutne, milczące wejrzenia
Rzucała na mnie: gdyby mówić chciała
Wróć prędko, zżyciem będę stróżowała!
A gdym już zabrnął w bór głęboki w dali,
Jeszcze dochodził gdyby głos jagnięcia
Do uszu moich z łoskotem tej fali…
I w świat poszedłem – pełen przedsięwzięcia
Z iskrami w sercu, by niecić pożary...
Szedłem nieznając dokąd… lecz natchniony
Czułem że idę – z pochodnią mej wiary
Że nią ciemności przejdę – choć stęskniony,
I braci moich podniosę sztandary,
By pielgrzym błędny był krzywd swych pomszczony –
Noc zaskoczyła w lesie w wieczór ciemny,
I Świętojańskich robaczków przyjemny
Blask wiódł mnie borem przez nocy otchłanie,
Potem dalekie jakieś psów szczekanie
Jakiś fujarki głos i blask ogniska –
I tak wyszedłem z boru gdy już blizka
Północ na niebie świeciła gwiazdami
I noc przy ogniskum przespał z pasterzami…
Wstąpiłem w chatę przyjaciela mego
A na próg domu wybiegł w me ramiona

I z głośnym rykiem serca zbolałego
Długo mnie cisnął – ja jego do łona –
Bo w ten dzień właśnie matka mu usnęła
Jak dziecię – cicho, na ręku – na wieki,
I dusza z ciała bez cierpień wionęła,
I obajśmy jej przywarli powieki,
I tak mnie szarpnął jego ból sierocy,
Że zdało mi się w rozbolenia mocy
Żem po raz wtóry stracił matkę moją –
O!... takie chwile tam – przed stwórcę stroją
Hymn z serca w bolu wyrzucony procy
Wśród ciemnej bez słów – o! i bez gwiazd nocy!...
I w noc tę smutną leżały jej zwłoki
Przy bladej lampie, kiedym wszedł w próg domu
A syn rozpaczał sam – i łzawooki
Słowa jednego nieodrzekł nikomu –
Aż kiedym przyszedł, jak ze snów zbudzony
Zerwał się nagle, i witał mnie smutno
Rzekłem: na imię tej z którejś zrodzony
Odprawisz ze mną pielgrzymkę pokutną
Tam, tam … daleko – do Jerozolimy –
Podumał chwilę ... dobrze! wyrzekł stale
Pójdę lecz biedne w tych stronach pielgrzymy!
Więc brnąć nam właśnie przez tych przeszkód fale,
By inni po nas chyżej przepłynęli...
Niedługo potem ruszyliśmy w drogę,
O! długo, długo piaskamiśmy brnęli,
Znosząc obelgi, i trud – lecz nie trwogę!...
Później płynęliśmy długo przez morze,
Co dzień poranne witający zorze,
Co wieczór gwiazdę co nam przyświecała
I wspólnie z nami niebem żeglowała!...
Fale modlitwy szulerem ranne zorze
Witały – ptastwo rannym słońce krzykiem,
Jakby za nami modląc się – o! dzikiem
Życiem na morzu można żyć, bo morze
Staje się w końcu duszy powiernikiem!...
I okręt w fałach zniża się w wód piany

Klękając niby w modlitwie porannej…
A piosnka majtków jako mewa dzika
Tęsknie ulata piersiom samotnika…
Aż siódmej nocy zaryczała burza
Trzęsąc okrętem i goniąc bałwany
Przewalająca chmury i wód piany
W górę spiętrzone,
W błyskawic łonę
Jak w purpury płaszcz bałwan był odziany,
Nito ognista góra zolbrzymiała...
To nas w otchłanie spycha i ponurza
To w górę młota po nad Oceany...
Burza noc trwała – i z nocą skonała
Lecz ona bliżej celu nas zagnała.
Nazajutrz rano z pierwszym słońca blaskiem
Okręt po modrej sunął się głębinie
A morskie ptaki zwiastowały wrzaskiem
Że już niedługo nasz okręt dopłynie…
O! wpośród burzy modlitwa pielgrzyma
To głos potęgi serca człowieczego
Gdy się dłoniami sznurów statku trzyma
Miotan i rzucan wśród szału morskiego
W obłok wyrzuca myśl swą jak olbrzyma!...
Sieci piorunów nad głową mu grają
A fale statkiem jak konchą miotają
I trzeszczą maszty – powrozy pękają
I jęczą liny – krzyk niewiast – gromada
Starcowi w krześle swe grzechy spowiada –
A błyskawica śmiechem dzikim grzmotu
Wita wzniesionych do gwiazd kołowrotu
By spaść za chwilę w otchłań bez powrotu!
Lecz wtedy życie tylko w ręku Boga
I coś orlego przed czem pierszcha trwoga
Raduje ducha wśród burzy wulkanów,
Że nad nim niema już ziemi tyranów,
Że dzikim śmiechem śmieje się z szatanów
I człowiek wzniesion nad wieczności progiem
Czuje się wielki – jak sam na sam – z Bogiem.

Ląd o południu ujrzała osada
I chór wesoły majtków głośnem pieniem
Dał znać o lądzie – a cała gromada
Na pokład mrowiem wyszła – z zadziwieniem
Że tak niedługo stały ląd ujrzała –
A to do lądu – burza nas zagnała...
I odtąd lądem, skałami, górami,
Szliśmy znużeni, rzewni wrażeniami,
O! szliśmy długo trudną drogą jeszcze,
Nim oczom naszym szczyt oliwnej góry
Ukazał skronie zielone i wieszcze –
Jak w dzień on męki, w on dzień czarny, w który
W łzach syn człowieczy wziął z ręki anioła
Kielich miłości w pośród wrogów koła…
Wreszcie daleka w jaskrawym promieniu
Jeruzalem się ze wzgórza okazała,
I szliśmy chyżej w kroków powojeniu
I ku nam ziemia się chyżej się zbliżała
Że było słychać serca w piersiach drżące –
Weszliśmy w bramy – półksiężycem lśniące
A muzułmanin z pogardą na licu
Wyszedł naprzeciw topiąc twarz w księżycu
I rzekł: uczcijcie te blaski płonące,
To gwiazda wielka naszego proroka
Która przybywa co noc jasnooka…
Lecz jam go mijał z pogardą w milczeniu
A rozdrażniony on w twarz mnie uderzył,
Poszedłem milcząc – i w postanowieniu
By gwiazda jasna w obliczu proroka
Zniknęła w nowiu,
I w zniknieniem – wierzył!...
Weszliśmy w miasto, gdzie co krok łajania
Co krok pogardy tylko spotykały,
Szturchańce możnych, małych natrząsania
W tej ziemi świętej pielgrzyma czekały –
A ludność gnuśna, nieczysta i dzika
Wśród niej gdzie niegdzie cień Chrześcianina
Co szedł pobożnie w szatach zakonnika

Do grobów świętych człowieczego syna –
O! com ja doznał, kiedy na kamienie
Upadłem czołem przed tą grotą ciemną
«W której nikt przedtem nieleżał»…
Przedemną!
Stanęły wszystkie tajemnice wiary
Męki Chrystusa, ludów uciśnienie –
W łzach rozpłynęło się moje wątpienie
I myślą wzniosłem krzyżowe sztandary
Gdy pierś paliło bojowe natchnienie –
I wszystkie rany Chrysta mnie bolały
I wszystkie ludów boleści mi grały
Jak arfy w wielkiej tej z bogiem rozmowie –
Ale chwil takich człowiek nie wypowie
Dzień przedumałem wśród tej grobu ciszy,
Czekałem wielkiej myśli, by wstąpiła
We mnie – i wstałem – a boska mogiła
Słowa przysięgi mojej dotąd słyszy
Jakom ślub czynił z hufcami zbrojnemi
Odbić swobodę Palestyńskiej ziemi!...
Bo mnie w tym grobie Boga wszystkie rany
Co go bolały, bolami ludzkości
Tak zabolały – że padłem z żałości
Niemy – jak znużon ptak w morza bałwany –
I obróciłem ku Rzymowi oczy
Przy mnie dłoń w dłoni mój przyjaciel kroczy,
Ciężka to droga, i smutne koleje
Trzy dni i nocy na garbie wielbłąda
Kiwać się w słońcu, gdy pot z czoła leje
Się do ust drżących … gdy oko pogląda
Za kroplą wody – a woda na czole!
A raz Uragan od południa strony
Ścigał za nami – ha! Ten obraz w duszy
Zostanie jeszcze – kiedy przebudzony
Na sąd powstanę, i trąba niezgłuszy
Echa po gwizdów co słupami żwiru
Pędził za nami – z gorąca obłokiem –
O nie tak brańcy uchodzą z jasyru

Jak my pędzili przed wichrów potokiem...
Galop wielbłądów z karawany wrzaskiem
Co rozczochrana gnała o ślep – gnała
Byle gnać naprzód – byle uciekała
Jak chmura orłów przed piorunów trzaskiem –
I tak lecieliśmy bez tchu, i pędem
Trafiając w drodze szkielety wielbłądów
I kości ludzkie – bielejące rzędem
I już padaliśmy z rozpaczy głosem
Zwątpili wszyscy o zieleni lądów –
Czułem że inny los jest moim losem –
I tak wierzyłem w posłannictwo moje –
Żem raczej dumał na skrzydłach Simumu
Być w Watykanu zaniesion podwoje
Niż skonać w puszczy, śród trwożnego tłumu…
W tem odwróciły wichry stronę prądów
I pogoniły w dal – a jak bez życia
Padliśmy o ziem w oazie uroczej
Kędy zdrój świeży w trawach fale toczy
I palmy rosą zapłakały oczy
Namiot błękitu i gwiazd blade lica
Już wychodziły na niebo pustyni –
I chórem tam już poklękli pielgrzymi! –
Ku Europie sunąc się powoli,
Znowuśmy razem … jak po modrej roli,
Płynęli chyżo ... ku Joppejskim skałom
Stawiając czoło pogaństwu i wałom...
Wolno jest chłopcu … małemu chłopięciu
Plwać, i kamieniem ciskać na pielgrzyma,
I piaskiem w oczy miota, jeźli niema
Turbana swego … to chwalą dziecięciu
Co chleb przyjaźnie podaje szczenięciu…

Gdy dnia pewnego w murach Watykanu
Pod nogi starca Urbana papieża
Słał się lud korny, biorąc w imię krzyża
Błogosławieństwo w pokorze i w Panu,
I my przyklękli – a gdy błogosławił

Kto miał pielgrzymi strój, każdego witał
Jako pielgrzymów, i życzliwie pytał
Kędy był który, i gdzie dom zostawił?...
W tej chwili płomień zagorzał w mym duchu
I rzekłem głośno: w Bogu Ojcze Święty,
Głowo kościoła, niechaj twemu uchu
Będzie wiadomy dzień smutny, wyklęty;
Z Jerozolimy wracam ja w żałobie
Niosąc błagalne wieści Ojcze Tobie –
Od Symeona oto list pokorny
I od Chrześcijaństwa żal, wielki żal Panie;
Muzułman broczy w ludu twego ranie
On zdradny tygrys, co niby pozorny
Przyjaciel, wpuszcza w bramy wędrowników
A potem zmienia, obdziera, katuje,
Ojcze! jeżeli dziś zastępy szyków
Pójść niezdołają … o! ze zgrozą czuję
Że dalej w bramach gdzie Jerozolima
Już niepostoi tam stopa pielgrzyma!...
Ludu! zawołał na głos ojciec Święty,
Ludu mój! oto masz przed sobą brata,
Masz tu pielgrzyma co z pod ręki kata
Wyszedł zbolały, znieważon i klęty –
Ale nie własna boli go zniewaga –
On za zniewagę grobów Świętych błaga!...
Znieważon za to u grobu Świętego
Że się tam modlił za nas –
Patrz na niego!
I wielka cisza dokoła się stała,
Ludność jak głuche morze zaszmerała,
A jak ryk burzy – natchnień grom ze chmury
Na Jeruzalem!
Na mury! Na mury!...
Na mury! Papież w natchnieniu zawołał
I błogosławił i krzyże rozdawał
Jak pszczoła garnął się lud – starzec zdołał
Ledwie przemówić…
A jam się napawał

Widokiem onym – i obiegłem w roku
Włochy i Niemce i słowem, natchnieniem
Skry siałem w sercu, łzy w niewieściem oku –
I ku Rzymowi z czołem pochylonem
Wracając, niosłem już starcowi wieści
Że książąt orszak – jak mąż – stanął – sobą
I wojsk krzyżowych co z krzyża ozdobą
Iść są gotowe na wszelkie boleści
Jest tłum natchniony –
I na łonie drżącem
Zapałem wielkiej rozkoszy bez granic
Co światy burzy i światy utwarza
Co jako wieczność wszystko tu ma za nic,
Z Miłości kona u powstań ołtarza
Krzyż wypaliłem żelazem żarzącem,
Bym go do końca wśród pokory nosił
Żem sobie taką chwilę tam! wyprosił
Życia modlitwy czynem błagającym!...
I patrz! On dotąd na piersi wznak bratni
Jest i z nim na sąd – zbudzę się ostatni...
Rycerze krzyże sobie wypalali
Na Jeruzalem!... w ryk morza wołali!...
O! jam się palił w duchu piorunami
Żywego Boga!... i bratał z wężami,
Przeto nie dziwo że ja znam po skórze
Gładkiej – błyszczącej – zimnej – w nieb lazurze!...
Lecz i aniołów znam ogniste dusze
Przelatujące w wieków zawierusze…
Ja porywałem jak strumień ich duchy
I serca mego zapalał zapałem,
Znosił obelgi, roztapiał łzą skruchy
I siebie – w sobie’m zgładził:
– «Zmartwychwstałem!...»
Raz do butnego rycerza znużony
Zaszedłem prosząc, by mi u ogniska
Swego pozwolił spocząć –
Urażony
Krzyknął z pogardą – że jego zamczyska

Nie karczmą dla włóczęgów z końca świata!...
Wtedym zapytał się w Chrystusie brata
Kto przed nim mieszkał w zamku?...
Odrzekł dumnie:
Ojciec co śpi już w marmurowej trumnie –
A przed nim?
Dziad! i pradziad! w jasnej chwale
Odrzekł ni rycerz dumnie i zuchwałe
A kto po tobie będzie?
Syn mój śmiały
Odrzekł – gdy zechce Bóg przedwiecznej chwały…
«A więc jest karczmą Panie! twe zamczysko
Rzekłem –
A on się porwał – …
I zadumał – –
«I rzuć je – a weź miecz – bo dzień już blizko
Gdy ziemie świętą zdobędzie lud Boga –
Na murach nasze powieją sztandary,
Półksiężyc strącim w otchłań gromem wiary…»
Wtedy się zemną uściskiem pokumał,
Z zapałem rzucił ustroń swego proga
l powiódł zbrojne hufce za hufcami –
Tak porywałem ramy za massami
We włosiennicy z powrozem na szyi
Ducha'm wzniósł przeciw Muzułmańskiej żmiji,
Starce, młodzieńcy, kupcy, pacholęta
Leciały myślą porwane co święta
Jak gwiazdu oczom mym świeciła z góry
Kiedym porywał te rycerstwa chmury…
Nie ja Bóg świadkiem! nie ja – lecz ten! który
Ducha Człowieka wolnym utworzył naturze
Co mu z wiarę zapału – i potęgą woli
Dal część własnej wszechmocy nieśmiertelnej doli,
Dokąd jej wart. – On gromi i gromy – i burze!...
I tak na błoniach Clermont w szat radości,
Zebrane hufce jak piekło zapału
W wulkan zagrzmiały Naprzód!... w lwiej dzielności,
I poszły jak uragan – z męztwem szału

O chwilo piękna! chwilo chwil!...
Lwia chwilo!...
Kiedy zaryczał lwem jednym lud dzielny
Burzą radości do szału weselny – –
Kto cię niezaznał – biedny!... bo w kolei
Wieków nieprędko wracasz – i motylą
Planetą lecisz – o skrzydłach – nadziei!...

Ranek był – kiedy zastępy rycerstwa
Na grób Świętego Piotra poklękały…
I wielką ciszą umilkł kościół cały
I była niema cisza bohaterstwa
Gdy w Bazylice jeden czarny wianek
Schylili męże swe lśniące puklerze
Z dumną pokorą – a kiedy rycerze
Schylili głowy – to ich przyłbic pióra
W przestrzeni wielkiej wielkiego kościoła
Zdały się falą morską – co ponura
Wśród ciszy drżymiąc czeka burz anioła –
Wtedym ja jeszcze jako pielgrzym biedny
Mnich Piotr, na grobie Piotra apostoła
Klęczał w milczeniu wśród rycerzy koła
Z niemi w pokorze i dążności jednej! –
O! w tej to chwili wziąłem namaszczenie
I promień słońca na głowę mi spłynął…
Rzuciłem habit, a wziąłem odzienie
Którem już rycerz Piotr później zasłynął...
Tu głos Urbana ozwał się wśród tłumów
Głos w kilku słowach, co do serc, rozumów,
Tak wpadł jak promień iskry co oświeca,
Ciemnice ciemnic – i pożar roznieca!...
Ty rzekł:
Ty Piotrze! coś massy zachodu
Na wschód poruszył – masz tu sto tysięcy
Wojska przed sobą … wśród nędzy i głodu
Macie trwać dzieci tak kilka miesięcy,
A może z trudów pierw wam przyjdzie zginąć,
Zanim zdołacie do celu dopłynąć –

Czy przysięgacie wytrwać tak do końca?...
Niech nam tak światłość wiekuista słońca
Świeci! krzyknęli i podnieśli dłonie
Ku jasnej krzyża cierniowej koronie –
Wtedy rzekł Papież przez łzy: Pamiętajcie,
Że kto przed celu osiągnięciem ginie
Większy niż ten co zwycięztwo osięga…
Więc idźcie bracia!... wierzcie i kochajcie!...
A będzie wasza wszechmocna potęga,
Niech przez was wiara znowu tam zasłynie
Zkąd zaszła … święta wasza jest przysięga
I Bóg obecny tu – od was ją słucha –
(O! teraz Panie weź mojego ducha!...)
Pomnij zastępnie lwi – aż tam! u proga
Grobu położyć miecz piorunujący –
Lecz bądź pokorny w potędze gromiącej
I twej miłości nietrać w obec wroga!...
A ty o Piotrze!... kamieniu z opoki
Piotrowej!... stań się głazem co naprawi
Miejsce gdzie grób był uszkodzon!... niech łzawi
Ci aniołowie rzucą swe obłoki
I tym kamieniem domurują Pański
Grób – uszkodzony od hydry szatańskiej!...
«Tak chce Bóg!...»
Tysiące mieczów błysło w górę jaśnie
Niech żyje wiara! Niech półksiężyc gaśnie!
Na Jeruzalem! na mury! na mury!...
Ryczał tłum jako Ocean ponury
I Papież święcił oręże ze drżeniem
A każdy rycerz szalał uniesieniem
Żądzą męczeństwa – świętą i młodzieńczą
Którą cierniami na tej ziemi wieńczą!...
Idźcie o! idźcie!... przyszłe pokolenia
Będą te wieki wspominać z tęsknotą,
Będą te boje waszego natchnienia
Ze łzą wspominąć … idźcie! z wiarą złotą
Która przenosi góry! zwyciężycie!...

Własnego męztwa cudem – cud ujrzyjcie!
I każdy z braci, który był silniejszy
Duchem lub ciałem … krzyż sobie wypalał,
O! i złych każdy męztwem najdzielniejszy
Gromił – lub skonem gromiących ocalał!...
I krzyże białe i krzyże czerwone
Na nasze płaszcze kładliśmy w zachwycie
A twarze wojska były rozognione
Jak tysiąc słońc co wychodzą o świcie
W pożar zapału już rozpłomienione!...
Jak twarz słoneczna co schodzi nad światy
I zgania księżyc pomocny, rogaty,
Gdy noc rozdziera na piersi – mgieł szaty!...
Tu rzucił starzec szaty pustelnicze
I wszedł do chatki swojej – a po chwili
Wyszedł w pancerzu, miał z piórem przyłbicę
I krzyż na płaszczu – z jednej strony, z drugiej
Na obnażonem od miecza ramieniu
Krzyż wypalony … widziałem!... a postać
Tak zolbrzymiała … tak urosła czołem,
Że zdał siłę jakimś mścicielem aniołem
Że widząc – brata chęć rycerzem zostać!...
Włos tylko siwy – broda śnieżna, biała
Po piersi lśniącej pancerza spływała –
Patrz! taki byłem!... gdy w Jerozolimie
Zdobytej wchodząc w tęże samą bramę,
W której znieważył Turczyn moje imię
Znów postać Turka spotkałem tę samę...
Jeden z rycerzy o ziem go obalił
A jam mu – życie przemocą ocalił
Bo rzekł mi ojciec Święty w Imię Boga:
«I twej miłości nietrać w obec roga!»
On drżący, blady, przed konia się rzucił
«Odsłoń hełm Panie! Zawołał – mam w domu»
Bogactwa – niechaj ujrzę dzisiaj komu –
Dziękczyć – tyś serce wdzięcznością ocucił –
Odsłoń twe czoło!... gdyś mi tyle zrobił,
Zrób i tę łaskę!... Ja hełmu ugiąłem

Spojrzał w twarz moją – poznał – wzrok go dobił…
A jam spiął konia i w tłumie zniknąłem –
On się nazajutrz stał Chrześcianinem –
Jam o pokorę błagał Boga – czynem!...
O!... i straszliwe piekła miałem dreszcze
Kiedy mnie pycha chciała brać w swe kleszcze
Od namiętności żmiji ta piekielniejsza!...
O! ta mi zawsze była najstraszniejsza –
Bo liząć moje stopy obwijała –
A potem serce w dłoń żelazną brała!...
Jak wąż co orłu śpiącemu obwinie
Skrzydło!... że już w błękity niepopłynie!...

I na Wschód jęły płynąć nasze szyki
Z Włoch, Francyi, Niemiec, jak wezbranym zdrojem
Przy mnie młodości mej druh, z wojskiem mojem
Walter mój drogi ... świętość ma!... on dziki
Orzeł którego Walterem «bez mienia»
Zwano –
Łąki i trzody swe rzucił –
I poszedł rycerz pełen żądz natchnienia –
Poszedł!... o! poszedł by więcej niewrócił!...
Nad Dunaju brzeg, a dalej przez ziemie
Bułgarów przerznąć z wojskiem się musiałem,
Dzikich tam zwierząt spotykałem plemię –
I dla mych ludzi – chleba już niemiałem!...
O! w takiej chwili wodza głód wnętrzności
Głodem całego wojska pali, nęka,
I tylko wyższa sił dodaje ręka
Przez piekła wiodąc jak gwiazda przyszłości!...
Jako zdrój wojsko nasze iść musiało
A kędy przeszło brzegi wydzierało,
Hordy Bułgarskie napaścią zuchwałą
Broniły przejścia przez ojczyznę swoją,
O! i zginęło tam naszych niemiało
Choć kutą byliśmy ten przechód szalony
Zdał mi się strasznym przez piekło przechodem,

Bo płomień cisnął bokiem, tyłem, przodem,
Że koń i jeździec padał zrozpaczony –
I śmiercią zdała się chwila ponura,
Po dniach zbyt wielu krwawego przeboju
Gdzie z mieszkańcami złączona natura –
Trapiła wojsko w ciągłym niepokoju.
Wyszliśmy z granic Bułgarskich na końcu
A kiedym konia poił w leśnym zdroju,
Tocząc po moich o wschodzącem słońcu
Wzrok niespokojny … o! biada! ujrzałem
Że już połowę wojska mego miałem!...
Konstantynopol mieliśmy zdobywać,
Gdyż nam Aleksy zabronił przechodu
I tam na braci resztę oczekiwać…
A więc pod murym ruszył Carogrodu,
Choćby do nogi upaść i wyginąć,
Postanowiłem sztandar nasz rozwinąć
I blaskiem krzyża w ślepie tyranowi
Błysnąć – gdy wzbronił przechodu Krzyżowi.
Już się schylało słońce w morza piany
Umilkły wichry – usnęły bałwany –
Wtedy na leśne wzgórzem ja wybieżał –
Konstantynopol u nóg moich leżał – –
Uszykowałem jak mógłem mych ludzi,
Co przez czas wyszli z służby i karności
I już mruczeli gdy ich pochód strudzi –
Trzeba im było zwycięztw – i świetności!...
I wraz od jednej strony
W pęd szalony
Prawem się skrzydłem żołnierz rzucił na bastiony!...
Jak tuman wichru, co przez puszcze pędzi
Kolumny piasków – do niebios krawędzi
I nuż w północną bramę i w baszt głazy
Tłuc taranami, gruchotać i łamać –
Wróg na nas z murów potężnemi razy
Młyńskie kamienie staczał – ukrop wody
Ciskał – chcąc ducha na razie nam złamać

Lecz żołnierz mój był swym zapałem młody –
Więc od boleści wściekły jak się rzucił,
Wśród jęków ofiar na trupów się wale
Wznosił ku murom i w boleści szale
Szturmował – i cześć muru już wywrócił.
Krzyk – wrzask i jęki – piętrzą się drabiny,
Na mury drapią się, i kamieniami
Strąceni lecą z jękiem boju syny
Ale konając wznoszą pieść ranieni…
I jak poczęli taranami walić
Pierś baszty pękła – brama wywalona
Padła ze grzmotem – padając przywalić
Musiała mnóstwo, bo jako szalona
Krzyknęła jednym wrzaskiem baszta cała –
I jako Rzymska w rozpaczy matrona
Na piersi – muru szatę rozdzierała;
I dymu słup już wystrzelił w niebiosy,
A tłum w niej dziko zawył w niebogłosy
A dym jak warkocz jej rozwiany w dali
Leciał w obłoki – szalał w wichrów fali…
I z murów jedni w ucieczce stłumieni
Drugich spychali w rozpaczy szaleni
Że jak szatani swoich wysokości
Z wrzaskiem padając targali wnętrzności
I oczy pełne śmierci wznosząc w górę
Konali wznosząc okrzyki ponure –
I wpadli nasi bramą wywaloną
Już płomieniami dymu ogarnioną
Dzwony biją,
Matki wyją,
Trwożne o dzieci los…
A sztandar krwawy
Krzyżowej sprawy
Powiał na murach w radości głos! –
Wpadliśmy w miasto – a czerń ulękniona
Te strupieszałe praprawnuki Romy
Jęły uchodzić w głąb miasta –
W odłomy

Murów i bramy wdarłem się z piechotą –
Wiedziałem jak tam słabą walczył rotą
Cesarz Aleksy – i swą wielkość – kłamał!...
Więc się na duchu prędko żołnierz złamał
W Państwie gdzie ludzi robactwo skarlałe
Wielkiego trupa Romy roztaczało
A nędze ducha, swego spotworniałe
W purpury szmaty zręcznie drapowało!...
I wrzask zwycięztwa zatrząsł o te mury,
O starych domostw Bizanckich ulice
l aż na morzu, skonał!...
I przyłbice
Wznieśli żołnierze w górę z dzikim krzykiem
Jak lew co puszcz przeraża swym rykiem –
W komnatach Cesarz chronił się strwożony
Dokoła tłumem trwożnym otoczony
Od niedobitków garści – zwyciężony!...
Cesarz on pyszny pokornie posłował,
Pytając ile zażądam okupu?
Byle po domach żołnierz nie rabował
Nie krzywdził niewiast, niewydzierał łupu –
Z dumą’m odegnał chytre posły Greka,
Co truje zdradą – a w boju ucieka;
Rzekłem że czekam tu na bratnie szyki
Co na wschód iść mają z zachodu –
I przejdziem tylko jako wojowniki
Przez tłuste Państwo Cara, Carogrodu,
Niechaj nas tylko przechowa bez głodu,
I nieotruje pod tą pomstą miecza!...
A da nam tylko okrętów i łodzi –
Któremi bracia wylądują młodzi
On niech nam tylko – czas ten ubezpiecza…
A wtedy Cesarz świtą otoczony
Złotym pancerzem świetnie uzbrojony
Przyszedł powitać nas pod namiot biały –
Na jego hełmie krwawe pióra wiały –
I skłonił głowę – schyliły się pióra
Słowy miejskiemi z uśmiechem nas witał

Choć każdy wściekłość w jego oku czytał –
Gryzł wargi dumne do liców uśmiechu
Na czole czarna uwisła mu chmura
A pierś miał ciężką żądzą zemsty grzechu,
Lecz czuł wężową słabość – przeto pytał
Czyli być może z nami połączony
Traktatu węzłem? Krzyżem zaszczycony?...
Wtedy podałem rękę w imię krzyża
I dziękowałem w imieniu Papieża –
A kiedy darzyć chciał (może przekupić…)
(By potem zdradzić, mordować i złupić)
Rzekłem żem mnichem – i w krótce w habicie
Odejdę dawne w puszczach pędzić życie –
Jak tygrys schował głęboko pazury
Łasząc się – odszedł owian w płaszcz purpury –
O świciem wyszedł na pobojowisko
Co tuż przymieście rozlegało spojrzałem
Było ich mało – wiele było – śpiących – !
Więc powitawszy braci zaśpiewałem
Hymny żałobne…
I z braci płaczących
Garstką, jak dziecię płacząc szedłem z rana
Grzebać poległych co w śmierci nieładzie
Jedni przy drugich leżeli bez miana
A przy nich wierny koń się trupem kładzie –
Mgły się zwlekały i słońce wschodziło,
Jak nasza wiara niebo czyste było –
A nad pobojowiskiem ulatywać
Począł skowronek – i tam Bogu śpiewać –
Imiona tych co skonali nieznani
Spowiadał niebu swych pieśni psalmami…
W lazurach nieba nad polem bojowem
Zawisł wysoko … wysoko … po rosie …
Nie!... po krwi nucąc w wdowiej piosnki glosie
Co się żaliła Panu rankiem owym…
I więcej w pieśni tej płakało skargi
Niż ludzkie wyrzec podołają wargi!...

Wśród trupów – pojrzę…
Przebóg sędzio świata!..
Rozdarłem szatę w dziki śmiech wariata
I pierś rozdarłem rozpaczy szponami
A oczy zaszły mi krwawemi łzami!...
Tam trup Waltera leżał!... uśmiechnięty
Żelazem wroga – w samo serce pchnięty –
............
............
O! za cóż na mnie boleści lawino
Spadłaś piekielnym ciosem z tą godziną!
O! Czemuż wieczną nie oślepłem nocą
Zanim szatańską w serce wziąłem procą!...
A od tej rany – piekło we mnie jękło –
I zszataniałem!... bo mi serce pękło –
I jak wąż padłem w boleściach bez miary –
Bluźniłem – szatę rozdarłem mej wiary
I w mojej duszy lamentach – zniemiały –
Głowem opuścił – bólem zszataniały –
Niewiem jak długom tak leżał i życie
Klął niemym głosem – piersi piekła głosów –
Lecz gdym się zbudził, księżyc po błękicie
Sunął się jasny w szafirze nie biosów,
Oświecał jasno ciche srebrne chmurki
I szedł pomiędzy gwiazdy – ciszy córki
A z łez mych dzikszy strumień niż ten! bieżał –
Przy mnie mój Walter!...;
Nie!...
Trup jego leżał!...
A duch mój z ciała za nim już wypływał
Z tęsknotą ach! o jakiej się nie śniło
Tu żadnej matce!...
Z dali dolatywał
Śpiew po nad świeżą rycerzy mogiłą…
Ta chwila dla mnie pochłonęła wieki!...
Umarłem – żyłem już – życiem kaleki –
A śpiewy rosły, zbliżały się tłumnie
To nasze hufce z Zachodu!...

Witajcie!...
Byłem spokojny jak posąg – rozumnie
Witałem mówiąc – rycerze! witajcie!...
I był tam Godfred z ludzi stem tysięcy
I dzielny Hugo, i Boemund śmiały,
I młody Tankred – ich hełmy się chwiały
Morzem piór białych –
Ja w ciszy dziecięcy
Witałem wszystkich – co wszystko wiedzieli
I w około mnie wiankiem poklęknęli...
Naglem się zerwał niemy i rumaka
Dosiadłem dziko – rumak lotem ptaka
Gnany popędził w świat nad skały morza
Kędy się księżyc układł we fal łoża – –
Dziko zagrzmiały po głazach kopyta,
Lecz dziki bardziej byłem – niech niepyta
Anioł ni szatan – jakim duch mój bywał
Kiedy w tej nocy – niemy ból swój śpiewał –
Koń wichrem pędził – a na moim ręku
Ciało kochanka mego się łamało –
I po nagości jego co na łęku
Konia się gięła marmurowo smętna
Światło księżyca swe blaski rozlało –
A serce moje szalało...
Szalało!...
O! pękaj ziemio!... zgiń skargo namiętna
Bo ty się w martwe nierozbryźniesz słowa,
Bo tam w piorunów wieńcu twoja głowa
A ty na czole bezimienność wieczną
I smętną, ponieś w twą noc bezsłoneczną –
Jak łabędź odpłyń – i nie płacz za niczem
Lecz płyń z spokojem jak księżyc obliczem
Co na pieszczoty szkieletu i fali
Patrzy – i sunie się niemo i żali
A nad szkieletu głowy sny namiętne
Rzuci kółeczko światła – ciche – smętne –
Jako płaczący uśmiech na tej twarzy
Co przebolała – i u swych ołtarzy

Rzuciła wszystkie łez perły dla ziemi –
Więc tu już niema nic – i ubogiemi
Skrzydły ulata w niebiosy wdowiemi
Z dłoniami na swej piersi – i w cichości
Jak smutny łabędź płynie – po wieczności!...
Tak pędził rumak – i nad morza brzegiem
Padł – i wyzionął ducha!...
Z dzikim szałem
Trupa co życie moje wziął – porwałem...
I nad fal cichych złoconym szeregiem
Tak się szatańsko od serca zaśmiałem,
Że tam przy brzegu straszliwa niewiasta
Co mi się wtenczas bardzo piękną zdała
Krzyknęła z trwogi – i kosy rozwiała
Czarne na wicher nocy – w stronę miasta
Kto ty? ktokolwiek jesteś, daj łódź twoją
Niechaj popłynę – z tą ot – duszą moją
I w głąb ją rzucę – wieki! na wieki!...
I w łódź skoczyłem – a w jego powieki
Patrzyłem smętnie jak na swe pisklęta
Zabite orzeł – kracząc to orlęta!...
Zawoła lecz z wichrami w rozpaczy –
Płyń ktoś ty kolwiek niewiasto!... tam znaczy
Się droga moja na głębiach otchłani!...
Ktokolwiek jesteś płyń!... nie do przystani!...
Niewiasta dziko jak mewa krzyknęła –
Ja jestem rozpacz!... i chyżo wiosłuję
Lecz dla tych co bez powrotu płyną,
Co już ludzkiemu oku tu zaginą
I serce żalu za niczem nieczuje –
Ja w fal kołyskach topiel[c]ów szkielety
Kołyszę z pieśnią – mnie się lęka – wieczność –
Straszna jako piorunujące tu słowo:
Niestety!...
Lecz tylko dla szczęśliwych!...
Zwano mnie: konieczność!...
I łódź sunęła chyżo w roztopionem złocie
Pian morza księżycowych co jak dzieci spały

Na nich się śpiące mewy kołysały
Jam przy trupie Waltera w zimnym czoła pocie
Leżał w łodzi – w ramiona go jak wąż obwinął
Po raz ostatni ustami drżącemi
W niebieskie usta jego się wpoiłem
I kiedy śmierci słodycze z nich piłem
To zdało mi się żem w niebiosy płynął –
I nic nieczułem – niemy – ślepy – byłem!...
Tak po księżycu łódź morzem? Leciała
A przy nas siedząc rozpacz wiosłowała
I w księżyc okiem żarzącem patrzała –
Jej marmurowo szatańskie oblicze
Tyle mi wtenczas dawało pociechy –
Żem jej dłoń jedną oddał w jej dziewicze
Dłonie, na wieczne, rozpaczy uciechy –
A ona wiatru powiewem szeptała
O! pięknyś w bolu twego rozszaleniu
Moim ty będziesz na wieki!...
Śpiewała
I kruczą kosą szyję obwiązała
Moją, w szalonem swojem omamieniu
I w oczy moje patrzyła namiętnie
A ja jak dziecię z niej się śmiałem – smętnie!...
O! to musiała by chwila straszliwa
Kiedy się rozpacz we mnie zakochała
I po raz pierwszy stała się szczęśliwa
Jej mamurowa twarz – poanielała –
I jam mą głowę złożył na jej łonie
I płacząc do niej przytuliłem skronie
Ona mnie jedna – jedna rozumiała!...
W tem się porwałem – księżyc gasł za chmury
I gwiazdy bladły – więc niemy – ponury
Porwałem ciało druha niemośpiące
O! tak anielsko ku mnie się śmiejące –
Tak bez litośnie! samolubnie śpiące!...
I wzniósłszy w górę na silnych ramionach
Które mi rozpacz teraz podpierała
Rzuciłem w morze! ... fala zaszumiała –

Krzyknąłem – padłem w łódź bez zmysłów, siły,
On w pian i pereł zatonął koronach,
Poszedł na loża pereł i korali
Kędy duchowie zasmuceni spali…
Ach! on po śmierci pół mojej boleści
Musiał wziąć w siebie jeszcze!... i musiało
Nią serce jego być ciężkie, bo ciało
Jak kamień spadło na dno!... o! bez wieści!...
Ty zanim poszłaś bezdenna boleści
O! duszo poszłaś zanim…
Już świtało,
Kiedym się zbudził w lodzi, nad ma twarzą
Rozpacz się tylko schylała ztęskniona
Jak dusze piekła co o czyś[ć]cu marzą –
I kiedym rozwarł z wykrzykiem ramiona,
Od brzegu morza zagrzmiał krzyk ponury
Na Jeruzalem! na mury! na mury!...
To bracia moi na Wschód orlim kluczem
Ciągną!... o! w drogę za niemi! do brzegu!
Wiosłuj!... krzyknąłem na rozpacz – co kruczem
Okiem paliła mnie ręką z śniegu
Trzymając wiosło z tygrysim uśmiechem
Głową klasyczną pokręciła tylko –
I rzekła –Tyś mój!... zatrutym oddechem
Zabiłabym cię jedną życia chwilką!...
Wtedym jej wydarł wiosło – rozjuszona
W żelazne chwycić chciała mnie objęcie
W morze strąciłem ją! – a na zaklęcie
Co mnie ciągnęło w fale – dłoń szalona
Moja ja wiosłem ugodziła w głowę
Że ogłuszyło ją to piorunowe
Trwogi człowieczej straszne uderzenie
Lecz wypłynęła – i kosy pierścienie
Z wody w powietrze rzuciła tak zręcznie,
Że się oplotła jak wąż po mej szyi
I pociągnęła mnie w głąb – siłą żmiji…
I wpadłem z łodzi w toń –
Ona serdecznie

Mnie pochwyciła by mnie objąć – wiecznie!...
Kto mój! niewraca – lecz po fal przestworzu
Ze mną na wieki – tuła się po morzu!...
Lecz się wydarłem – rozdarłem me szaty
I uciekając przed nią – jąłem płynąć
Co miałem siły!... aby tam módz zginąć,
Gdzie bracia moi – i w wieczne światy –
Lecz mnie ścigała już bliżej – już bliżej!...
Ja upływałem – znużon – chyżej chyżej!...
A gdy mnie chwycić już w objęcie miała
Krzyż nad nią dłoń zrobiłem mdlejącą,
Wtedy Syreny śmiechem zaryczała
I spadała w otchłań pian morskich kipiącą –
A ja znużony – mdlejący – już cudem
Płynący – tylko krzyknąłem – do łodzi
Naszych co płynąć poczynały z ludem –
Ujrzeli mnie – i tonącego w fali
Bez życia z głębi na pokład porwali –
Gdym oświtł – patrzę –
                                          Słońce złote wschodzi
Jak tarcza Boska naprzeciw ciemności –
Wkoło mnie bracia krzątali się młodzi
Na Jeruzalem!... krzyknąłem w radości
I tak płynąłem –
                              W myśli mych cichości!...

      Biada tej drodze!... i dniom tej podróży!
Bośmy bywali pastwą morskiej burzy...
Lecz gorszą, wojsko, pastwą, wodzów kłótni
Bywało – którzy celu swego, butni
Zabyli, walcząc z sobą o pierwszeństwo
Kto głową będzie!... o! a o męczeństwo
I o pierwszeństwo do walki nam było
Walczyć, a wróg by runął naszą siłą!...
Biedni – zabyli – że tam gdzie cel bratni
Wszyscy wybrani i nikt tam ostatni!...
Gdy nam w oddali Jeruzalem szczyty
Błysnęły, w jasne odziane błękity,

To wojsko o ziem padło, i w radości
Płakało, jakby dziecię, co w żałości
Umarłą matkę ujrzało raz jeszcze –
Ha! i znów zawrzał ten zapał młodości
Co zmartwychwstania wywołuje dreszcze
I budzi ludy z niewoli ciemności!...
Jeźli nie znikczemniały ciemności!...
Jedna cześć wojska pod wodzą Godfreda, [12][13]
Część pod Raymondem [14] [15] była rozłożona
Na czele także w bitwach pierś Tankreda. [16][17]
Błyskała – i miecz ognisty Hugona [18][19] ...
Lecz bez narzędzi oblężniczych, całe
Wojsko pielgrzymów, (zadanie!) szalone
Miało, szturmować miasto spotężniałe
W bronie wszelakie, w żywność opatrzone
Obroną wściekłej rozpaczy bronione – –
Wreszcie brak wody i słońca upały
Bardziej szkodziły nam – niż Turków strzały…
Tak oblegając miasto dni trzydzieści
Po wielkiem, wściekłym – lwim – szturmie dwudniowym
Upadła twierdza z rozpaczą boleści,
Półksiężyc runął przy krzyżowej surmie,
Co wrzasła ze stu piersi strasznym rykiem
I sztandar krzyża powiał minaretów,
W płomienie runął gruz dumnych meczetów
A lud nasz dziki, zwycięztwem pijany
Mszczący swe trudy, gniewem rozkiełzany,
Rzucił się paląc, burząc i mordując,
Po całem mieście mszcząc się i rabując.
Biada! oślepli – na zdobyty Boga
Grób – co niestracił miłości dla wroga –
Przeto zaćmiło mi się przed oczyma
Padłem przy grobie bardzo rozbolały
l siła moja, młodzieńca olbrzyma
Poczęła łamać się, gdy skowytały

W kołomnie wrzaski tych, co zwyciężono
Gdy nad zwyciężonemi – się pastwiono –
Po wałach trupów Godfred wszedł na wały
U zbawiciela grobu padł ze łzami,
Pomścił go dziko krwią Turków, zdziczały,
I długo płakał z swemi rycerzami –
Tam krzyżem legliśmy – a gdyśmy wstali
Rycerze królem go już powitali,
Lecz rzekł: «niegodzien ja nosić korony
«Tu – gdzie grób w ciernie stoi uświęcony
«A zbawca świata którego królestwo
«Nie z tego świata, niósł cierni koronę
«Nad światy piekieł i niebios jestestwo
Niech imię jego będzie wysławione!...»
Wtedym się rzucił w objęcie Godfreda
I rzekł: Niech zmarnieć twemu dziełu nieda
Bóg ten wszechmocny!...
Ja wracam do Rzymu
Nieść o zwycięztwie wieść –
O! nie dla dymu
Sławy, co kopci najśnieżniejszą cnotę,
Dymu co kopci męczeństwa ółtarze
I nieraz hańbi tych których pomaże –
Lecz dla radości idę!...
............
............
Na Golgotę
Poszedłem płakać – na oliwną górę,
I wspominałem tam – Syonu córę,
W zdrojach Cedronu obmyłem me oczy
I całowałem pył ziemi proroczej!...
I tam Waltera płakałem, co z góry
Patrzył na dzień ten – wielki – orlopióry!...
O! szkoda tylko – że z grobem Chrystusa
Oni tu ziemski cel sobie zdobyli!...
I nim na wieki swe dzieło skazili
Że po raz drugi świat wołał Jezusa...

............
............
............
............
I poszli rządzić! ............
............
. . . . . . . . . . . .
Garstka mych rycerzy
Niechciała puścić mnie z swego ogniwa,
Lecz się wydarłem – chyżej niż wiatr bieży,
Koń mnie precz uniósł!... na wiatr jego grzywa!
Odwrócić twarzy za siebie nieśmiałem –
Ja co krzyżowych wojen ziarno siałem!...
............
Pojrzę wśród drogi –
Pielgrzym jakiś idzie –
Zkąd droga bracie? Z Rzymu w święte skały! –
Idź! Idź! Pielgrzymi już nie cierpią w biedzie,
Bo tam otwarta droga Betleemu
Na skał tam tronie gdzie turbany wiały,
Dziś Godfred Panem – a z Jeruzalemu
Wyciąga dłonie bratnie – wam pielgrzymie!...
A na zachodzie? A co słychać w Rzymie?...
W Rzymie?
Rzym grubą okryty żałobą
Modli się płacząc!...
Przebóg!.. za kim bracie?...
Za Piotrem Mnichem co poległ –
Ja z tobą!...
Ja Piotr! Jam żyw – i dążę ku mej chacie! –
A Papież Urban, czy nam gołąb zdrowy?...
Zawsze włos biały jasne czoło kryje? –
Papież!... już od dwóch miesięcy – nieżyje,
 Wieść o twym skonie starość mu skończyła,
A w Rzymie smutna godzina wybiła…

A więc poszedłem – na Urbana grobie
W Rzymie, nieznany, cicho się modliłem

Ojcze!... przyszedłem tu sprawić się tobie
Że polecenia Twego niezmarniłem!...
Potem spojrzawszy raz jeszcze ze łzami
Na Rzym –
Wyszedłem z Rzymu – ruinami!...

A idąc długo – wreszcie usłyszałem
Szum tych wód zdala – i skały ujrzałem –
Patrzę – przychodzę – po moim szałasie
Te same bluszcze wiją się dokoła,
I moja lama spokojnie się pasie –
A jakaś cisza do dumania woła…
I grzmią z skał wody –
Jak o dawnym czasie –
Walter!... krzyknąłem!... i odgłos odśpiewał –
A ciszy anioł nademną przewiewał…
O dziwnie smętne te życia koleje
Gdzie radość płacze – boleść się śmieje,
Żadnej na ziemi ’m nie kochał kobiety
Bom jego duszę tak ukochał duszą
Że nic już po nim niemiało zalety
W sercu mem – aż go tu wieki rozkruszą!...
Ty nad miłością tą, o! duchu święty
Musiałeś płakać gołębiemi łzami
Odkąd jam czarny jak noc – i przeklęty
Bom się własnymi spalił piorunami!...
A więc łzę z oczu, pot otarłem z czoła
I tu chwil resztę na wieczności progu
Przedumam w duchu –
O mym stwórcy – Bogu!...

Jam długo patrzył w lica apostoła,
Który wzrok wznosił do gwiazd kołowrotu…
Wreszciem się porwał jak orzeł do lotu,
Ucałowałem dziką starca szatę
I poleciałem –
Na nową krucyatę!...

(R. 1854. Kraków.)


PUSTELNIK URYCZA.

POEMA Z XI WIEKU.


SŁOWO O URYCZU.

Poema niniejsze, cząstką tylko osnute na domysłach i doławianiach wieści gminnej – oddaliła się ona już z tamtąd, zamarła czy skamieniała z czasem: że w skałach raczej niż miedzy ludźmi pytać o nią myśli młodej – bo tam i konające echo nie często odjęknie na ducha zapytanie. Szuka więc tutaj doprzędła kilka myśli, natura dorzuciła kilka kwiatów – bo geniusz co strzeże skarbów – jest niemy… Czasem jeszcze wieść gminna, jak spłoszona Rusałka, wysunie urocze lica z za grubych mgieł przeszłości – cudowną łanią pędzi i sadzi nad zdrojów spadające piany w bór tajemniczy coraz gęstszy i czarniejszy – czasem stanie nad przepaścią i zadyszana obejrzy się gazellowych oczu smętnym błyskiem za goniącym myśliwcem – i znów nad tęcze kaskad wiszące u skalistych borów, spina się – i skokiem do reszty niknie w odległych wieków przestworzu … zkąd ją tylko zaduma wywołać, a natchnienie zakląć i pieśnią przywołać zdolne – bo geniusz co strzeże zaklętych skarbów – jest niemy! –
Zdziczałe ustronia skał Urycza obok całego uroku jakim czarują, wleką myśl w jakieś odległe czasy przeszłości… Pamięć ich lud długo przechowywał w skarbcu podań swoich – tulił jak matka co chucha na swe niemowlę – ale ona już słabną – i gdy zginąć miały, wyobraził je sobie pod figurą czy mytem skarbów zagrzebanych w skałach, o których niekiedy baje przy tęsknych wieczornicach w ciemnej atmosferze kurnych chat swoich… Zdarzyło mi się natrafić jednego tylko starca górala, który siedząc za mną na skałach, na ich widok wspomniał opowiadania, jakie słyszał niegdyś od starca – pradziada swego, któremu je pradziad jego zapewne przekazał – wspomnienia te z chłopięcych lat górala, opiewały głównie o jakichś tam skarbach, o jakimś wodzu czy królu obozem w tych miejscach przebywającym – głównie zaś o jakimś zbiegu przed wieki tam się przechowującym – okopał on się tam wedle podań wałem, i osłonił murem którego szczątki dotąd sterczą, mur ten miał go kryć od oczu ludzkich, pocisków i kamieni, które nań w ucieczce miotano – ale to wszystko bardzo odległej sięgało epoki – mówił on, że te miejsca były mocno warowne – i oblane stawami – których śladów niemaż, a z powodu położenia istnienie ich jest lo[g]icznie nieprzypuszczalnym. – Postać ta, zostawiona fantazyi ludu i dyskrecyi bających o niej pokoleń zmienić się musiała. – Lud zwie ją tam dotąd słowem: Nepewnyj – albo Sołodywyj muniek – (to jest mnich z ropiącą się głową?) – Czasem i w dumkach pacholęcych co ulatują z wichrami Karpat nad pasące się po dolinach trzody, schwycić by można kilka promieni ciskajacych światło w tę ciemność podań ludu naszego… Że te miejsca nieraz bywały przemieszkiwaniem człowieka, świadczą wykute pieczary: ale żadnej myśli czasowej w tych pracach niedopatrzeć – surowe dłuto potrzeby i konieczności – – nic nad to – później mogły te jaskinie być schronieniem mnichów pustelnych, a wreszcie – opryszków żywych w tradycyi ludu i najplastyczniej przechowywanych. – Stare kroniki, ani nowsi historiografii nie dają nic, coby na jakie domniemanie naprowadzało. – Pewnikiem jest, ze Kazimierz wielki wzniósł zamek: «Tustań» będący na najstarszych mappach, ale zamek ten stał we wsi do dziś Tustanowice zwanej, a od Urycza dość odległej. – Nazwisko Urycz czy od uroku, czy według trafnej hipotezy Szajnochy od: Uhrów, Węgrów, ku których zbliżony granicy i mógł być przez nich lub przeciw nim fortyfikowanym, zwraca także dzikością brzmienia na siebie uwagę badacza. – Rozerwane te wieści jak perły nanizałem na sznur myśli – zadumałem się nad niemi – dały mi wiele do myślenia i później wydały się perłami korony królewskiej, i nasunęły postać króla pustelnika. – – Niepodobnego nic w tem niewidzę nawet mimo kamienia w Ossiaku – a dla nas – ? cóż prostszego nad Piasta króla – banitę – uchodzącego po groźbie Rzymskiej, z dworu Węgierskiego a pragnącego na tem pograniczu ziemi ojczystej – przynajmniej dać odpocząć skołatanym kościom i złożyć je łani w cichości!... Co da mytu powieści, wpatrzywszy się w przeszłość naszą, kto ma oczy, ujrzy zaiste całą wielkość tych dwu postaci. – Piastowska przeszłość w śnieżnej szacie Lewitów wybrana już i święta, choć się jej zaparł Bolesław – przez świętość swoją pojednywa go z prawdą wieków. – Ustronie to dzikie i nad wszelkie słowo wspaniałe jest jedną z drogich pereł ziemi naszej, tem droższą, że mało znaną. – Lica tej części Rusi czarują! – Wielki mur Cyklopejski, dziki i mamutowego chaosu pełen – dążący od jednej części skał szeregiem brył granitowych nad rozległe wąwozy i doliny, zadziwia i zachwyca oko. W tych tajemniczych ustroniach, stanowiących z skał, niejako tryumfalną bramę natury do tej części Karpat – szumiących we mgłach błękitu chórem prastarych borów sosnowych, wieczną pieśń wieków – mimowolnie przypominają się mytyczne podania Czarnogórców o ich górach: [20] «Że kiedy stwarzając świat – tu i tam, w przyszłych posadach jego, zakładał głazy węgielne, które niósł w wielkim worze – w jednem miejscu wór przedarł się, a granitowe bryły wysypały się, spadając w olbrzymim nieładzie i trzęsieniu ziemi jedne na drugie...»
Dziś – czas utrwalił spoczynek tych skał – spadające z nich w otchłań po mchów zieleni, górskie potoki, tryskające z pian tęcze jak anielskie mosty otchłani, szum borów wiecznie zielonych, i serca współbraci godne wieczną zielenieć nadzieją – niech dośpiewają pieśni, kędy ją zrywa lutnia człowiecza!...
(Truskawiec. 1654.)


PUSTELNIK URYCZA.

 
............
Wiele – tłum wspomnień unoszę po sobie –
Sławę … i zbrodni przebieżone stopnie –
I krew
O! sława, sława! – to okropnie!...
Stać jako posąg na ojczyzny grobie!...
SŁOWACKI. LAMBRO.
. . . . . . . Panem snów na ziemi,
Był w on czas księżyc – gwiazdy – ! a nad niemi,
Pieśń słowicza Panią. – O! bo jeźli kwiaty
Mają sny – to śniły pieśni ptasiej czucia
I wonią dawały je mgłom – te w rozwiewne szaty
Stroiły treść pieśni wyjętą ze snów tych osnuci –
A we mgle zbierał je księżyc –
Po błękitów toni
Płynęły gwiazdem jasne – we mgle –
Kwiatów woni…
X. X.
Ach! i lilie! tak niewiernie
Opadły ze skroni!...
A. Z.


WSTĘP.

Szumcie mi szumcie! nasze stare lasy,
Huczcie potoki po górach spienione
Jak orły z szczytów w otchłań rozpędzone
Jak dzień mej pieni i mej pieśni czasy
Zamierszchłe, dawno w dziejowej otchłani;
Milczące świętem zaklęciem od wieku –
Byś się w ich lica wpatrywał człowieku,
Byś się w twej ziemi obraz zapatrywał...
I rysach życia iskry odgadywał –
Szumcie mi głośno! czy w pogwizdach burzy
Rykiem piorunów i echem rozgrzmotów,

Czy w szmerze listków – co flet cichy wtórzy,
Trzmielenie wasze – jam rozumieć gotów – –
Bo co głos ludu w wiekach konający
Uchu mojemu nie dopieśni smutny,
Co dzwon cerkiewki, jęczący , pokutny
Sercu mojemu, sercem nie oddzwoni,
To dopowiecie – wy! duszy milczącej
Co nad grobami stólecia łzy roni!...
Szumcie mi szumcie, wy Karpackie bory!
Z arfą mą tęskną, na Wyczu siędę
Myślą w te czarne znużywszy się nory
Wzlecę z nich ptakiem – i pieśń śpiewać będę...
I sięgną, w duszy mej ciche głębiny
A z nich pajęczą nić krwawą wyprzędę,
Pająkiem po niej przez wieków szczeliny
Zbiegnę po strunach, i na skrzydłach pieśni
W mgły te polecę – gdzie tęskiej, boleśniej
Do ojców moich w rozdźwięki tułacze
Zawołam:
«Polska!...»
Niźli orzeł kracze,
Kiedy mu gniazdo przechodzeń rozwali
A żadne z orląt – życia nieocali –
Z orlerni szpony – i orlę rozpaczą...
Nie będę arfy mej głaskał palcami,
Będę ją szarpał orlemi szponami,
By była dziką pieśń, jak górskie syny,
Jak wiek co skonał ze swojemi czyny...
A dziś witajcie mi olbrzymów cienie
O których słyszę w szumie starej sosny
I w dniach omglonych mej porannej wiosny
Dumam, w tęsknocie szląc ciężkie westchnienie,
Mej smutnej duszy w przeszłości obszary –
A co mi ciemne, to pochodnią wiary
Rozświecę jasno w otchłaniach przed sobą –
Z wami ożyję – i skonam żałobą!...
Bo waszą myślą wzrósłem smutne dziecię,
Wśród borów sosen, których szum żałosny

W ciemnych godzinach życia mego wiosny
Wskrzesił w mej duszy orli krzyk radosny
A za nim wtóre, nieśmiertelne życie!

I.

Jak myśl Jehowy w kamienie wcielona,
Jak skamieniała w chwilach burzy chmura
Skała Uryczu dzika i ponura
Sterczy wśród borów wiekiem nieschylona...
I twardą piersią jak orlica płowa
Urasta w górę i w błękity goni,
Gdzie w jasnych chmurach ciemne czoło chowa,
Podobna kształtem do błagalnej dłoni –
Jak błagalnica gromów, co uderzyć
Mają na Polskę, by w nią uderzyły!...
Zieloną wiecznie barwą godna wierzyć
Choć jest jak ludu nadgrobek mogiły...
I na jej czoło piorun zwił koronę
Ucałowanej, w burz północną łónę...
I po jej czole przebiegły szeregi
Chmur rannej zorzy i promieni krocie
Złamało słońce, gdy jasnemi ściegi
W lot pierszchającej urąga ciemnocie…
A u podnóża w miękkiej mchów pościeli
Dyszące zdroje wężykiem się zbiegły,
Aż znikły w ciemnych przepaści gardzieli,
Jak długie wieki co u stóp jej legły...
Nim bory sosen wiecznym wieńcem w koło
Od stóp ją szatą owiały godową...
I w burzach wieków pomarszczone czoło
Koroną wiecznie oplotły majową –
Gdy na jej piersi dum zdziczałe nuty
Jęczy duch wichrów, jak Prometei skuty!...
Odtąd nie jedne boje i napady
Odparła Polska chrobrej piersi murem
Nie jedne gwałty, pożogi i zdrady —
Jednak nie smutnym zawodziła chórem,

«Boga Rodzica!
Dziewica!...»
Lecz dziś?...
Tak cicho – grobowo do koła,
Ledwie w obłoku szary kruk zakracze
Ledwie piosenka pastusza od sioła –
Przed lasy głosem fujarki zapłacze…
Bo lud ten dzielny, lud bojem sławiony
Jakby z wielkiego snu przykro zbudzony
Dziś smutną myślą i pieśnią spoczywa
Gdy swej przeszłości tak tęskno przygrywa…
Otoć nie dawno Chrobry złożył głowę
I zasępione orły narodowe,
I zgasło wielkie słońce Słowiańszczyzny,
Po nim syn słaby jął berło ojcowe –
Lecz go w potrzebie niedźwignął ojczyzny
Boć biada temu, kto niechrobry w duchu,
A berło Chrobry chce dzierżyć w posłuchu!...
I długo Polska orlica stęskniona
Po Chrobrym wdowa, swe piersi szarpała,
Pożogą niezgód słaba i znędzniała
Sięgła za morze, gdzie w cudze ramiona
Oddane, rosło pacholę Piastowa,
Jak cichy kwiatek co na cudzej niwie
Tęsknie pochylił młodą skroń Majową
I k’Polsce smutny, poglądał życzliwie –
Owoż Polacy kwiat on pod swe niebo
Przenieśli z cichej klasztornej ustroni;
Aż się rozwinął i życia potrzebą
Jako dąb porósł na Ojczystej błoni –
A za nim cała Polska wzniosła głowę
Jakby ją wskrzesił i cale odnowił
Że się znów w szaty oblekła godowe
I stały smutne ludy znowu zdrowe
Kiedy je prawy ojciec ich pozdrowił –
Po całej Polsce głos już jeden płynie,
«Witajże witaj, miły hospodynie!...»

I nowy błysnął nad Lechią dzień chwały –
Gdy Kaźmierzowe lata upływały,
Młody Bolesław jak lew piersią dzielną
Rósł – i swe skrzydła przyuczał do lotu
Miecz ostrzył chwały żądzą nieśmiertelną
Co miała wyróść – do gwiazd kołowrotu!...
Ludu mój! Ludu! przebóg cóż za siła
Z tej wysokości wodza ci strąciła…
Że za nim w żalu i niemej zgryzocie
Runąłeś krzyżem, ziem w twej niedoli,
Że się targnąłeś w krwawym czoła pocie,
Tam ugodzony – gdzie najwięcej boli!...
Oto dziś smutek cichością i kirem
Zewsząd dymami wlecze się po tobie,
Nawet niezalśni słońce światłem szczerem
Ale się kryje gdzieś za mgły w żałobie...
Czyż słońcu smutno nad tobą – ty prawy
Ludu Piastowy tak poczciwej sławy?. .
Czyliż mu straszno nad tobą – o święty
Ludu z praojców, ludu dziś – przeklęty?...
Smutno zaiste –
Boć twoje anioły
Płacząc, nad tobą klęsk roznoszą hasła,
Upada bydło i płoną stodoły
Wstał mur, gdy łóna jeszcze nieprzygasła –
Biada! o biada! ty Lacka kraino! –
Gdyby Cię teraz twój Chrobry zaoczył,
Mieczby potrzaskał i z miecza drużyną
Bez głosu w ojców grób by się zatoczył…
Bo twoje dzieci błądzą jak sieroty,
Młodzieńcy twoje posmutniały hoże,
Dziewice twoje rozplotły włos złoty –
I wszystko, wszystko idzie na bezdroże!...
Lecz kędysz sprawca twoich klęsk i śmierci,
On młody rycerz, Śmiały twój, twa chluba?...
Jakąż mu karę; przyniósł miecz Cheruba
Robak sumienia, sercaż mu nietoczy?...
Ducha najgłębszych głębi nie przewierci?...

Gdzie jego oręż? czy w krwi wroga broczy?
Gdzie jego hufców piorunowe strzały?...
O Polsko! Polsko gdzie Bolesław Śmiały?...
Od czasu zbrodni, w sromie i bezcześci
Przepadł – jak kamień w jeziorze – bez wieści!...
I jedni dzieją, że w klasztorne mury
Utonął, mnisze przebłagać kaptury,
Inni że dzik rozpaczą zbór gnany
Od psów na łowach został rozszarpany,
I słychać jeszcze że w dalekie strony
Poszedł do króla Węgierskiej ziemicy
Szukać gościny, wygnan z swej stolicy –
Ale i ztamtąd w krótce wydalony
Przepadł – nikt niewie w jakie świata strony?...

II.

Urycz od ludu jak pamiątka czczony
Dawniej pogańskie mieszkały w nim Bogi,
I wiek uświęcił te skaliste progi –
Lecz dziś – od ludu z trwogą opuszczony?...
Ni tam pasterze ze swojemi trzody
Bieżą nad skały i lasy i wody,
Ni tam myśliwiec zabrnie mimochodem,
Ni zwierz zabłądzi – ni pszczoła miodem
Zaleci nawet – boć od dawna głucho
Pomiędzy ludźmi dzikie krążą wieści,
Nie jeden świadkiem na oko i ucho,
Że strach w Uryczu pieczarze się mieści –
Nigdy w dzień wprawdzie (chyba jeźli burza!)
Tam się niejawi straszliwe widziadło,
Cicho – i cicho – kwitnie dzika róża,
Kilka płaczących brzóz pod skałą siadło,
A w dali rzewnie fletują pasterze
Nucą dziewczęta i oracz ponuca,
Lecz ledwo ziemia zmierszchem się zasmuca

Z skał miesiąc wstanie, wzlecą nietoperze,
Wnet z szmerem liścia jakaś postać dzika
Z szczytów Uryczu, stąpa, nad lasami,
Z pieczar się kędyś niewidnie wymyka
Na skałach głowę wspiera, ramionami
Czy piorun bije, czy drzewa się, walą
On wiecznie niemy – bez głosu i trwogi
Śmierci urąga jako duch złowrogi;
Straszny ma uśmiech na ustach spalonych
Ni mu się oczy wpadłe łzą krzysztalą
Ni głos z wrót piersi wzleci zatrzaśnionych...
I lud się żegna przed strachem pomoru,
Co mir mu jego zniszczył od tej chwili,
Jak na Uryczu osowiał wśród boru!...
I lud do Boga skarg modlitwą kwili,
By zmiótł to widmo klęski i postrachu,
Ilekroć dzwonek na Cerkiewnym dachu
Zapłacze wieczór!...
Duch li to czy człowiek?
Niewiem! wieść niesie że w kruczej odzieży
Jak trup na skałach, po nocach on leży,
Lecz nie upada łza z ognistych powiek,
Bo patrzy z góry, i po ziemi toczy
Iskrzące – zgasłe – obłąkane oczy –
Że długa broda spływa mu do ziemi
I włos w nieładzie zwił się po ramionach,
Jak gniazdo węży...
A nieraz wśród nocy
Na skałach bucha jaskrawe ognisko
I łona w niebo bije z całej mocy –
I drzewo trzaska – a lud jak mrowisko
Zbiega się w dali i żegna się w Bogu,
By to oddalił od tej ziemi progu
A wtedy słychać jak starce i wdowy
Klną głośno swemu zbiegłemu królowi,
Jak lud zrozpaczon wśród pomoru kona,
Gdy w krwi kałużach Piastowa korona
Legła mu u stóp, a już niema dłoni

Coby ja wzniesła!...
I już nie ma skroni
Coby ją zniosła!...
Straszneż straszne dzieje!
Czasem głos jakiś tak dziko się śmieje,
Jak końskie rżenie lub jęki pu[c]haczy
Ni to pieśń głośna szału i rozpaczy…
Że drzewa milkną – a wzruszone skały
Echem i rosą jak dzieci płakały!...
I lud zapłakał nieraz – mimowoli!...
Niewiedząc czemu, w litości z tej doli –
Słysząc lamentów głos, urwany, smutny
W śmiech obłąkania zlany śpiew pokutny… – –
Lud go «Niepewnym»
Zwał.
Bo sam niewiedział,
Czy duch, czy człowiek siadł tam u gór szczytu,
I aż najwyżej tam w ukryciu siedział
Dzień cały – kędy nikną u błękitu…
A na noc tylko z ptaki wieczornemi
Wychodził na świat i patrzył po ziemi,
Ale ktokolwiek zoczył go z daleka
Żegna się, płacze i z boru ucieka –
Boć znaczno zaraz, ze nie duch, nie święty
Ale że człowiek straszny – czy przeklęty?...
Nad wszelkie duchy dzikszy i straszniejszy,
Nad wszelkie noce i burze czarniejszy…
Murem swe skały opasał do koła,
Osadził w drzewa i tajemne zioła,
Co się po skałach wężem obwijały
I z siebie grona krwi pełne dawały –
W pieczarach osiadł – tu mu biegło życie
Jak ptak ponocny – jak kret – grobów dziecię!
Kto go raz ujrzy – o! snadno z tej twarzy
Jak z księgi wieszczka cos strasznego czyta,
Bo jasna przeszłość tam się węglem żarzy,
Ale rumieniec na niej nie wykwita –
I żaden promień, dziś tam – już nie świta!...

I w piersi jego już ciemno na wieki,
Że błądzi szkielet a błędne powieki
Ciska do koła – czasem się na skale
Wesprze i patrzy w przepaści niedbale –
Jakby się strącić myślał w ich głębiny
Jakby je błagał, by go pochłonęły,
Czasem się rzuci – i wznosi ramiona
W niebo, lecz oczu nigdy nie podnosi,
Snać że próchnieje zgryzotą u łona
Lecz dumny – z nikąd litości nie prosi!...

III.

W pośrodku jaru ciemne groty stoją,
Piętrzą się skały i patrzą w padoły
A skroń ich sosny gerlandami stroją;
Z daleka bory – wody – i rozdoły –
W jaskini wielkiej tam ognisko płonie
Sosna pionowo wsparta o sklepienie
Jak słup szatański gore – w ogniskach tonie
A w koło syczą żmii mniejszych płomienie. –
Bucha ognisko rozwianych płomieni
Co sycząc sklepów czarną wilgoć liżą,
Jak gniazdo węży w milionach pierścieni
A wąż największy wstał, i głową chyżo
Trzepiąc swych jadów skry sypie po ziemi
I strzelił dziko, trzask leci głęboko
I warkocz dymu rozwiewa szeroko!...
O nocy krwawo, płomień bije w ściany
A mech do kola na głazach rozsłany,
A na mchu postać –
To człowiek – uśpiony!
Śpi twardo, strasznie –
Przy nim zasępiony
Sokół na jednej nodze u ogniska
Jak gdyby czekał czy mu zdobycz blizka…
Wierny – lecz wiekiem biedak oślepiony!

Stoi w stronę swego Pana,
Nastrzępił pióra – i skrzydła wzniósł srodze
Jak gdyby widział, że postać zerwana
Jakaś ku Panu kroczy ... on przeczuwa
I dziob roztwiera i szpony rozsuwa –
Jakby na zdobycz wzlatał po chmur drodze –
Tu przy tym ogniu samotnik złożony
Na mchu skał dzikich przepędza swe lata,
Piersiami Karpat zewsząd osłoniony
Od wszystkich ludzi – i od reszty świata...
Spójrzeć a widzieć, że on siostry, brata
Nie ma pod słońcem i że mu mogiłą
Skryły się czucia – jak gdyby dla niego
To słońce jasne, piękne nieświeciło
Jak gdyby nie był...
Kto spójrzy w twarz jego?...
Kto się ośmieli w tych bruzdach żałości
Pytać o przeszłość, tych wychudłych kości
Z zapadłych oczu, co się już omgliły
Jak jasne gwiazdy – co niegdyś – świeciły?...
O! litość tylko ośmieli źrenicę,
Aby spotkały tę czarną tęsknicę
I miłość tylko –
Prócz zbrodni wysoko
Takiej źrenicy spójrzy – oko w oko…
I Polak tylko pójrzy w te oblicze,
By się użalić nad zgryzotą brata,
Co miał dni jasne, potem dni zbrodnicze,
Błysnął – i zgasnął z dróg słonecznych świata!...
Któż z was Polacy spójrzy w martwe lica
A niewyczyta, w tej chwili, w tym wieku
W tym cieniu grobów żyjącym człowieku...
Zazna rodaka, dziedzica tej ziemi –
A dzisiaj tylko – brata nieszczęsnego?...
Kto w nim niepozna Piasta.... króla swego
A dzisiaj tylko – brata nieszczęsnego?...
I niezapłacze nad nim łzy gorzkiemi –
Lecz on na pomoc gorzko się uśmiecha
Klnie takiej myśli – ah! on tylko wzdycha

Ze snem żelaznym co trwa wieczność całą,
Niemy – i dawną opleciony chwałą...
Tu pragnie ciszy grobów – takiej ciszy
Co sama siebie nie czuje – nie słyszy!...
Ale sen jego dalszym niepokojem
Gorszym od jawu duchowym rozstrojem…
Coraz to silniej ognisko w dym bucha
I liże skały, i sypie iskrami,
A on na głazach ze swemi myślami
Leży w milczeniu a myśl jego głucha –
O skał sklepienie,
Biją płomienie,
A górą czarne dymy ulatują
Jak dzikie duchy co w cieniach kołują!...
Bo piersi jego stały się jak wrota
Już zatrzasnęła je duszy sromota
A w sercu króla szatany królują…
Chociaż uśpiony, chwilą legł na głazach
Płomień po bladej strasznie świetli twarzy
Snać sen okropny w duchu mu się marzy,
Bo pobladł trupem – dusza gdzieś na jarach
Piekielnych spada w czeluście płomienia! [21]
W straszliwe kraje męki i zwątpienia –
Bo on bez ruchu zerwałby się – wolą
Snać wszystkie żyły drgają – czucia bolą,
Bo śniadość lica krwią zabiegła cała;
To znów pobladła!... ręce zaciśnięte
W dwie pięści prężą się – i usta ścięte! –
A tam od skały w śnie ... ha!
Mara biała
Wstaje z ciemności i sunie ku niemu,
Cała w żelazie, z orężem szczerbatym,
Z okiem bijącem w śpiącego, śpiącemu
Złorzeczy niemo … i cichych snów światem
Sunie ku niemu a jej groźne oczy
Jak węgle palą go ... on dumnie kroczy,

Idzie na niego!...
O! w takiej postaci
Polska «Chrobrego» ongi widywała,
Kiedy na czole rozpędzonej braci
Taranem mury gruchał … gdy chwała
Sztandarem Polskim wśród powietrza grała,
On się posuwa – dalej – ku śpięcemu
Wyciągnął ręce – jakby do przekleństwa,
I coś miał wygrzmieć...
Straszno uśpionemu,
Co czekał kiedyś słów błogosławieństwa
W sędziwych leciech, bojach i bitwach
Po szturmach zwycięztw, i wrogów gonitwach...
Postać się sunie – tak prosto – tak hardo –
Gniewna a w oku nie znać przebaczenia,
Jak gdyby serce było skałą twardą,
I wiecznie tkwiło w krainach – z kamienia!...
On chce przeklinać!...
Ale tam cień drugi
Śnieżny jak anioł jasny w świateł strugi
Jak białoskrzydła orlica szponami
Co się na zdobycz ciska gromu siłą,
Tak Ona spadła swemi ramionami
Na cień Chrobrego, jasnem okiem błyska,
I gniew zdąsanej hamuje postaci –
Senny się wstrząsnął, jękł – kłoda prysnęła –
On rozwarł oko – i jako wąż się ciska –
Zakrzyknął! Chrobry! nieprzeklinaj braci!...
Co się już sama swym czynem przeklęta!...
Przeciera czoło – chwycił krzyż kościany,
Co miał na piersi, ciśnie w drżące dłonie,
Płomień przygasa – a on wrące skronie
Ciśnie do skały – i z ust krople piany
Z czoła pot zimny, zdrętwiały ociera,
Bo wszelka siła w sercu mu zamiera
Na to wspomnienie Polski bolejącej...
Co w śnie Chrobrego przekleństwa cofnęło!...
Zerwał się ze mchu –

Od dworu łysnęło!...
I wybiegł z groty coraz ciemniejącej. –

IV.

Noc już zapadła nad Lachów krainę
I stary Urycz niemo wśród gór stoi,
Ni liść niezadrży – tylko z górskich zdroi
Słychać huk głośny jak z rozpędem płyną
Kto tam u szczytu na najwyższej skale
Stanął, gdzie orły samotnie siadają?...
Gdy na wschód słońca w chłodzie mgły czekają?...
Czyliż o życie niedba, że niedbale
Pogląda w głębie, gdzie fale spadają?...
Szczyt tonie w chmurach, co lecą z wichrami
A na nim postać obleczona mgłami
Zda się czy duma, czy po ziemi toczy
Wzrok obłąkany szalonemi oczy…
Księżyc z za Karpat wysunął się – błysnął,
Kilka promyków w twarz tę bladą cisnął,
Ha! snać że lica żywe – twarz człowieka
Lecz od tej twarzy niech każdy ucieka
By się jej smutkiem niepowlókł na wieki!
O! czy się uląkł księżyc tej powieki? –
Bo drżący, blady, posunął się w górę
I lica tęskne osłonił za chmurę...
Tam szeptać gwiazdom jaka twarz ta dzika
Króla wygnańca, a dziś – pustelnika...
Do koła cicho – na ziemi jak w grobie,
Umilkły wichry, to cisza przed burzą,
Wkrótce się zbudzą o północnej dobie
I głośnym rykiem gromy im zawtórzą,
Na wozie wichrów pchnięte, za chmurami
Już lecą chmury przetkane gwiazdami,
Wśród nich nów blady ugania za mgłami –
I zakwefiony niknie gdzieś w oddali...
I błyskawica wypadła z chmur fali –
Świat gór i lasów błysnął oświecony

I znowu zapadł w ciemności północy
Znów cisza grobów – a z dali zbudzony
Grzmot ryknął w chmurach i piorun jak z procy
Szatana przemknął po cieniów krainie –
Tu wstały wiatry i zatrzęsły borem
A deszcz kroplisty lunął z całej mocy
Rzucany wichrem srebr[n]emi kolumny
W blasku księżyca –
Burzy rozhoworem
Zadrżała ziemia – targa się bór dumny
Z wichrem – niesłychać już zdroju co płynie,
Walą się buki, stare dęby szumią,
Głucho wiatr wyje po skrytych jaskiniach,
W górach rozgrzmoty huczce się tłumią
Ginąc – się rodzą w otchłannych głębinach
Zwierz się w swej norze – tuli po dolinach! –
Jest chwila, kiedy piorun ma uderzyć,
Wtedy się ziemia cała zdaje nieżyć
A po rozgrzmieniu jasnej błyskawicy
Co ziarnem pada w otchłanie ciemnicy,
Znów huczy burza, wodospady grają
Grzmiąc dęby w przepaść ze skał się staczają –
Wtedy jak Urra! wrzasną wszystkie drzewa
I chmury liści wiatr niesie, porywa,
A tam – On! w górze pustelnik Urycza!
Co całe piekło w piersi swojej nosi,
Kiedy grom ryknie. – On czoło podnosi,
Stępa ku górze – i śniade oblicza
Toczy po świecie – jakby błagał gromu,
By weń uderzył na koniec dni w tłomu
Wsparty żylastą dłonią u wiszaru [22]
Chwycił się dębu starego konaru
I patrzył w burze, której błyskawice
Niosły mu ulgę, rozjaśniały lice;
W nich słyszał głos minione, bojowe,
W nich hałas szturmu i pieśni godowe,
Hymny tryumfu, śmiechy obłąkania
Krzyki zdobywców, pobitych konania –

Lecąc wspomnieniem po nad dni swych losem,
Tak głos swej duszy łączy z burzy głosem:

V.

«Gdzie ciemność nocy i cisza grobowa
«W zaklętych głazów oblekła się mury,
« Zwlókłem me kości dziki i ponury,
«Tam jak w dno piekła myśl się moja chowa.
«Wtóruj mi burzo! głos twoje lubię –
«Niemi głos zgryzot na chwile zagubię,
«Niemi zapomnę o świecie i sobie
«Żyjąc piorunów życiem w krótkiej dobie!...
«Jam był jak piorun co błysnął ze szczytu
«I cichej ziemi ogrzmiał swe zjawienie,
«By zgasnąć w cieniach u sklepów błękitu
«Runąć w dno bezdni na wieczne milczenie –
«Krukom na wrzaski, na żmij potępienie
«Ale na ścierwo orłom – co w przestrzenie
«Rozniosę kości me po wielkich górach,
«Jak na ołtarzach ziemi, co się w chmurach
«Gubię, a jeźli giną to od gromu
«W pośród błyskawic niebieskiego domu!...
«Mniejsza o życie! o śmierć! o świat cały!...
«Czy od człowieka zginę, czy od Boga!
«Bóg mój odwrócił się od mego proga
«Jak ja od niego, pyszny i zuchwały –
«On nieprzebaczy już czynu mej zbrodni
«Bo tam ma jasne męczennika cienie,
«A tutaj klątwy ludu – i sumienie –
«Co pali serce gorzej od pochodni –
«Bijcie pioruny! bijcie w czoło moje!
«W tej piersi wszystko na boleść się sprzęgło,
«Bijcie pioruny bijcie w czoło moje!
«Wszakże rzuciłem ojców dzielne zbroje,
«Złamałem oręż i tu ciche życie

«Pędzę pu[c]haczy król – bezbronne dziecię –
«Teraz niech we mnie biją wrogi moje,
«Niech mnie jak kruki rozszarpią szponami
«Konającemi będę im ustami
«Dziękczyć za pomstę – za krwi mojej zdroje – !...
«Śmiech tylko dziki to me życia hasło
«Dokoła wszystko – wszystko – wszystko zgasło –
«Żem zabył nawet wspomnień dni dziecinnych,
«Chwilek uroczych, jasnych i niewinnych –
«Lecz precz nie cisnę z gardła tego krzyża
«Co matka dziecku niegdyś nałożyła?...
«On mnie tu wstrzymał gdzie się skała zniża,
«W łono otchłani gdzie głazów mogiła...
«Kości me młode – już zwłóczone, stare,
«Pocóż je włóczę dotąd – kiedy siła
«Młodości mojej przeżyła dni jare?...
«Gdy włos bieleje, głowę wiekiem chylę,
«Zgasły dni chwały i rozkoszy chwile
«Dziś przeszłość za mną – a wieczność przedemną,
«Zamiana katusz ziemskich na piekielne
«(Jeźli są gorsze) – dusza im wzajemną –
«Byle już inne były – z żmii jadami!...
«O! stargaj więzy – przeklęte! śmiertelne!
«Już czas za długi obcuję z wichrami,
«I gwiazdy tylko widzą te dni czarne
«Skała milcząca! – już sercem z skałami
«Obym skamieniał w te dni długie! marne!. .»
Tak duma niemy przy błyskawic blasku,
Choć drży od zimna, rozkoszą mu burza –
On się piorunom spowiada w ich trzasku,
I dumne czoło gdy w ciemnościach nurza
Wicher tu chmury liści z drzew porywa
Szamocze brodą – włosy mu rozwiewa –
A on tak niemy – straszny i sam w sobie
Stoi jak posąg na ojczyzny grobie!...

VI.

Tak płyną lata pod a fala pod Urycz falami
A każda fala pryska w śnieżne piany,
Dni bieżą chyżej niż górskie bałwany
A już Bolesław chyli się latami –
Wszystko w nim głuche i czarne bez końca,
Niemiły jemu blask poranny słońca,
On się zagrodził drzewy i murami –
Olbrzymie głazy na głazach spoczęły –
Jak gdyby mur ten dźwigały szatany,
Chcąc Boga dzieło swemi przyćmić dzieły.
Wiosny i zimy – i smętne jesienie
Bieżą po sobie – a co roku bliżej
Broda królewska ku ziemi pierścienie
Chyli – i czoło coraz niżej – niżej –
Co wiosna świat się uśmiecha i wznawia,
Lecz człowiek coraz chyli się przeklęty,
On lat młodości nigdy nieodnawia
I łzami chwil tych płacze obraz święty –
Lud już niewątpił, że to człek pokutny
W tych murach wiedzie żywot cichy, smutny,
Bo włos pobielał mu i broda biała
Do stóp od ziemi srebrna mu spływała;
Nieraz do starca jakie chłopię z sioła
Z pod skał przybłądzi i uchyli czoła –
Nieraz pasterzy lub łowców gromady
Tam się zbliżają im ciekawe zwiady,
Lecz on na widok żywego człowieka
Ze skał się cofa – i w groty ucieka...
Nikt nie wie zkąd on przybył – i czem żyje,
Mówią, że orły z swemi orlętami –
Żywią go – inni że drzew korzeniami
I w śnieżnym zdroju górską wodę pije...
W końcu się z starcem lud górski oswoił
I starzec ludu już nie niepokoił...

VII.

Podziemne – długie – wilgotne chodniki,
Gdzie cicho kropla po kropli upada
Niemy płacz głazów!... to są przewodniki
W skał korytarzach tajnych, co do dziada
Króla – podziemnej leciały komnaty –
Wężem tam pełzać miejscami pod ziemią
Gdzie mchy a na mchach zimne płazy drżemią,
A w chód tam główny do groty kamieniem
Skały olbrzymią zawaliły bryłą,
Że tęskni ziemia pod jego brzemieniem –
I dzień – którego promieniom – mogiłą!...
W środku tak czarno – to grób dla żywego,
Tylko ognisko tleje, dogorywa,
Rzucając światło na lica chorego
Starca, co snem już cichym odpoczywa
Od dnia pewnego, gdzie sen miał spokojniejszy;
Pustelnik starzec był już spokojniejszy –
Wśród zimy schorzał już w czarnym skał grobie,
Czuł coraz słabszą w piersi strónę życia
Jak grała ciszej i ciszej – w żałobie
By go odrodzić w krain swych powicie!...

      O wiosno! wiosno! Aniele przymierza!
Niech Cię rozmarzłe śpiewają potoki!
Piosnka rolnika, fujarka pasterza
Szum gajów – kwiaty – tęcze i obłoki!...
I pierwszy piorun dłoni twojej dziecię
To Alleluja wstającej natury,
Co wieści życiu śpiącemu w wszechświecie
Że zleci wiosny anioł orlopióry!...
Wtedy patrz w niebo gdyś Boga dziecięciem,
Byś mdlejąc duchem o zwątpień godzinie
Niepadł z anioła, rozpaczy bydlęciem.

Z dłońmi na piersi stój – bo wszystko minie – –
A duch – i piękność jego – nieprzeminie!...
Onego czasu czyś widział w naturze
Niedzielę niebios, klejnot ziemi – burzę?...
Burzo! Kochanko pierwsza mojej duszy!...
Której przez całe życie byłem wierny –
Z tobą ja lecę – grom twój mnie niegłuszy
Do końca duch mój ptakiem!... i pancerny
W sieciach piorunów śle radości krzyki!...
Jak burza dziki!... wolny!... jak grom dziki!...
Patrz! Tam na niebie ta olbrzymia chmura
Jak tytanicznych duchów wielka córa
Czarna i dzika!... cicha i ponura!...
Na barkach wiatrów sunie się wleczona,
A za nią wichrów chór, co ssie z jej łona!...
Jak gniewna lwica gdy ssące szczenięta
Pierś jej pogryzą – ryknie, i z paszczęki
Błyskawic łoną zionęła! wstrząśnięta
Grzywą zatrzęsła dzika – a zniej w jęki
Spadły po skałach deszczowe promienie
Na ścian zieleni, jak srebrna firanka –
Tak każda kosę swą rozplotła chmura,
Wkoło! jak Furia dzika zemst kochanka,
Jak by sto Furii – kiedy razem siędą,
I swe warkocze własne z bolem przędą
I przetykają błyskawic niciami,
Targane wiatrów wściekłemi zębami!...
Ale na czele ich królewska chmura
Leciała wielka, nito ogni góra!...
A na niej burzy klęcząc aniołowie
Z Łuków, piorunów, wypuszczone strzały
Ciskają w okół, ze ryknęły skały
I lasy lasom ryk ten podawały
W wieńcu błyskawic na natury głowie
Co rozszalała z piekłami się mierzy!...
Zerwał się sosen bór – jak tłum rycerzy
Co chcą iść naprzód – pragną! a nie mogą!...

Próżno się szarpią łonami puklerzy
Grzyw zielonością szamoczą złowrogo,
Jak lud którego na postępu drodze
Hamuje tyran przez ciemności wodze!...
Huczą! padają!... a dąb książę boru
Zaszumiał: ja urągam z wichrów chóru!
Bo jestem olbrzym w potędze bez końca!
Śmieję się z wichrów i promieni słońca!...
A z chmury błyskawica
Padła – świat dziko rozświeca
Jak gdyby nieb podwoje
Rozwarte zatrzaśnięto –
I świateł ogni zdroje
W piekła otchłań zepchnęło…
Rozplotła się po niebie, z iskry w oka mgnieniu
Wpośród czarnych chmur się wikła,
Poczołgała się po nieb ognistem sklepieniu
I znikła!
A za nią z chmur namiotu
Rozdartego ryknął grzmot,
Jak odgłos światów przewrotu
O kuźni piekielnej młot!...
A wichrów koło znów wstało
I piorunom powiedziało
O tyrana lasów dumie
Co urąga w swoim szumie!...
I ryknął piorun, że wstrzęsły się bory,
A żądło jego łono króla dębów
Rozdarło w drzazgi – ze do stóp od góry
Padł – jak ręką szatana rozdarty na szmaty,
A piorun skonał – i przepadł wśród zrębów
Tylko nad dębu losem zapłakały kwiaty
I grzmot po grzmocie, grom po gromie wali,
Jakby szatani niebo zdobywali;
Aż dudni ziemia – niebo krzyczy w głosy
Dzikie!... i chmury rozplotły swe kosy,
W ogniach i ryku trzęsą się niebiosy,

Anioły wichry pętają koleją,
Ziemia drga szalem, szatani się śmieją
Tam chmur królowa! to niebios organy –
Na niej anioły grają chorał burzy
Ich piszczałkami dębów las co wtórzy
Akkordy gromów, wichrów urragany
Walką żywiołów o raj obiecany!
Muzyką piekieł arf biją akkordy,
Jak gdyby anioł na sąd ostateczny
Zwoływał duchów zszataniałych hordy
Jakby w posadach trząsł się świat, słoneczny!...
Oczy błyskawic, nawałnic szemranie
Co lecą na świat – życiem ich – konanie!
A pieśń ta dzika jako ludów dzieje
O! dziwnie długo walka straszną pieje!
Ziemia to kościół – a niebo sklepienie
A burza, święta, wiosny rozpocznienie!...
Lecz już po skałach staczają się grzmoty
I przepadają Milionem odgłosów
Jakby waleniem Babelu! – z niebiosów
Chmury już lecą, w krainy ciemnoty
Jak trzody dzikie, ryczące po błoni –
Jedna za drugą coraz prędzej goni,
Jeden obłoczek jeszcze się ogląda
I zaczął płakać ... o! czegoż on żąda
Jak naród który wśród narodów działu
Nic niema – prócz nagości swego ideału!...
Tulą się bory szumem rozczochrane
Jak morze dzikie i rozkołysane –
Wyjrzało słońce – ryk się z dala wtórzy,
Ono pięknością uśmiecha się burzy!
Po skałach, po rozdołach wichry swoje woła –
Umilkł szatan – już cisza – kolej na anioła –
Tam na chmurach błysnęła siedmiobarwna tęcza,
Co ziemię jak kochankę niebu znów zaręcza,
Szumi huk górskich zdrojów, z skał na skały goni,
Jak naród ciemiężony, co się dorwie broni!...

A burza milknie borów głuchym jękiem
Ciszą słoneczną – wonią – zdrojów dźwiękiem
Pierścieniem tęczy, skowronka psalmami,
Hymnem słowika – rosą i gwiazdami!...
Lecz wiosno! wiosno! aniele przymierza!..
Niech Cię rozmarzłe śpiewają potoki
Piosnka rolnika, fujarka pasterza,
Piorun i fiolek – las – gwiazdy – obłoki!...

Stopniały śniegi, z skał opadły lody,
Z radosną wrzawą ptastwo do gniazd wraca
W potokach znowu szumią górskie wody
W bruzdach zieleni już rolników praca –
Znowu zielony – świat cudny – świat młody!...
Z nad połoniny furknął nad rolnikiem
Skowronek rzewny i dzwoni w niebiosach
O swoich losach i o ziemi losach
Słońce świat martwy przebudza promykiem –
Znów na gór skroniach zielenią się drzewa,
Że w wieńcach skały jako narzeczone
Czekają oblubieńca – o! szalone!...
Zaklęte w głazy wicher burz im śpiewa!...
Lasów ich szumem ranny wiatr powiewa
I krzyczą w chmurach orły zasmucone!...
A ziemia lutnią w tych milionów głosach;
Tyś jej naciągnął o stwórco! Te strony
Co wszech harmonii objęły ramiona
Świat w szumie wód, i w pól cichości kłosach
Raz ciszą nucisz, raz ciskasz pioruny,
Daj i mej pieśni dopieśnić się z łona
Niech się w te glosy w plecie w świt zarania
Niech tam zaleci – falą stóp twych skona
Jękiem miłości – skonem zmartwychwstania!

O górska wiosno! o porannej chwili,
Kiedy na Ciebie spójrzy słońce rzewne

Wzrokiem kochanka i w łzy cię rozkwili
Nad rosą kwiatów girlandą motyli,
Gdy pocałunek złoży powitania
Budzisz się ! kwiaty i ptaszęta śpiewnie
Hymn powitania nucą ci w natchnieniu,
Wielbi cię orzeł na niebios sklepieniu
A on?
On tylko – już twoich promieni –
Niedojrzy okiem…
On na mchów pościeli
Legł już bezsilny, i próżno z swych cieni
Marzy o słońcu – o tobie! W snów bieli
O swej miłości, o dniach swojej chwały –
Ha!... jemu nawet niewolno wspominać
Dni jego, gromu harmonią przegrzmiały,
Co pieśń swą kończy gdzie ją miał poczynać
A resztę z drżeniem – dośpiewują skały – –
On już ponury, obojętnem okiem
Patrzy w promienie co zbłądzą do nory,
Słucha szelestu w milczeniu głębokiem
Kiedy po kropli spada kropla cicha,
On w rozpaczliwej milczeniu pokory
W zwątpieniu, legł i już ciężko oddycha…
Coraz to słabszy – jak dum cichem brzmieniem
Kona … dźwiękami duszy … w dal ucieka…
Jak wniebowzięty ton – pod kwiatów cieniem!...
On milczy – a gość na którego czeka
O! gość jedyny w jego samotności,
Którego śledzi oczyma błędnemi,
Jest śmierć żelazna – co zbolałe kości
Na nieprzespany sen – powróci ziemi!...
Idzie już z wichry, w szyszaku i zbroi…
A duszę smętną porwie w swoje szpony
I zepchnie w otchłań cienia i płomieni
Kędy płacz wieczny – i zębów zgrzytanie!
Śmiech i fałszywe arf szatańskich drganie

Nuda i wściekłość i ducha ścieśnienie –
Poczucie zbrodni – co trwa nieskończenie –
W wielkie – nicości zapada zwątpienie!...
I wielki zegar nad morzem płomieni –
Ha! to wygasła dawna tarcza słońca
Na niej wiekowie, cyframi znaczeni
Jako godziny! – zegar – bez skazówek!...
Tam nie ma «czasu» godzin w wiekach gońca
Ni chwil mrowiska wieku żwawych mrówek?...
Zegar ma tylko wahadło olbrzymie
Ze stu przeklętych co się nóg, rąk, drżących
Swoich trzymając, wiszą w czarnym dymie
Chcąc się z otchłani wydostać, dymiących,
Ten nóg, ten ręki chwyta się tamtego,
Co chwycił rękę wyżej wiszącego...
Ten wpół się objął innego i krzyczy,
Tam ten się włosów wiszącej dziewicy
Chwycił, co trzyma się stóp mdlejącego,
Ale wahadło latając w przestrzeniach
U zegarowej tarczy uwiśnięte
«Wiecznie!»
I «Nigdy»
Oddzwania w płomieniach:
Aż mdleją dłonie wiszącym – i z wrzaskiem
Spadają w ogień jak płazy przeklęte,
I znów się drapią tak w górę – by runąć
I przekleństw wrzaskiem dziko w niebo plunąć!...
Na tem wahadle wiszący szatani
To są ojczyzny zdrajcy – i tyrani!...
A cichy robak – ha! robak sumienia
Co wieki toczy i stoczyć nie może,
W duszy się głębie wdrąża, w dzień dręczenia
Gdy szatan w swoje kark zakuł obroże –
I brzęczy ciągłym komarem w sumieniu
Tyś tyle złego zrobił pokoleniu
Z którem tam żyłeś!... patrz coś mógł wielkiego
[Z]działać [23] działając dobre – w miejscu złego…

I tak się targać! tak po wieków wieki
Przez wieczność całą której świt daleki
Miga w oddali – jako pochód słońca
Nieubłagany – bez granic! bez końca!...
Takie obrazy wśród niemej katuszy
Kładł wyobraźni szatan w króla duszy,
I szeptał nocą w głuche starca uszy…
Wśród tej zgryzoty życie dogorywa
Lecz z tych obrazów co palą, najkrwawszy
To Polska! Polska! Polska!
– Nieszczęśliwa! –
Jako sierota przez niego zepchnięta
W nicość – za zbro[d]ni [24] jego szał – przeklęta!...
On w tych boleściach z piersi nieda głosu,
Bo głosu niema, niema łzy w źrenicy
Nad nim skał ściany, świadki jego losu
Cichą już płaczą boleść, jak dziewicy
Biały cień zwieszon nad kochanka głową!...
Tam ziemia szatą owiana Majową
On niechce wiosny, on już czeka – śmierci!
Czy prędko robak w piersi już zawierci
Żądłem zgłodniałem…

VIII.

Na Polski wspomnienie
Jęk rozdarł ciszę w grocie, jęk straszliwy –
Był to ostatni jego jęk … jęczenie
Mordowanego, jęczenie puszczyka,
Kiedy przemija nocy cień pierszchliwy…
Zajęczał strasznie – i rykiem wściekłości
Całe swe życie w tym krzyku wyśpiewał,
On poraz pierwszy jęknął ku wieczności!...
W której się nowych męczarni spodziewał!...
Lecz Polska! Polska!...

W tem zbolałe kości
Zerwał z szmat głazu, twarz ogniem zabłysła,
Ręce wyciągnął w górę – ku ciemności
W sklepach jarząca źrenica zawisła…

IX.
MODLITWA ROZPACZY.

O Boże Piastów! otom dziś przed tobą
Złożon boleścią w męczarniach katuszy,
Otom zgnębiony sumieniem, chorobą,
I głosem grzmiącym w otchłaniach mej duszy…
Lecz ona! ona!!...
Ha!
Niech wszystkie piekła
Na wieczność na mnie runą skał ciężarem
Przez wieki dusza podźwignie je wściekła
Co się pancerzem żarzącem oblekła,
Będziesz bez jęku pod wieczności jarem…
Lecz Ją! uwolnij – Boże! na wspomnienie
Kiedyś i moim jeszcze bywał Bogiem,
Słuchał mej duszy ponad życia progiem
Porannych życia pień…
O! jasne cienie!
Święte – męczeńskie – wy pokojem błogim,
Cienie … ha! tego któregom krwią zbroczon
Proście za Polską!... przeciw mnie na wieki!...
Niech od szatanów umieram otoczon,
Lecz ona … Ona!...

X.

I padł na kamienie,
Już przygasały zapadłe powieki,
Lecz jako lampy nad poranne drżenie

Drżały i zgasnąć nie mogły … niechciały …
Leżał jak martwy – piersi zajęczały
Ha! Boga! Boga! krwi…
I przebaczenia!...
Wszak on w śmiertelnej odpuszcza pokucie
Gdziesz kapłan z Bogiem...
Ha! na ducha strucie!...
Któż przejdzie otwór ten – biada! kamienia
Nikt nieodwali...
Kapłana! Kapłana!...
Siły nim skonam … precz te czarne duchy!
Co mnie oploty w koło – w swe łańcuchy…
I ryczą śmiechem jednego szatana –
I tu w kołomnie pląsają krzyk dziki
Wiją się łożem wężów … precz te krzyki!...
Już ciszej w piersi – jeży się włos siwy,
On w głowę tłucze starą wyschłą dłonią,
W grotach szatanów postacie się gonią
Stanęły kołem...
Starzec rozpaczliwy
Zawrócił oczy i czoło już zniża
Zacisnął wargi i kreśli znak...
– Krzyża. –


W tem
Padła z jękiem odmieciona skała
I od otworu w dalę odleciała...
A w otwór wielka jasność nadsłoneczna
Padła od wchodu – ozłociła skały,
I głos anielski, któremu cześć wieczna
Zanucił głośno pieści błogą, pieśń chwały,
Coraz to jaśniej i jaśniej w pieczarze,
Górą szatany z rykiem uleciały
A coraz bliżej pustelniczej skały
Drży pieśń, i harfy słychać w niebios czarze,
Jakieś niebieskie, archanielskie dźwięki,
Że od nich siły nabrał konający,

On zna gdzieś odgłos tej świętej piosenki
Tylko mniej boski, i mniej błogi – uroczy...
Głos arf tych siłą w ducha arcydziele
Odlatującą duszę wstrzyma w ciele –
On słucha – marzy, ze już skonał ciałem,
Myśli że sięga oczyma – wieczności,
Lecz nie! – głos bliższy – i echem wspaniałem
Dochodzi słowem w grotę – w płacz radości:…
«Boga Rodzica! Dziewica!...
Bowiem stawiona Marya!...»
I zabłysnęły dwóch aniołów lica,
Każden u wchodu stanął jak lilia,
Co tony woni płacze do księżyca…
I jeden szedł z harfą i wiankiem cierniowym
Oczy miał modre anielską miłością,
Trącał w jej strony, a głosem godowym
Śpiewał unoszon cudem i boskością...
Nie jako dziewczę ziemi, ni skowronek...
Dawną Dawidów, dziś Polską smętnością...
Zanim szedł wtóry – i srebrny niósł dzwonek
Dzwonił co chwila – i znowu udawał,
I znowu dzwonił dźwięki boskie, czułe,
Jako pacholę po przed chaty progiem
Do której spieszy kapłan z Panem Bogiem
Idąc rozwiązać dusze z więzów ciała...
A w drugiej ręce niósł złotą infułę –
Weszli – a pieśń ich – z wolna ustawała
Za niemi sunął się cień biały, jasny,
Jak Ewangelii widmo – wśród promieni,
Cichy nad gwiazdy co błyszczą w przestrzeni
I po miłości ziemi swojej – własny!...
Lecz krwi miał strugę na świetlanej szacie
A w rękach kielich miał – i wieków słowo
Co się tu ciałem stało!...
I nad głową
Konającego w cichym majestacie
Miłości stanął – a siwizna biała
Wśród aureoli nad śniegi jaśniała…

Bolesław błądził wpadłemi oczyma
W tę białą postać miłości olbrzyma
Patrzył – i poznał – i drgnął od krwi strugi
Co błyskotała się po szacie długiej –
Twarz zakrył w dłonie, i jak wąż się zwinął,
Krzyknął, wzrok ściemniał, w łzach się rozpłynął,
U nóg anielskie stanęły mu cienie,
A cień on trzeci stanął mu nad głową,
Wzrokiem miłości tocząc łask promienie
Krzyż nad nim zrobił – i rzekł:
Przebaczenie!. .
Tu śpiew aniołów ozwał się raz wtóry
I znowu umilkł – a starzec ponury
Chciał podnieść głowę, lecz upadła głowa
I krzyknął tylko:
To on – z Szczepanowa!...
I wzniósł się słów tych posilon potęgą,
Kląkł, spójrzał w górę, na cień drżąco, łzawie,
Znów padł i jąknął: – Święty Stanisławie!
Czoło swe słoniąc włosienną siermięgą –
I do stóp cienia przypadł – łez strumienie
Z oczu rzuciły się, usty drżącemi
Chciał się nóg dotknąć – lecz tylko promienie
Całował niemo przytulon do ziemi...
A wtedy znikły z szat tych plamy krwawe,
Święty go ręką swoją dźwignął z ziemi
Schylił się nad nim a aniołki łzawe
Skroń pochylili w świętej ciszy – niemi –
«W rozpaczy bracie, pragnąłeś kapłana,
Oto ci niosę ciało i krew Pana,
Otom odwalił tę skałę od wchodu,
By Cię do niebios ztąd wywieść ogrodu...
Kędy na prośby moje Pan ci raczył
Przebaczyć, jakom – ja tobie przebaczył...
Lecz zanim skonasz, tu usty drżącemi
I sercem kornem wyspowiadaj winy,
A podam tobie chleb żywota ziemi,
I duch twój znużon wzleci z tej głębiny

Tam z wybranemi Polski pacholęty
Śpiewać na wieki: Święty! święty! święty!...»
Biskup się schylił do strasznej spowiedzi,
A król pustelnik z trwogą słowa cedzi,
Potem swe życie pamięci iskrami
Rozświecał jaśniej a z ust drżących piany
Biegł zdrój namiętny słów, jak zdrój wezbrany
Co się rozszerza, w brzeg czyni wyłomy,
Pędząc rwie dęby – na cel niewiadomy…

XI.
SPOWIEDŹ PUSTELNIAKA.

Życie me przeszło jako jedna burza,
Pełna przekleństwa i cudów bez miary,
Jak łódź, co w głębin otchłaniach się nurza,
W otchłań rozpaczy płynąć z portu wiary –
Na me boleści niemam słów w tej mowie –
Dość żem Bolesław!...
Biada mojej głowie!...
Skarżyć nieumiem się na moje losy,
Płakać, dziecięciem jeszcze zapomniałem,
Dziś czekam chory, pokutny i bosy,
Aż duch się z wątłem już rozerwie ciałem!...
I na nieszczęściem duszę miał dziecinną,
Lekką – co w stronę pooglądała inną –
Dokąd bywała czystą i niewinną!...
Młodości moja czysta jak lilija,
Co niewidziana wschodzi nad stawami,
Jak gwiazda co się w strumieniu odbija –
Na twe wspomnienie! płaczę dziecka łzami!...
O! bo ty jedna mojego żywota
Otwierasz jeszcze zatrzaśnięte wrota!...
Jak do promienia słońca, koncha ścięta
Do ciebie usta otwieram o! święta –

I gdy mi wszystko zgasło po kolei,
Tyś jest nademną jak gwiazda nadzieji
Dużo mi zbrodni cięży na sumieniu
M[n]iejsza o gwiazdy, co w duszy gorzały,
Zgasły od łóny nocnej – w zachwyceniu
Z ust ludu: Cnoty Śmiałego się zwały!...
Co jak gołębie w locie pospadały –
Serce zabyło skarg, łez, i dumania
Jak popielnica, pełna już, grobowa
nieprzyjmie kropli! gdy w wieków zarania
Pęknie – niech płyną z niej mych dziejów słowa!
Wszystkie je powiem, nim padnie ta głowa!...
Biada tej głowie! najpierwszej, wieńczonej,
Biada tej skroni niegdyś wyniesionej:
Jam jest Bolesław syn Restauratora, [25]
Ja Piast ostatni, co niegdyś w dniach chwały
Tron moich ojców osiadłem: Przekora;
I byłbym wielki – gdyby nie skarlały
Pychą!...
Co z szczytów pchnęła mnie w otchłanie,
Kędy płacz wieczny i zębów zgrzytanie –
Ona mnie w sine pierścienie spowiła,
I żądłem trucizn serce przepełniła!...

XII.

Dni moje pierwsze jak jasny wschód słońca
Zeszły nad Polską w świeży życia ranek,
Dni moje pierwsze! o jasne bez końca
Jako klucz orłów lecący w poranek,
Lance w wiosenny uwiły się wianek –
Ledwie że pomnę te urocze chwile,
Co pacholęciem na mej matki łonie
Marzyłem sennie, uroczo i mile –
Gdy już koronę kładli mi na skronie!...
O! matkaż moja!...
Jako nad pasterzem
Wierzba uwisła – nad snami dziecięcia

Jej pierś niewieścia była mi puklerzem
Gdym za kołyskę stąpił w krok chłopięcia –
Dziś – choć ją dawno głaz grobowy kryje
W sercu mem dotąd – o ! i w sercach ludu
W szerokiej Polsce Dobrogniewa żyje!
A dla mnie była widnym znakiem cudu!...
Bom ja ją kochał nie jak niedźwiedziątko
Swą macierz – ale jako niedźwiedzica
Wściekła swe małe!... jak dzika orlica,
Co najmilejsze z swych orląt orlątko –
I gdyby ona była dłużej żyła...
Lecz niechaj śpi!... o! święta jej mogiła!...
Dni mej młodości skrzydlate leciały
Jak w piorunowej sieci orzeł biały,
Co nad kolebki uwisł mi na tarczy,
Co nad Krakowem skrzydła swe rozłożył,
I piersią śnieżną na wieki wystarczy
Od chuci wroga co ją nieraz trwożył,
Ale sam siebie przed nią upokorzył!...
Tam na te dzikie, nadwiślańskie skały
Jako pachole biegałem przed laty
W nurt Wisły oczy, głęboki, podały –
I tak przeplótłem pierwsze lat mych kwiaty...
O! miłej błogiej – i uroczej woni
Czuję was kwiaty – w duszy – z innej błoni!...
Sercem miał wielkie – jak świat – zadumczywe,
Szczęściem narodu dumne i szczęśliwe,
Jak szlachetności [26] przepaść lecz zaciekłe
A na zniewagę Polski – jak lew wściekłe
I rzewne biednych losem – popędliwe...
Tam kędy głosy młodości – do chwały!...
I zdało mi się bijąc w miecz po tarczy,
Że chwale mojej – ziemia niewystarczy!...
Tam gdzie Zwierzyńca lasy zaszumiały –
Najpierwsze orły z łuku chłopcem biłem,
Jego mi dzwony tikiem szczęściem grały
Że duszę jako w słuch arfy stroiłem –
I od nie raz łókiem, od lasów Zwierzyńca,

Lub łódką'm pędził aż po skały Tyńca –
Tam mego dziada Imię w dzwonach słychać
Było nad Wisłą – tam – wolno oddychać!...
Tam się ja darłem na najwyższe skały,
Gdzie po opokach orły siadywały,
I na najwyższe drzewa się drapałem –
Gdy była burza – i gromów słuchałem
Krzycząc rad, z wichrem tam się kołysałem!...
Z tamtąd na Polskę oczy poglądały!...
I był tam starzec jeden na Wawelu,
Co śpiewał głośno przy złocistej lirze,
Znał dzieje ludzi, i rzeczy spraw wielu,
Dzieła i bitwy chrobrego, z minionej
Przeszłości Polski –
(Dziś – odzian w kirze!)
Z nim ja w kwieciste biegałem doliny,
Na łonie jego potem usypiałem,
Lub siadłszy w łódkę, na Wisły głębiny
Pieśń jego cicho, słuchając, dumałem,
A gdym się wsłuchał w dźwięki głośnej liry
Tom szyję matki schwytał rączętami
I niewiem czemu wzrok zachodził – łzami –
Wołając: matko! jak te bohatery
I ja wojować będę w mej ojczyźnie!...
A wtedy czułem matki pocałunki,
Wtedy rycerstwo na ręce mnie brało,
I wspłakane mnie oczy całowało,
Jam się ich zbrojnej przyglądał siwiźnie
I znów się śmiałem – i serce mi drgało! –
I w onczas matka rzucała frasunki,
A on sędziwy kapłan z Szczepanowa
Co stał po prawej przy mej matki tronie
On błogosławił mnie – i jego słowa
Jak perły drogie niósłem w mej koronie!
Później – pamiętam…
Tylko straszne śpiewy
Chór czarnych mnichów – i dziewic, co niosły
Ze śpiewem smętnym zwłoki Dobrogniewy

I żal rycerstwa … na barkach ją dźwigał,
Że trumna zdała się łodzią płynącą
W ludzie – a serca były dla niej wiosły
I ciężki odgłos dzwonów się rozlegał...
I na sen poszła!...
Ojciec mój – niestety!
On mnie odumarł, on, gdy ziemia drżała
Na świat się rodził – i dusza mu z ciała
Wyszła za blaskiem złowieszczej komety…
On dzieckiem jeszcze odumarł mnie małem
Ledwie pamięci postać mi została
Godności pełna – spokojna – wspaniała!...
I miłościwa łaski sercem całem –
Kiedym w rozpaczy na matki kląkł grobie
I młode czoło hełmem już okryte
Uderzył o grób w mej sępiej żałobie,
Serce się ścięło boleścią przeszyte
Jakby pierścieniem stu żmii – upowite!...
Tam mój lutnista za mną stanął w ciszy,
I długo milczał zaduman nad groby,
Szanując niemy – majestat żałoby –
Lecz porwał lutnię – i w głos piorunowy
Chrobrego bitwy opiał – że je słyszy
Dotąd me ucho – i strun dźwięk stalowy!...
Co brzmiały jako huk trąby Dnieprowej –
Aż wreszcie pieśnią przeszedł w smętne czasy
I kraj wystawił mi osierocony,
Czas co dla chwały jak strzała ucieka
Polskę co na mnie patrzy – lud co czeka –
Że na mym mieczu wsparty – zadumałem
I serce chrobrze o stal uderzyło – –
Ha! wtenczas chrobrze – chrobrych zrozumiałem!
I o ich chwale w duszy mi się śniło –
W on to czas Bela jak pielgrzym zbłąkany
U tronu mego zbiegł szukać pomocy
Z Ojczyzny swojej przez brata wygnany
Miał myśli czarne – jako szata nocy –
Nie miał nadziei, rozpaczał w wygnaniu...

A wtedym chwycił miecz –
I na mych czele
Przeciw Andrzeja pomknąłem śmiele
W imieniu biednych – w mem życia zaraniu!...
Ta pierwsza bitwa!...
Wojsko stało rzędem
Słońce wschodziło – a po rosie brzmiała
«Boga Rodzica!»
Gdy na koniu pędem
Stanąłem w poprzód – gdy wiara śpiewała
A po nad nami orlica się chwiała…
To pierwsza walka, co mi położyła
Granice Węgier pod mą stopa dumną,
Że z nad Karpatów stojąc – jak kolumną
Sprawiedliwości – u cudzych znaczyła…
A kiedym Belę osadził na tronie,
Niósłem żar w sercu i radość w mem łonie –
Alem zaledwom lud mój znów pozdrowił,
I godowegom nie spełnił pu[c]haru,
Już w ziemi Czeskiej krwawy spor się wznowił
Jaromir ku mnie zbiegł – I z pod sztandaru
Polskiego, żądał, odbić swą swobodę –
Długo po bitwach znów rycerstwo wiodę,
Aż się te boje wieńcem ukończyły
I ma siostrzyca na małżeńskie gody
Poszła oddana księciu, co jej miły
Stał się wygnańcem – wtedy nad mogiły
Poległych ręce związałem im chętne
I połączyłem dwa serca namiętne,
Wieszcząc, by odtąd się bratnie narody
Zlały w miłości – jak dwu zdrojów wody!...
Ledwom odepchnął hordy najezdników,
Co mi tym czasem wpadły w kraj bez broni,
Ledwom oćwiczył tłumy buntowników,
Aliści nowy pielgrzym z swej ojczyzny
Na łono moje przybył goić blizny –
Młodzian, co dłonią przylgnął do mej dłoni,
Tak jak ja młody, i jako ja śmiały,

Lecz nieszczęśliwy –
Odtąd razem miały
Oręże nasze w wspólnej walczyć sprawie
I wraz na jednej paść lub pobić błoni –
Odtąd się serca przyjaźnią związały,
Usta z jednego pu[c]haru pijały,
I wraz na jednem sypialiśmy łożu,
I wraz na łowach bawili się dziko,
A kiedy niedźwiedź runął na mym nożu
Gdy mu już piersi przygniótł swym ciężarem,
I miał krew jego ssać, ryków muzyką
Wściekle rozśpiewan ponad leśnym jarem,
On już na dworze mym pragnął pozostać
Do końca – byle zemną się nierozstać!...
Jam go ukochał jak brata – jak syna!
On chciał być mnichem – jam rzekł: Izasławie! [27]
Ty królem będziesz!... a gdy hełm Rusina
Znów się wzniósł hardo, jam go znów na tronie
Mieczem osadził! włożyłem na skronie
Mu młodą dłonią koronę książęcą,
Dzień ten po burzy – zaświtał mi tęczą –
Pod bramą złotą wspomnieniem chrobrego
I mieczem moim ponowiłem szczerby,
Szczerby tej bramy – toć Piastowskie herby!
Ziarno Chrobrego – a owoc Śmiałego –
I kiedym wjeżdżał w to miasto na koniu,
Lud się jak pszczoła rojem garnął ku mnie
Płaszcz mój całował – a Rusinki tłumnie
Jako łabędzie na jeziora błoniu
Wiankiem mnie białym zewsząd otoczyły –
I jakby wstęgę z swych ramion mi zwiły,
A poprzedemną szedł lirnik mój stary
Szedł – i chrobrego przyśpiewywał boje
I dzień mej chwały opiał, gdy bojary
Dały mi na znak hołdu złotą zbroję – –
Lecz jam uleciał – tej stolicy śpiewy
Jej wino wrące, i jej czarnobrewy
Odpędził lirnik swojemi pieśniami,

Na krew kość moją zasępił się brwiami –
A mój Izasław żegnając mnie w cześci
W objęciu mojem – ryknął – lew boleści!
Pod Przemyśl szedłem zbrojnemi hufcami –
Na barkach góry mocny warowany,
I wstęgą głębin Sanu przepasany,
Jak gdyby Pan Bóg na górę garść domów
Cisnął – i kazał Polakom zdobywać –
San rozlał w onczas –
Bez łodzi, bez promów,
Trzy dni musiałem czekać, i spoczywać,
I wtenczas winem nieco rozegrzany
Nocą raz w łódź skoczyłem, że strzałami
Sanu ku brzegom uniesion falami
Szedłem sam, chyżo, dalej w bór zagnany,
Za Izasławem stęsknion i łowami…
W gąszczy ruszyły [28] coś z cicha i zdala
Tam z’oczę dzika świnia się przewala,
I po zaroślach chrzęszcząc w dal uchodzi –
Porwałem oszczep, gnam zwierza co siły,
On znikł wśród krzaków i śród traw powodzi
Żem ścigał pilno co stopy starczyły –
W pobliżu zamek stał, górą, za murem
Dwu wieżyc czoła w Sanie przezierały,
W rannych mgłach skryte za kwef się chowały;
Mnie w lesie wrogów porankiem ponurym
Dzika chuć łowów zagnała w te góry –
Mgły wielkie spadły z Sanem łącząc chmury
I las spowity w nich – ginął błędnemu
Żem szedł – nieznając ku słońcu jakiemu?
A ledwo słońce przez dębów konary
Przejrzało jasno, idąc w tór za mgłami
Widzę coś w dali – nito godło wiary
Kapliczkę białą ciche źródło biło,
Co po kamykach w leśny zdrój dzwoniło –
Nad źródłem sokół siedział zasępiony
Cichy i smętny – widać oswojony…

W środku kapliczki, lilią malowana,
Ta złocie była tam Boga rodzica
Stała w korale i kwiaty odziana!...
A przed nią – żywa klęczała dziewica
Cała modlitwie z swę wiosnę oddana –
Z schyloną głową, jak lilja gdy skłoni
Skroń … i tak była w trwodze zapłakana –
A kiedym stanął w tej dzikiej ustroni
I w modlącą w tę modlił się oczyma,
Jako dąb wryty – oszczep padł mi z dłoni.
O! patrząc na nią jak dąb bym zestarzał
Boć równej dziewki na tej ziemi – niema!
Śnił mi się anioł – tak go duch mój stwarzał!..
Wieniec bławatów miała na swej skroni
Dwie czarne, długie kosy aż ku ziemi
Spadały z szatą – i kwef co czarnemi
Postać owiewał chmurami swojemi!...
Prócz niej takiegom nieznał nic na świecie –
I spokorniałem jak kwiat – by go nogą
Raczyła dotknąć… i ciszej niż dziecię
Patrzyłem na nią – z miłością – czy trwogą,
Co zdjęła serce pierwszy raz w lat kwiecie!...
Spójrzała na mnie gdy oszczep padł z dłoni
I jako łania nagle zalękniona
Chciała na zamek uciec z tej ustroni,
Kwef zarzucił, na lica spłoniona
I znów stanęła…
To znów acz zlękniona
Już do obrazu – przystąpiła śmiało
I tak postacią mierząc mnie wspaniałą
Pytało dziecko «z której łowiec strony
I przecz na łowach, gdy ojciec jej w trwodze,
Gdy zamek niema najsłabszej obrony
I San otuchę gdy straszny król w drodze? – »
I zdało mi się, że z piastunki dziewów
Wiatr czarownicę nadniósł z swych powiewów,
Co mnie oczyma swemi zczarowała,
I już posągiem przedemną stawała –

Że miałem krzyknąć o wojko [29] kochane!...
Jam ci już przepadł … książę zczarowane!
Lecz rzekła dźwięcznie po nie długiej chwili
Biorąc na ramię sokoła co kwili,
«Jam jest Wisława [30] – ja dziecię jedyne
Przemysławowe, i jego otucha –,
Tu modlę za nim i za mą krainę,
By ją Bóg ostrzegł ode złego ducha
Po coś mi przerwał ty w dzikim pancerzu,
Po co modlitwę przerwał … mi rycerzu?»
Toć rzekła rzewnym, śpiewającym głosem
I klękła znowu – ja kląkłem u boku
I jako kłos co ugięty nad kłosem
Z nią się modliłem – tą siłą uroku
Jaka raz pierwszy w moją pierś stąpiła
Że ciężką stała się – jako mogiła!
Potem błagała mnie, bym z Przemysławem
Złączył me ramię, i śpieszył z pomocą,
Z strasznym zdobywcą Rusi, Bolesławem
Walczyć, bo może uderzą przed nocą...
I nagle rzekłem – gdy odbieżeć chciała,
«Jam jest Bolesław!... ja Książę Lechitów!
Com miał dobywać zamku Przemysława
Bo mnie od dzisiaj już zamkiem –
Wisława!
Szturmem czy łaską zabiorę Cię z sobą,
Ja Cię nad Wisłę z nad Sanu uniosę
Nie trwóż się dziecię, nie smętnej żałobą…
Ja Cię ludowi dam, na tron mój wzniosę!...
By Ciebie skrzydły swemi orzeł biały
Osłaniał w chwale!...»
«Jam Bolesław Śmiały
Błagam o rękę, rękę twą Wisławo!...»
A ona trwożna jako gołębica
Miała odlecieć – i spojrzała łzawo
I pozostała zemną – bladolica! – –
Potem kazała klęknąć jak chłopięciu
A już ja rycerz przed onym obrazem

Klęczałem kornie, i za jej rozkazem
Z modlitwą – jako dziecię przy dziecięciu…
«Idę do Ojca – ten oszczep mu w darze
Od Ciebie młody rycerzu poniosę,
Jam wymodliła, ratunek, jak rosę
Dla zamku Jego – od Maryi w darze!...
Chciałam za kratą rozstać się ze światem,
Nowym mnie głosem wola Boża woła
Wiec weź odemnie – ot! Tego sokoła!
Sokół najpierwszym niech nam będzie swatem!...
Jeszcze jej oczy raz na mnie spojrzały,
Ust jej niememi dotknąłem ustami
Serca się szczęścia niebem rozpływały
Pancerz szeleści Wisławy kosami,
I łzy jej z memi spłynęły się łzami…
Gdym ją do siebie przygarnął ramieniem
Gdy w ust jej płomień wpiłem się płomieniem,
I w jej źrenice tonął źrenicami,
Taki szał szczęścia piersi mi rozrywał
Że zdało mi się, ze w nich piorun śpiewał!...
I poleciała na zamek jak lania
A jam w drzew cieniu ostał zadumany,
Tylko mi u stóp źródełko podzwania
I w oczy patrzy sokół darowany…
(Co mi ostatni został w dniach wygnania!...)
I powróciła wraz tegoż zarania
A z nią sędziwy ojciec i kapłany!...
Jam mu pod stopy rzucił tarcz i strzały
Wojska me zwołał i uściskał Pana,
A przed obrazem złotym światła drżały –
Wisławy dłonie jeszcze go odziały
Po raz ostatni w kwiatów świeżych wiana –
I przed obrazem, z mą lubą, wśród ludu
Bóg nas połączył pośród życia trudu,
Nad nami trysnął promień łaski – cudu –
A gdy nam kapłan zamieniał pierścienie,
Sokół się zerwał – i wzleciał w przestrzenie –
I rozkrzyżowan nad nami w błękicie,

Długo nam szarą plamką, wróżył życie,
I skrzydeł szumem cicho błogosławił –
Aż spadł jak piorun po chwili przysięgi
I u stóp naszych dla życia potęgi
Gałązkę świeżą w liść dębu zostawił…

Odtąd Wisława jak anioł mej doli
Lepszą mej duszy stała się połową
Czy harfiarzowi pieśnią się perłową,
Sprzeciwia – czy mnie cieszy gdy co boli,
Czy pu[c]har stawi, czy mi miecz przypasze –
O! piękne nad gwiazd świt biegły dni nasze!...
I kiedy nieraz gniew mnie porwał wściekły
A w ręku błysnął oręż blask szatański,
Głos jej jak w burzy dzwonek Loretański,
Co chmurzy z dźwięków swych rozprasza drogi,
I bosko dzwoni ponad łąk rozłogi,
Przemocnym głosem niewieściej dobroci
Gniew mój koiła…
Jak kwiatem paproci,
Co wszystkie wrota odwali, roztworzy –
Ona spojrzeniem smutków mych skrytości
Przenikła w chili, i jak blaskiem zorzy
W noc serca padła – promieniem – miłości!...
Ale nie długo nad tem mojem czołem
Gwieździła ona…
I w niebo aniołem
Uszła – a mnie już z szatanami sprawa!...
Zgasła – przynosząc – syna Mieczysława!... [31]
Nie jedź! Błagała, gdy do Węgrów ziemi
Ja szedł na oną potrzebę przeklętą,
Chwałę piersiami zdobyłem mojemi,
Lecz ją już więcej – ją – o! moją świętą,
Co mnie jak gwiazda strzegła – niezastałem!...
Kiedym ją żegnał, gdy na koń siadałem,
Wyszła na basztę i ręką żegnała,
Za nami łzawą chustą powiewała,

I z baszty zamku jak anioł ostatni,
Nim ma ulecieć, wojsko przeżegnała –
I tu ją z oczu stracił hufiec bratni!...
Jak od piorunu orzeł w tej godzinie
Padłem szalony u zwłok jej popiołów,
Odtąd mnie cienie mych stróżów aniołów
Odbiegły – odtąd – nocą życie płynie!...
A dzień nie świta dla mnie śród żywiołów...
I młyński kamień na serce w tem życiu
Spadł mi z tym gromem boleści i szału
I młode serce gryzł mi wąż pomału,
Aż jak wąż w skał tych zniknąłem ukryciu!...
I raz porwałem dłoń mego lutnisty,
Lecę z pochodnią w grobowe sklepienie
Mieczem przeciąłem wieko trumny szklistej
Gdzie niezbudzona piękna moja drżemie...
Uchylam wieka – spójrzę drżący, łzawy,
Oko jej łaknę spotkać raz ostatni,
I pójrzę –
Szkielet leżał mej Wisławy
Wśród suchych kwiatów zimny...
Wtedy ryknąłem dzikim Bogu płaczem
Jemum złorzeczył –
Zgasła gwiazda czysta
Szatan się zaśmiał,
On mych zbrodni tkaczem!...
Ledwie za rękę wywlókł mnie lutnista;
Na ręku Jego me dziecię płakało,
W matki się szkielet z trwogą wpatrywała…
Rzuciłem łowy – i na dnie kielicha
Tonąłem – w piersi mej – wrzasnęła pycha!...
Odtąd już w bitwach szalałem z rozpaczy,
O! wtedym pono najdzielniej wojował…
Bo lecąc w tłumy, jam sobie rokował,
Że los na polu śmierć dla mnie przeznaczy!...
Że jest tam strzała wśród zanadrza wroga,
Co mnie połączy z mej Wisławy cieniem,
I w snach mi odtąd do niej biegła droga,

Czarownic czarów smutny się chwytałem,
Potem pijany dziko z nich się śmiałem!...
Jako lew krwawy, jako tur ponury ,
Kiedy Jarosław powtórnie wygnany
Błagał mej łaski, ja mój miecz zszczerbany
Jak orzeł pisklę chwyciłem w pazury,
I poleciałem w sercu nieszczęśliwy
Gdzieś uszczęśliwiać, tam na końcu świata!...
A odtąd w szczęściu wygnanego brata
Ból mój koiłem – niemy – rozpaczliwy –
Nawet mój lirnik kiedy przyszedł ku mnie
Z mem niemowlęciem na ręku życzliwy,
Czy śpiewać zaczął – kiwnąłem już dłonią
A wtedy łzy mu z źrenic padły tłumnie,
I niemógł nucić, tylko siwą skronią
Do nóg mych przypadł i do mnie się cisnął,
I jam go objął – alem łzą niebłysnął...
Bo ból mój zakląć niedał się słowami.,
Jak gromy co się w noc burzliwą gonią!...
Rozpacz mi pu[c]har wcisnęła do dłoni
I wtedy piany długimi nocami
Szalałem w śmiechu pijąc do niej! do niej!...
Kiedy płynący przez Rusi zagony
Po wzięciu Łucka pod bramy Kijowa
Szliśmy, stanąłem do boju – ma głowa
Urosła pysznie nad gród, co obronny
Sił, swej rozpaczy dobył krwią zapiekłą,
A jam go zdobył ramieniem – szatana!
We mnie wśród bitwy chyba wrżało piekło –
Że niepoległem w boju tego rana...
Pod mur stanęły hufce, i z taborem
Wlekli się ranni – wleczono tarany –
Do szturmu! Krzyknąłem –
I koń rozkiełzany
Poleciał szału mego szałem w szale !...
I Kijów musiał – być – mój! przed wieczorem –
Gdy bito w dzwony, rozwodzono żale,
Stałem do walki z wojskiem mem bojowem,

Z którychby każdy dał swe gardło za mnie!
Zagrzmiała chórem, pieśń echem grobowem –
Boga Rodzica!
I spojrzeli na mnie
A jam się nawet nie żegnał przed bojem –
Lecz mur gdy runął, znów przy złotej bramie
Spadłszy piorunem zgrozą i rozbojem –
Znów ze szczerbcem w górę wyciągnąłem ramię,
I ciąłem wtóry raz!...
Że miecz mój stary
Szczęknął – i upadł pęknięty we dwoje –
I już zdobyte wiały mi sztandary –
Jam na miecz pójrzał…
I na krwawą zbroję,
To mój ostatni druh był na tej ziemi…
I koń mój stanął – stanęli rycerze,
By żaden miecza nie zdeptał, a z niemi
Szedłem już w miasto na krwawe przymierze
Ha! Biada! Głośno bito mi we dzwony,
Tłum mnie wiódł trwożnie, rycerstwa okrzyki
Brzmiały pod niebem – a mój śmiech tak dziki
Był, jako szatan z obroży spuszczony –
Odtąd już kielich był mieczem mej dłoni,
I całą zimę z taborem wojskowym
Ległem w Kijowie, gdy na mojej skroni
Różowy wieniec wiał, liściem dębowym –
W ten ogród rozkoszy, i w ten gród piękności
Izasław błagał nas za swoich gości…
I dla powagi na rynku wśród ludu,
Jam Imię Jego sławił – i dotknąłem
Ust jego usty, i za brodę wziąłem
Ręką go moją; mówiąc o! wśród trudu
Życia, ta głowa dzielna!
Drżyjcie przed nią!
Lecz dzień on był mi straszną przepowiednią,
Bo odtąd trunkiem cicho upajany,
Śpiewem Rusinek do snu kołysany
Myślałem smutek zamordować chwilę!

Lecz nie !... przenigdy –
Przebóg –
Bo choć mile
W te gorejące mych nałożnic oczy
Spójrzałem nieraz...
One wszystkie razem
Bluźnierstwem były przed słońca obrazem,
Co miał mej świętej dla mnie cień uroczy –
Spodlenie króla – to jest kraju zdrada!...
Na czterech łapach jak zwierz zaryczałem
Ha! głowie mojej za te chwile – biada!
Kiedym oszalał rozpaczą i szałem,
Z nich się mój język ze trwogą spowiada –
W łonie rozkoszy cale zapomniałem,
Że byłem królem – że byłem – człowiekiem!
l tu ma klątwa! którą wiek za wiekiem
Jak skała skale odgłos wtórzyć będzie
Na ziemi mojej, i zawsze i wszędzie!...
Wiecznem weselem lśniły me komnaty,
Dokoła śpiewy i śmiechy tam brzmiały,
I czarnobrewe dziewy chichotały,
Szumiał szum wina i tanecznic szały…
I wrzask biesiady, i tłum rozszalały –
Śmiałem się z niemi, lecz mych szałów piekła
Dzika swoboda dawno już uciekła –
A kiedym pojrzał raz za mym sokołem
Co od Wisławy – drzwi me zatrzasnąłem,
I i o ziem padłszy! Wisławo, ryknąłem,
Jak Tur któremu myśliwiec zabije
Młode – gdy ryczy w puszczę – a wiatr wyje
I dziko ryk ten przedrzeźnia w manowcach
Kręcąc liść zwiędły po pustych grobowcach...
I mojej duszy spokojność młodzieńcza
Którą Izasław chcąc mnie rozweselić
Zatruł na wieki – znikła w ślad rumieńca...
Choć się był gotów – sercem zemną dzielić!...
I pokój jemu! o pokój na wieki!...
Duch jego blizki mi – choć tak daleki –

Wiecznie w dal za nim patrzy ma tęsknota
Lecz próżno piersi swych rozwiera wrota –
Gość już nie wejdzie wnię sercem kochany –
Bom kochał tylko raz – i odtąd złota
Młodość zrdzewiała … a zostały – rany!...

Z wolna me całe wojsko zniewieściało
O żonach, córach, matkach zapomniało,
I o swej wierze –
A ci co poczciwi
Uszli cichaczem póki czyści, żywi…
O! czas ten srogą w rozkoszach męczarnią
Przeleciał dla mnie, gdym padł w to schronienie
W mej czarnej duszy piekielna latarnią
Szatan rozświecił pożar…
Me sumienie!…
Więc jak trup blady, z wieńcem ucztowałem,
I drżał dwór cały kiedy się zaśmiałem –
Zgłuszyć go nigdy – nie mogłem!
Nieśmiałem!
I do ojczyzny jął wracać nieśmiały
Ich, świat i siebie w duchu przeklinałem
A usta ludu mego – oniemiały!...
I okiem po nich bezłzawem pójrzałem,
O! bo łzy odtąd Bóg niedał w złej doli
Źrenicy mojej –
Kiedyś pierś zaboli
Uśmiech mi usta krzywił – piętnem krwawem –
Ucztami znowu ogłuszyć się chciałem,
Gdy do bitw wojsko zdolne już nie było,
Mściłem się niewiast niewiernych – mogiłą.
Szczenięta do ich piersi kłaść kazałem
Choć sam się żadną nie zwalczyłem silą!...
Choć się w mej duszy – psem być rozumiałem!...
Wtedy Stanisław Biskup z Szczepanowa
Stawił się w groźnej postawie przedemną,
Jak grom paliły mnie już jego słowa
I litość jego uczułem nademną!...

Litość ha! Litość – któż nad Polski królem
Śmie się litować?...
Parsknąłem mu w oczy –
On odszedł niemy – za nim lud się toczy,
Jak rojem pszczoła stęskniona za ulem!...
A jam gryzł wargi i w niemej wciekłości
Bluźniłem Bogu Piastów, memu Panu –
Że wziął, anioła mego – memu ranu
I sam mnie rzucił – opuścił w ciemności
Stałem się pyszny z mojego oręża
I zawołałem stąp ty! z twoich tronów
A z tobą w walkę pójdę!... ty milionów
Gwiazd... ty! ... którego grom burzę zwycięża!...
Zstąp! rozpacz moja silniejsza, wytęża
Ramię co piekieł spotężnia dziś siła
Lecz w duszy jakaś żmija się powiła
Bezsenny wiłem się straszniej od węża,
I dzika chwila do mnie się zbliżyła –
Dworzanie moi skorzy do potwarzy
Cisnęli fałszem w oczy – i przedemną
Bluźniąc, że biskup bezprawnie się waży
Dzierżyć Piotrowin wioskę, co tajemną
Sztuką na zmarłym dziedzicu pozyskał –
Wtedym się porwał i przeciw biskupa
Gniewem oburzon słów mych żmije ciskał –
Z jakąś szatańskąm to chwycił radością
I zdało mi sio jakoś milej ... niby …
Gdyby ktoś jeszcze prócz mnie, winny ... gdyby...
Ktoś prócz mnie jeszcze czarny był – tą złością!
Wtedym skamieniał – uporu stałością –
Biskup się świadczył ludem, Żębociną,
Lirnikiem moim, i wielą innemi
A w końcu Bogiem!...
Dwór szczekał za winą,
I glosy wciąż go oskarżał podłemi –
Wtedy z mogiły Biskup wskrzesił – trupa,
I żywy szkielet – przed tronem go sławił,
By o prawości poświadczył przy dworze,

I wielkość Boga przedemną wysławił...
A podłość moją – i czas ku pokorze –
Kiedy jak zwykle spokojny i święty
Szedł z nim w komnaty, by wrogom fałsz zadał,
Zbledli oszczercy – każdy grzech spowiadał,
I za oszczerstwo każdy łeb miał ścięty –
Za rękę wiódł go biskup – a on wołał
Głosem grobowym, co rozdzierał serca,
W najgłębszych głębiach duszę wstrząsnąć zdołał –
«Gdzie jest ten człowiek – mi człowiek – oszczerca?»
Świadczę, że Biskup – ten ot! z Szczepanowa,
Za nim mnie deska okryła grobowa,
Groszem swym nabył tę ziemię odemnie
Co do szeląga zapłacił sumiennie!...
Lecz ty o królu dumny, skamieniały
Miej nad twą Polską w sercu zlitowanie,
Bo niedaleki dzień, gdy z słońca chwały
Czarny dym tylko po tobie zostanie –
Ha!... wtedy pycha wszystkie duszy blaski
I głosy Boże, i promienie łaski
Jak wąż spowiła w swe sine pierścienie –
A nawet trwogi zniszczyła istnienie...
I myślą moją w śnie okropnym śniłem
Żem tylko dumny a ja pyszny byłem –
Pyszny – jak szatan, co każdy dar boży
Depcze z wściekłością szarpie się w obroży –
Cały dwór zadrżał – ja z dumą siedziałem
Z zimnym uśmiechem na nich poglądałem,
I głos ten słysząc co Piotrowin w niebo
Siał słów gorących, i łez swych potrzebą,
Milczałem!...
Jak skałam milczał w dumie skamieniały,
I wtedy twarz mi Boga pociemniała
I wszystkie gwiazdy – słońca – pociemniały…
Tu ziarno wszystkich zbrodni, co ciskały
Szatany w duszę mą, co zszataniała –
Odtąd w mej piersi serce zagniecione
Już się ni razu więcej nieozwało,

Jak pisklę małe w gnieździe uduszone
Okropną odtąd, ciszą oniemiało...
O! przecz żeś Panie, ziemi mojej kwoli
Niezgniótł mnie wtedy gromem twojej dłoni,
Czym go już godzien niebył? o! to boli –
Bo tyś o Panie od dnia tej swawoli –
Twarz twą odwrócił tylko, a na skroni
Krwią zabłysnęła mi ojców korona
I pierś od węża jękła skajdaniona!...
A Biskup znów spokojny, odszedł w ciszy
Lecz znów surowo napomniał słowami,
Jakby całego osypał iskrami,
Że dotąd ucho groźby grozy słyszy…
Jak groził klątką między dworzanami...
Wtedy pożarem gniew mnie opanował,
Bramy kościołów gdy zawarł przedemną,
I krył się odtąd – resztę w sercu schował
Ślepy gniew, co dłoń miał sobie wzajemną –
A kiedym życia mego nieodmienił
Wyklnął mnie . . . . . . . . . . . . . . . . . .
I wprost z Wawelu od bramy zamkniętej
Bieżąc w wściekłości, kazałem żołnierzom
Iść zamordować o chwili przeklętej
Mnicha, co czoło śmiał stawić – rycerzom!
W on dzień na Skałce miał mszalną ofiarę –
Ha w dzień straszliwy hańby i niedoli,
Kiedy zdeptałem w duszy mojej – wiarę,
Stopą rozpaczy – bol ten nieprzeboli!...
On będzie piekłem moim zawsze – wszędzie –
Gdziekolwiek będę ja – on zemną będzie!...
Potrzykroć biegli, z mieczem , rozpędzeni
Potrzykroć padli, słabi, przelęknieni,
Wtedy porwałem oręż mój, szalony,
I sam na skałki pobiegłem urwiska,
Czemuż nieurwał się brzeg nachylony!....
Gdym opętany biegł w objęcie – zguby!...
Cel niedaleki – w gniewie droga blizka –
Wpadłem –

A w on czas właśnie starzec ony [32]
Kończył ofiarę, błogosławiąc ręką,
I krzyża jeszcze niezdołał uczynić,
Biegłem – zwierz zgłodną mej zbrodni paszczęką
Głodny swej hańby – głodny – by zawinić!...
Biada! cień matki – i cienie Chrobrego
I cień Wisławy stały między nami,
Jam oślepł na nich wśród gniewu ślepego,
I ciąłem mieczem – że krew ta strugami
Trysła na ołtarz niekrwawej ofiary,
I ciało dumną nogą podeptałem
Aż gdym krew przejrzał – błysły straszne mary
I tylko: zbrodniarz! w koło usłyszałem
Zbrodniarz! zapadło w duszy mojej jary –
Kazałem ciało zrąbać i zrąbane
Porzucać wichrom po polu dokoła,
Lecz orły nagle z niebiosów zesłane
Złożyły szczątki, jak ręką anioła –
Pędziłem wtedy z mieczem – moje szaty
Podarłem wichrom na ich urąganie,
O! byłbym pierś mą rozszarpywał w szmaty –
Robak sumienia odzywał się – błysło
Mym oczom gromu piekielne świtanie,
Gdym przelatywał zwierzyniec nad Wisłą –
A dzwon zwierzyńca, chociaż nieruszony
Sam się odezwał straszliwie, grobowo
I do mej duszy z snów strasznie zbudzonej,
I pomięszanej w sobie przerażonej
Piorunem serca … wyrzekł klątwy słowo!...
Jam ten dzwon słuchał w me młodzieńcze lata
Słuchał wieczorem – tak rzewnie, tak miło
O! wtedy w duszy mej tak rano było!...
Dziś dźwięk ten słysząc, w przepaście zaświata
Chciałem się zapaść, gdy tam zadzwoniło –
Dzwon pękł we dwoje – i tak został – lata –
Odtąd weń młotem biją – a od dźwięku
Jego o ziemię można paść od lęku!...
W pierś tę ja ciąłem, której serce mężne

Biło w imieniu Boga i ojczyzny,
To też od chwili tej, dłonie orężne
Opadły – w nicość – krwawe temi blizny –
W chwili gdy człowiek dopełni swej zbrodni,
Łuski mu z oczu nagle opadają –
I widzi piekła co go przywalają,
A w sercu pali coś – na kształt pochodni –
Lecz duch szlachetny w dni swoje tułacze
Nie mąk, lecz swego upodlenia płacze!...
O! jam w pierś moją! Ugodził żelazem
Raczej niż w jego – i upadłem – płazem!...
A twarz ma w krzywym, przymarzłym uśmiechu
Pozieleniała w katuszy i grzechu!...
Tu się poczyna grób mej spokojności
Przespanych nocy, chwil jadła, pokoju,
Odtąd w otchłannej zostałem ciemności!
Przekleństwa ojców w gwałtownym rozstroju,
Przekleństwa ludu, płacz i złorzeczenia,
Słyszałem tylko, gdy o nieb sklepienia
Wolały, bijąc, o zemstę – o karę –
I grom ten wyciął w tych zbrodni poczwarę –
O! w same śmiałe ugodził on łono!...
Wypadł piorunem z progów Watykanu
«Że król Banitą – słuchać go wzbroniono,
«I kraj przeklęty! . . . . . . . . . . . . . .

XIV.

Lud mnie ze trwogą odbiegł – i żołnierze
Mnie opuścili –
A po kraju mnichy
Przeciw mnie klątwę głosiły – – – – –

XV.

Rycerze
Porwali oręż na mnie, i lud cichy

Co błogosławił niegdyś mej pamięci,
Dziś rozwiązany z poddaństwa, w niechęci
Klął mnie, wytykał, widział krew na szacie –
Płacząc: «o powróć nam ojca sierotom!...»
I w zdroju Skałki, myjąc oczy chore,
Wzrok odzyskiwał – (na króla potworę!)
Męczennik w niebo poszedł w majestacie,
Ja na dno piekła runął ku ich wrotom,
I tak od wszystkich sklęty, opuszczony,
W nędzy, przed ludem, i mojem sumieniem
Z ziemi ojczystej ujść byłem zmuszony –
Lud na mnie ciskał – słowem i kamieniem!
Ja obojętny z tłumu uchodziłem,
Gardząc tem życiem – jak sobą gardziłem!

Lecz na mym ręku trwożny unosiłem
Bożyszcze moje domowe – jedyne!...
Pachole moje – mego Mieczysława,
Co mi w boleściach powiła Wisława
Nad duszę mojąm miłował dziecinę!...
Im bardziej sercem żelaznem dziczałem
Bardziej dla niego miękłem – i rzewniałem!...
Nie ojca – –
Matki! Sercem go kochałem!...
Dziecię mi szyję objęło ramiony
Pod płaszcz mi główkę utuliło z płaczem,
Wśród czarnej nocy szedłem przerażony,
Rozpaczy tylko potęgą niesiony…
Jako zbój dziki – ustronnie – cichaczem –
Wśród skał nad Wisłą lirnika spotkałem!
Od zbrodni mojej tam się tylko błąkał,
I po swej lirze jakoś strasznie brząkał,
Jak sęp mi spojrzał – niemo – oko w oko –
Przeklął – stanąłem – okiem skamieniałem,
Patrzyłem w niego z boleścią głęboką –
Lecz strasznym człowiek jest wielkiego serca
Kiedy mu serca braknie! –
On szyderca!...

Uderzył w lutnią tak –— że pękły strony
I lirą na mnie rzucił z całej siły…
Że miała na mnie paść, i do mogiły
Wtrącić mnie, za nim rzucę ziemi trony...
By syn mój zasiadł tron – wśród młodej siły?...
On mnie chciał zabić – z litości chciał może!...
A trafił – trafił –
Biednę dziecię moje!
............
............
Strzaskał mu skronie –
Krwi nietrysły zdroje
Sina plameczka tylko zwiastowała,
(Która mi rosła – i w noc zolbrzymiała!)
Że już chłopczyna – w mym ręku – skonała!...
............
............
O Boże!...
Boże! krew za krew!...
I szaleństwa płaczem
Co się śmiał ze mnie – ryknąłem z wściekłości,
Stojąc jak słup kamienny – dni tułaczem,
Że lirnik co stał na skał wysokości
Jak święty zbrodniarz w księżyca jasności,
Rzucił się w nurt wiślany z Tyńca skały –
I już go oczy moje niewidziały...
Porwałem syna –
Trupa mego syna!...
I poleciałem jak gwiazda szalona
Z dróg swoich mlecznych wśród gwiazd wyrzucona,
Co ledwie błądzić skończy – znów zaczyna!...
O! biedny gnałem, gdzie mnie moja wina
Gnała – poczuta potęgą boleści –
Serce mi pękło – mózg pękał i słońca
W oczach mych zgasłe – bez świetlanej treści
Leciały w jakieś przepaście bez końca!...
Leciałem – bolem skrzydlaty – a ciszą
Grobową ziemia jak jedna mogiła

Umilkła, w której listki się kołyszą
Śmiertelną pieśnią – którą śmierć stroiła –
Co śni się zmarłym pod ziemią marzącym,
Z robakiem w trumnie cicho szeleszczącym…
Oślepłem botem nad moją ofiarą...
Zbrodni mych!... z duszą szatanu wzajemną
Szedłem – zaśmiałem się – i on był zemną
Czarny duch złego…
Klasnąłem mu w dłonie –
I byłem królem w piorunów koronie,
Gotowym dziecka mego trupem ciepłym
Cisnąć na ludy wszystkie! całej ziemi...
By je bolami śpiekielnić mojemi…
Ale na Polskę moją – nie!... nie!... skrzepłem
Pękniętem sercem, zawsze ją kochałem
Więcej jak dziecię, nad którem płakałem!...
W dali dzwon skałki płakał gdzieś nademną,
Bo dzwon Zwierzyńca pękł – piersią wzajemną!...
I moje piersi na pół rozpęknięte
Pruchniały!... dzwonie!… o! łzy twoje święte!...
Ja cię dziś słyszę, choć dzwonisz daleki,
Na wieków wieki!...
Stałem nad Wisłą – patrzę jak dąb w dali
Coś płynie, płynie, że się fala żali...
To trup lirnika siwobrody, płynął -
Był uśmiechnięty – rzuć mi lirę! Skinął –
A więc podniosłem tę lirę przeklętą,
Co mi zabiła syna!... lirę świętą,
I wyrzuciłem ją tam! do miesiąca
W górę!... że jako gwiazda spadająca
Leciała w Wisłę … jęcząc w jęki wieszcze
Wołała powstań! postań! czas nam jeszcze!...
I padła w piany wierna stopom jego –
Przysunęła mu ją ku piersi fala...
I tak płynęli – z nad czoła bladego
Pierścień księżyca starca się użala –
Aż mu na piersi lirę położyły
Fale – i zbiegły – i w dal popędziły…

I kiedy księżyc wsunął się za skały –
Oczom mym lirnik w falach niknął biały!...
I zniknął płynąc!... o! gdzieś ty zapłynął,
Lirniku biały, coś po lirę skinął –
O! czy twój upiór u wrót mego ludu
Łkając wędruje i szepcze pieśń cudu,
Czy ciska ziarna skier, co noc pochłania,
Czy grobom śpiewa pieśni zmartwychwstania ...
O! mój gołębi lirniku z lireńką –
Żyjesz ty wiecznie w ludzie z twą piosenką,
I mego miecza blask w świetlane cudy
Przez pieśń twą tylko pójdzie między ludy!...
Więc cisza tobie!... a kiedyś Wisława
Pieśnią powstanie – piękniejszą niż sława…
A teraz żegnam cię ja król pokutny,
Z rozdartą piersią – ja niemy – tak smutny!...

. . . . . . w nieskończoność biegłem –
Z ciałem dziecięcia – co mi się łamało,
Co tak anielsko ku mnie się tu śmiało
W Wisławy uśmiech – że łzy wywołało
O! jak wilk wściekły nic już niepostrzegłem
Ni niesłyszałem! przez – bagna – przez lasy,
Przez dzikie kraje – lasem w cudzą ziemię!...
Wśród lasu, pustyń i bagien – na górze
Stał stary klasztor mnichów, co w kapturze
Pędzili lata pustelne wśród lasu,
Pośród modlitwy, postu – i niewczasu –
Gdym się tam zawlókł – u bramy klasztornej
Pukam…
I błagam u mnichów litości,
By pogrzebali synka mego kości,
Co się już psuły... w śmiertelnej nagości...
A pójdę dalej – w świat czarny, potworny…
Staruszka ślepa - o! i bardzo stara,
Jako zbudzona Piotrowina mara
Stała u fórty, i drżąca pytała
Skąd ja wygnaniec idę?...

Kiedy rzekłem»
«Jam jest Bolesław!
To trup mego syna»
Padła na głazy i z jękiem konała,
Że ledwo ku niej drżący się przywlekłem –
Jęczała – straszna! Boże! Moja wina…
I ręce ku mnie ciągnęła w konaniu
Wołając «Wnuk mój … o biedny chłopczyna!...
«I prawnuk … chodź tu o biedny w zaraniu
«Wnuku mój!... jam jest – Ryksa!...
«Ja przeklęta
«Której występki kraj dotąd pamięta
«I Bóg pamięta!...»
Skonała – –
W świtaniu
Oświtłem okiem – a mnich, co stał z boku,
Zawołał, precz ztąd!... precz! Pod klątwą podły!...
Ni twoje – ani twego syna ciało
Nie będzie w świętym grobie spoczywało!...
Precz!...
I uszedłem w lasy – między jodły
Szedłem, gdzie oczy błędne mnie powiodły –
Lecz tobie biada! sługo chrystusowy
Coś niemiał serca dla grzesznika głowy!...
Ma zbrodnia karą mą tam! w duszy na dnie!...
Lecz taka ma klątwa – wam! na głowy spadnie,
Bo zamiast podnieść jak łotra na krzyżu,
W otchłań strąciła. –
Na ręcem porwał ciałko mego syna,
Jako zwierz dziki ból mój pożerałem
Co mnie pożerał…
Wśród burzy grzebałem
Dół…
A gdy w dole był złożon chłopczyna,
Raz jeszcze w bladą twarz jego spojrzałem
I uchyliłem mu powiek…
Milczałem –

I odgarnąłem mu włoski…
Milczałem –
Ślepy boleścią . . . . . . . . . . . . . . . . .
Potem grudami dół ten zasypałem
W nim moje życie – moje wszystko!... miałem!
l siadłem na tym grobie w zawierusze,
I krzyż mym mieczem ciosałem mu cichy,
Jak boleść serca – i wspomnienia pychy –
O! i upadłem niemy na tym grobie
Jak głaz nad grobku – niemy w bezżałobie
Bom był szalony! straszyły mnie mnichy,
Jak chmura kruków rwąca sobie, sobie
Ciało dziecięcia . . . . . . . . . . . . . .
Burza wśród boru z wichrami, grzmotami
Waliła jodły i trzęsła lasami,
Ja na dzieciątka klęczałem mogile,
Jak długo nie wiem – wiek –
Czy życia chwilę
Chciałem się modlić za nim – czy do niego –
I padłem o ziem – a gromy co biły,
I sosny w burzy modlitwę kończyły –
Którąm ro[z]począł mdlejąc dnia onego
U dróg rozstajnych ducha człowieczego!...
Wicher szamotał skroni mej włosami
Co posiwiały tej nocy bez gwiazdy...
Kołysan wichrów dzikiemi modłami
Jak orzeł co się żegna z swemi gwiazdy,
I tuż – tuż przy mnie stary dąb się zwalił –
Ale mnie nie tknął –
Bo mnie ból przywalił!...
Zdrętwiałem ciała brzemieniem...
W potoku
Żłobiąc z kałuży burz, jak pies we zdroju
l słysząc mnichów klątwy w niepokoju ,
I klątwy dzwonów co giną w obłoku
Niby zasnąłem – czym zamarł –
W tym znoju…

A ponademną wzniósł się cień Wisławy
Na ręku miała synka co był łzawy –
Niebieskie oczy miała zapłakane
A szaty w perły łez moich odziane!...
O! na ten strój twój wypłakałbym oczy!...
Tak ci w nim pięknie aniele proroczy !...
I uśmiechnęła się – i dłoń podjęła –
I niknąc rzekła:
«Jam Cię nie przeklęła!...»
«W radości niebios ja jednam jest smutna,
«Łzy rosy sieję po tobie rozrzutna,
«O! ja Cię kocham, bom smutna po tobie
«W weselu niebios, że mnie już anioły
«Zwą siostrę uśmiechniętą w swej żałobie...»
Już więcej cierpień niż grzechu nad czoły
Ludzkiemi!... i rzekła w gwiazd konania dobie
I z złożonemi na piersiach rękami
Znikła – owiana tęczami! gwiazdami!...
Z zapłakanemim zbudził się oczyma,
I zadziwiłem się, że jej tu nie ma,
Bo zdało mi się budząc się ze łzami,
Że usta moje ktoś we śnie całował,
A ja całować nie mogłem ... ustami!...
Przetarłem oczy nieco ukojony,
Jakby mi z piersi runął duch strudzony,
Dalej powlókłem nędzne moje kości
Ku górom Węgier…
Gdzie mej waleczności
Tron Salomona był dziełem… [33]

XVI.

Stroskane
Oczy podniósłem na oblicze jego?
A gdy runie zaznał, i pytał z którego

Kraju przybywam? kto jestem? i poco?...
Okiem mu w oko cisnąłem, jak procą –
Że mu się strumień łzawy rzucił z powiek –
«Najnieszczęśliwszy z wszystkich ludzi człowiek»
Rzekłem – a on leżał w mem objęciu
I na tron powiódł – i odział w swe szaty,
Dwór hołd mi oddał – lecz gdyby dziecięciu
Już obojętne były ziemi światy…
Bo niósłem z sobą piekło w mojej duszy!...
Iskry, od których serce się rozkruszy,
Jak deszcz szatanów mnożyły się z laty!...
Już biesiadników wrzask ich niezagłuszy –
Byłem puszczykiem śród nich. W dni niewiele
Już poseł z Rzymu z groźnem zażaleniem
Stanął u króla – na duchownych czele,
Że wyklętego przyjął z uwielbieniem…
Wtedy w noc czarną kij wziąłem w me dłonie,
I nóż co miałem – zatopić w mem łonie,
Lecz z gór Węgierskich chciałem przed skonaniem
Raz jeszcze Polskę ujrzeć z zórz świtaniem!...
Rzuciłem milcząc, tajemnie te progi
I dążąc w góry na Polski granicę,
Szedłem przez lasy – skały i rozłogi,
Gwiazdy – to moje bywały gromnice...
Wśród lasu szedłem nocy za światełkiem
Robaczków świętojańskich, migającem,
Do Polski wciąż mnie górami wiodącem;
Nad kwiatów rosy gwieżdżących perełkiem –
I za koników polnych poświstami
Rozpustujących między kwiatów łzami…
Aż nagle – niewiem czy po psów szczekaniu
Które poczciwiej u nas ujadają...
O! czy po woni kwiatów które mają,
U nas piękniejszą woń gdy łąki mają,
Czy po skowronka rozpłakanym śpiewie,
Po dzwonie – czy po rozmodlonem drzewie,
Uczułem żem jest znów na Polskiej ziemi –
Czułem się jako ci, co są zbawieni –

Niech mnie o żywot ludzie niepytają –
Gromy na niebie – na kwiatach łzy mają!...
I padłem dziko na polską ziemicę,
I tu zaszedłem – w te skały – gdzie świecę
Iskrami duszy, co już odlatuje –
O! przebacz – przebacz – lecz dni moje truje
Boleść mej Polski –ona niech zwolniona
Będzie – a wąż mi odpadnie od łona!...

XVII.

Umilkł – i nie mógł wyrzec więcej słowa,
Cień jasny podał mu ciało, krew Pana,
A wśród jasności opadła mu głowa,
Spotężnion znów się zerwał – na kolana!
Gdy aniołowie nucili – Hozanna! –
Jeden z aniołów koronę cierniową
Wlożył na skronie banity a króla
Nucąc: «Przed wieki ja tak skroń Piastową
«Uwieńczył niegdyś obok pługa, ula,
«Gdy inne ludy w złocistej koronie
«Zabędą Pana, wy nieście do końca
«Ten wieniec cierni gromów – w tej koronie
«Jaśniej nad gwiazdy i jaśniej nad słońca!...
«Pan mi rozkazał i pod Piasta strzechę
«Zaniósłem wieniec ten i serc pociechę,
«Dziś ci go daję – będzie twój na wieki!...
«A kiedy skonasz – w przyszłości dalekiej
«Będziesz wśród skał tych jeszcze pokutował
«Zbłąkanym w śniegach drogę pokazował [34]
«A kiedy kraj twój po wiekach, w niewoli,
«Jak Pan pod krzyżem wśród narodów padnie,

«Gdy mnie zwątpienie i niemoc owładnie,
«Wtedy ty będziesz Panu Ojców kwoli
«Serca tych krzepił, co w pośród zwątpienia
«Nadzieję w jasność stracą wśród zaćmienia –
«Dziś pokutnikiem umierasz w świętości,
«Niebo pełnemi obejmujesz ramiony,
«Boś wie do Boga modlił w dniach młodości
«Boś w twej młodości był błogosławiony!...»
O błogosławieństw palą mnie promienie
Kiedy los Polski mym oczom jest, ciemny!...
O! Boże mnie strąć w piekielne płomienie,
Duch mój ci będzie wdzięcznością wzajemny,
Lecz duszę moją o losy ojczyzny
Uspokój … balsam ten – zgoi me blizny!...
Wtedy rzekł jasny cień nad nim stojący
Jak słup ognisty drogę wskazujący –
«Za to, że Polski rany Cię bolały,
«Więcej niż twoje własne! w duchu bracie
«Za to, żeś kochał bojem oszalały
«I młodą duszą modlił się … w s[z]karłacie,
«Bóg wiele temu przebaczy w starości,
«Kto się do niego modlił w dni młodości –
«Więc tam w błękitach jaskini otworu
«Patrz duchem!... w dali z nad gór – wód i boru
«Na falach wieków widzisz Polskę białą
«Mieniąca ziemię w niebo! spromieniałą –
«Lecącą w górę jak Pan – zmartwychwstałą!...
«Patrz! o! tam Polska! córa Boga żywa,
«Która siły jego piorunami pali,
«Na fali wieków –wielka — nieszczęśliwa
«Z krzyża swojego nad ludy się żali
«Za to że czołem bałwanom nie biła
«Że swą świętością w sobie się paliła!...
«A ona z krzyża płacze nad ludami,
«Jej na nim lepiej niż im z ciemnościami!..
«O! za świat cierpi! zbawia świat raz wtóry
«Trzęsie się ziemia! czołem biją góry!...

«Przepaście rodzą! A Polska szatany
«Raz wtóry strąca z ziemi – i kajdany
«Ludów druzgocze w bałwana niewoli!...
«I tylko złe – i ciemność ją tu boli!...
«I świat się zatrząsnął w posadach!... a w głębi
«Duch święty jasny! Słoneczny! Gołębi!
«Wstał z piersi Polski na świat dobrej woli –
«Ona na przyjście gotowała ludy –
«O! patrz za krew jej – za miłość i trudy –
«Ludzkość zbawiona! Wolna – w aureoli!...
«I ludem ludów!
«I cudem cudów
«Jest Polska Ojczyzna twa!
«Piekła zagasi jej męki łza!...
«Patrz! Wzlata w wieczność jak loty orlemi!»
«Polska!... to Boże królestwo na ziemi!...»
Krzyknął pustelnik – i skonał z radości –
Dźwięki arf duszę loty anielskiemi
Unoszą w niebo w bezgranic miłości!...

XVIII.

Cisza –
Na skałach, pustelnik już skonał,
Otwór znów zapadł – słońce zachodziło,
A odtąd w skałach Urycz się zasromał,
I stał się ludu tajemnic mogiłą –
O których wichry huczą w nocach burzy,
Szumią po skałach zdroje –
I grzmot wtórzy,
A tylko anioł w tych dźwięków rozdźwięku
Jak w lutni – którą stwórca trzyma w ręku,
Stroju dosłyszy – i prawd wiecznej treści
I człowiekowi da – w natchnień boleści!...

XIX.

A cień świetlany nad traw bujna fale
Wraca w niebiosy – po skałach – po szczytach –
Sunie się w chmurach po nad ziemi żale,
Aż cały jasny utonął w błękitach –
A za nim wzlata z arfą anioł biały,
Drugi z kielichem i jasnością chwały –
Już słońce gaśnie…
Gwiazdka drży, przyświeca
W Urycza dolinie
Śpiew aniołów ginie:
Boga Rodzica!
Dziewica!
Bogiem sławiona Marya,
U swego Syna
Hospodyna
Ziści nam!
Ziści nam!
Matka zwolona!
Kirje Elejzon!
Ziści nam!...
Amen!...

Kraków. 1856.


SAFO.

(POEMA.)
---

POŚWIĘCONE Al.***


                                                                Nie Grecy! – nie mam litości nad wami! [35]
                                                                                                       Byron. Giaur.
                                                                Bez czarnych oczu, bez jasnego lica,
                                                                Bez pocałunku przy świetle księżyca,
                                                                Takie się życie nie zdało nikomu!...
                                                                Jako pochodnia w rozburzonym domu...
                                                                                                           (z Indyjskiego.)

                                                                Da ihr noch die schöne Welt regiertet... [36]
                                                                                                         Schiller.



PROLOGOS.

Geniuszu Hellady wstań! – Śpiący snem smętnym nad ciszą morza wśród harmonii fal! Wstań! i oddaj mi urnę twoją popiołu i pereł pełną – a uśmiechnij się jak słoneczny Apollo w majestacie natchnienia, by mu odśpiewało sióstr dziewięć w śnieżnych Olimpu fałdach – a pieśń ich by łabędzio konała aż u stropu gwiazd, i opadła harmonią w Okeanu głąb!... O! smętność i woń jej boską kona harmonią – ale to nie ta pieśń która zawiała dalej niż loty Muz!... ona je przeżyła pięknością i stoi ich nadgrobkiem z bezimienną smętnością na czole melancholicznem, a bachanckiem ... co alabastrowy tęsknoty cień w winogron ukryła i lauru liść! ... Innej! postaci ja wołam serca tęsknotą – z przeszłości arfą wołam! jeźli za dźwiękiem nieprzyjdzie – nimfo Echo i ty motylo-skrzydły Erosie – lećcie zefyrem w zawody, by za wami idąc znalazła ją tęsknota serca mego. – Czy zadumana z usty jak pączek róż w półotwarty, do pocałunku gotowemi, dziesiąta siostra muz o cytrę wsparta, legła nad zdrojem szklannym, co grając po bławatów łożu, spada kryształów harmonią spienioną po zwalonych kolumnach marmurowych, i czołach pogruchotanych posągów, których szaty z pod fal lecących śnieżne, całuje niema Selene Fidiasza ostatnim pocałunkiem? ... O tak!... Niobą piękności skamieniała nad niemi ostatnią kolumną śnieżną – opleć wieńcem narcyzów jej stopy wędrowne, by pochwycona w bluszczowy uścisk ramion twoich, pocałunków twych piekłu nieuszła w zorzy perłowe objęcia – zorzy dziejów pierwotnej – konającej – by ci nieuleciała z łabędzim krzykiem: «αναγχη!»[37]


Wśród światów zamierzchłej [38] Hellady, z nad Styksu i Kokytu łzawych fal, z Korynckich kolumn boru wychylasz się ku mnie – o dziewiczy cieniu – wcielenie namiętności rozkoszą bólu konającej w pięknościach bez końca!... Jak słowik, w gaju palmowym co pała pieśnią ku róży – tyś ich Panią!... Pozdrawiam Cię jak dawno znaną zapałem duszy młodej – głosem strun lutni młodzieńczej witam Ciebie!... Pieśni mej tony z innych światów dzikie, szalone, nie jak orły pieszczone dłońmi Nimf Olimpu i karmione ambrozyą lub Prometeuszów sercem, ale miłości pełne i kochające piękność w piękności; tony te rozbiją się o pierś twą perłową, jak wały morza pian niosące w paszczach swych perły, i miotające je o skały, na których Selene osrebrzała senną postać boskiego Homera...
Lezbijska ty Filomelo, daj mi pochwycić dłoń twoją miłośnie drżącą – warkoczem twym wonnym otocz szyję moją – i niemą wieczność patrz mi w oczy!... lecz o poezyi nie wiedzmy nic! ... spojrzenie – będzie rozmową naszą na wieki, co chwilą będą!... Widziałem postać wiosny, co siejąc kwiatów wieńce i girlandy motyli, cisnęła pierwszy piorun na fijołków błoni przypadły do tęczy stóp! ... tyś piękniejsza! ... I przyjaźni postać dziewiczą widziałem, po której płaczącego dzieckiem, ukój mnie pocałunkiem twoim!
Ten sam węgiel, co w pierś twoją cisnął boski Apollo, pali w milczeniu pierś moją – ale pierś nasza nie jest jego lampą tylko, jak mówią ślepi i martwił ona jest w sobie światłością nam wspólną nie po to stworzona tylko by świeciła – ale świeci bo jest światłością!... I też Erosowe zapasy tęczą owiały nas jak łez perły namiętne na kwiatach! ... Twój uśmiech na pół smutny pojął mnie! bo my się znamy od wieków, tytanów sieroctwem! I tobie tylko ciskam – te iskry zapału, bo w piersi twej niezgasną, lecz żyć będą jak nasiona światłości!... a wśród głosów miliona – niesłyszę głosu, co by mnie pojął nad Ciebie!... Miłość! miłość! miłość! żyć i skonać z miłości! a więc bądź mi pozdrowiona słowem młodszego brata – Orfeusz Ciebie płacząc przeczuwał – i kochał Cię nigdy niewidzianą jego oczyma! Tyś posągiem piękności i ofiary, co schyla się ku klęczącemu przed bóstwem twojem, tak, jak raz tylko ukląkł – przed Psychą! – Boś ty wśród niewiast tłumu, wtórym duchem tego ducha, co w męzkim tłumie błysnął z piersi w niebopatrzącego Platona! tyś mu równą tęsknoty przeczuciem! – . . . . . . . a głosy wasze w harmonii sfer, nad śpiew Heleny, krzyk Kasandry i strumykowe szlochy Ifigenii, i Prozerpiny milczenie, łączą się dziś w akkordzie wieków jak dwóch źródeł dźwięk – jak dwu kwiatów woń – jaśniejsze nad połamane po chmurach nocy wschodzące promienie Heliosowe! ... Kto nas dziećmi natchnienia uczył?... Kto piękna moja, uczył nas? że na to słowo: «Hellas!» piękności tajemnicą się śmiejem, a zapał ogarnia uśmiech tęsknotą płaczący – i spojrzenie unosi w niebios błękity?... Geniuszu Hellady wstań!... Nam piękność życiem i śmiercią! miłości! miłości!...


Na dywanie łabędzim rozsypane fiołków girlandy po tobie – tyś wstała, i poszłaś z arfą nad morze pozdrowić Selene wstającą z pian i witać Plejady!... morze tam huczy daleko, demonów wabiącym rykiem – wielkim jak nieskończoność rozsadzająca skończoności granice!... Witaj mi cieniu ty boski! w którym ból niezłamał harmonii piękności! ... Ach! piękność twa złamana w Laokoona ból, wypogodzona uśmiechem duszy Sokrata, kiedy ją Barbarów dzicz spłoszyła – wzleciała skrzydłami czasu – aż długo niewidzialna, siadła na błoniach Auzonii!... ale ja Ciebie Helleńską wołam! ... Morze mogiłą naszą – śmierć nasza życiem naszem – wbrew twoim – i moim wbrew! ... Szalony szału’m pragnął – a tyś mi szałem na szał mój odpowiedziała! ... I ty ukochasz skałę moją jak jam ukochał słowo Hellas, na którego dźwięk łzy tryskają z duszy mojej!... i na dźwięk jego pierwsza łza moja — spotkała na licu twem uśmiech ostatni!... Lezbijski motylu ! ścigam Cię aż moim będziesz! a pieścić cię będę nad źrenicę oka mego – gdy Cię tęsknym bluszczów uściskiem pochwycę! – kolumnę nadmorską niemą, oplotłem u stóp narcyzów wieńcem, aż od ramion mych gorejącego życia stajesz się dziewiczą miłości narzeczoną! ... i szepczesz, stopy mam skajdanione!... a gdym wianek narcyzów rozwiązał pocałunkiem na stopach twych – jęłaś uchodzić gwiazdą w mgły przeszłości – ale porwałem arfę mą i zawołałem: Hellas i – wróciłaś – a jam się spytał serca twego, o piękna moja – kto nas dziećmi uczył piękność miłować dla piękności – kto usta nasze uczył całować? nie Endemion o cudna! kto je uczył śpiewać?... nie Orfeusz o boska!... o! pojrzyj tam! przed siebie – o to duch Prometeja połączeń już z ciałem Heraklesowem, zrośli się piersią – akkordem Tytanów pod stopy wieczności rzucili Klepsydrę Saturnową!... a więc witaj mi o boska!... samotna dziesiąta siostrzyco Apollinowa idźmy ku ołtarzom piękności bez końca i płaczmy duch wielkiego ludu – – żeglujmy razem jak orły gwiazd Olimpu i wołajmy wraz: Geniuszu Hellady wstań!


On powstał z snów – i rzekł – αναγχη!... [39]
i padł znów w bratnie Morfea objęcie – a resztę myśli jego niedomówionych szumiało morze o wschodzie słońca!...

CZEŚĆ I.


                                                                On kochał Grecyą!
                                                                                        Irydion.



       Myśli mej wichrem w te wieki zagnany,
Sam z moją lutnią, samotny, zbłąkany,
Jak lodź rzucona na brzegi nieznane,
W chwilach natchnienia czasem przeczuwane –
Zaklęte w słowo śpiewem mojej duszy –
Krzyknąłem głośno! że mnie grzmot nie zgłuszy
I po tych łąkach biegałem jak dziecię,
Po bujnych trawach o porannej chwili
W jasnej, ruchomej girlandzie motyli
Co wstęgą tęczy drżały w moim świecie –
Jednego błękit tam nadniósł motylka
Pancerz stalowy, skrzydełka pajęcze,
Gdyby kąpane w gwiazdy – kwiaty – tęcze –
Półboską była ta widzenia chwilka!...
Siadł pokołysać się cicho nade mną,
Pobłogosławił swemi skrzydełkami,
Potem uleciał, w błękity żeglował,
A ja rozkoszą porwany tajemną,
Serca mojego uskrzydlon szałami,
Motylam mego ścigał – i żałował!...

       Myśli mej wichrem w te światy zagnany,
Dotknąłem stopą lądu tamtych brzegów
Gdzie błądzą cienie w pośród drzew szeregów
I płynąc śpiewa strumień zwierciadlany...
Jakąś przeklętą czy wybraną ciszą
Przeraża w koło to głuche milczenie,
Liście harmonią żalu się kołyszą,
Słychać cyprysów żałobne westchnienie,
Co się schylają w zwierciadeł strumienie...
Przestrzeni cicha! drzew odziana lasem
Nie jesteś smutna – lecz i nie wesoła?
Czas twój już nie jest godzin ziemi czasem
I ziemska dola nie chmurzy ci czoła –
Jakieś tajemne owiało cię tchnienie –
Lecz ja pojąłem waszą smętność – cienie!
To Elizejskie pola – wielkiej ciszy –
Samotny w życiu, usty sierocemi,
Z tamtego świata nikt już nieusłyszy
Jak was powitam – Elizejskie cienie!...
I stróny lutni zagram wam smętnemi –
Pieśń moja waszej ciszy niezamąci,
Wzrok wasz choć błyska ku waszemu światu,
Pieśń ma się o pierś waszych kolumn trąci,
Perłę dopłaczę do tych łzawnić kwiatu!

       Strumień przez puszcze drga artistem drgnieniem
A nad nim smutnie zawisł wawrzyn młody,
Drzewo namiętnem objąłem ramieniem,
Okiem w grające utonąłem wody –
I kwiat konwalii z mych łąk uniesiony
Rzuciłem w strumień – popłynął rzucony,
Z pod lauru'm tęsknem za nim szedł spojrzeniem!...
Na tych gałęziach lutnię zawiesiłem,
A srebrne fale po bławatów łożu
Dzwoniły głosem uroczym i miłym,
Ginąc gdzieś w jasnein bez końca przestworzu –
Te listki lauru pod kroplami rosy
Tak cicho – rzewnie – tak namiętnie drżały –

Żem spytał głośno: o! czyje to głosy,
I z jakiej piersi te dźwięki wstawały?...
Uszczknąłem małą gałązkę ze drzewa,
A za nią rosa jak łza się polewa –
I szeptnął cichy żal jak głosem śpiewu,
Ja jestem Dafne, kochanka Febowa,
Co trwogi czystej pełna, uchodząca
Stanęłam w ciszy nad zdrojem milcząca,
Ustkami równa laurowemu drzewu
I liściem z czoła porosła mi głowa,
Warkocze moje w rozpędzie rozwiane
W powietrzu przeszły w gałązki zielone –
Me łono kory pancerzem odziane,
W konary poszły ramiona wzniesione,
A stop mych palce w ziemię korzeniami
Pobiegły w ciemność ... rosę płaczę łzami!...
Tyś urwał gałąź z boleścią od czoła,
Bo laur się każdy odrywa z boleścią,
Więc idź młodzieńcze, kędy serce woła
Z dumą natchnienia, i natchnienia wieścią
Cienie te mile witać ciebie będą
Jak roje białych ptaków cię obsiądą
Bo one tęsknią za ziemią – za życiem!...
Więc ziemi, głosom rade, mgieł spowiciem!...
Idź! Idź – tam spotkasz cień boski natchniony,
Co ziemi zbrzydłeć nadgrodzi kobiety,
W dali tam postać odszukasz Safony
Nad pięknem licem, bez myślne szkielety!...
Więc dąż tam dalej, dalej ku lirnicy
Serca cierpiących łatwo się zrozumią,
A tu się duchy milczącej dziewicy
I głos młodzieńczy dobrze pojać umią…
Błądząc w tych krajach, pod tych gajów cieniem
Wiecznem, wymownem, łabędziem milczeniem –
Poznasz jej postać po konwalii kwiecie,
Który rzuciłeś w zdrój, co do niej płynie,
Ona go w dloni rada jako dziecię
Mieć będzie, bo jej woń kwiatka o świcie

Przypomni ... taki kwiat włożył w jej dłonie
Alkeos – gdy ją ujrzał – i na łonie
Złożony z sobą niosła całe życie!...
A mnie już zostaw! idź – pytaj jak dziecię!
Bo syn Latony zazdrośny!... motyle
Na zwiady lecą! idź! zostaw mnie samą
Niechaj przedumam nad głębią te chwile –
Jam jest nad smutną Elizejską, bramą
Strażnicą smętną – ciebie witam mile,
Bo wzrok twój węgli natchnienia zapałem
A twe milczenie krzyk boleści głuszy!
Jak światło w urnie nad grobem zdziczałym –
A więc nad smutną chwilę podumałem
I pół smętności jej już miałem w duszy!
Śledziłem okiem po kory mchu siwym
Kędy jej usta mogły być – i głośno
Pocałowałem ją – jak brat, tęskliwym
Mym pocałunkiem – i jękła żałośno...
Zdziąłem mą arfę, którą zawiesiłem
Na jej gałęziach –
                                Gałązkę, co wziąłem,
We włosach sobie splątałem nad czołem
I szedłem dalej – świat ten wzrokiem miłym
Kraj ten milczenia witałem milczeniem
On mię drzew niemem powitał westchnieniem!...

       Kroczyłem dalej po tych łąkach wonnych,
Kędy nieznane dla mnie, kwitły kwiaty,
Kwiaty przeczute w dumaniach ustronnych
Którym obłoki oddały swe szaty...
I niedaleko pod jasnej mgły szatą
Ujrzałem piękne – boskie! trzy postacie!
Każda mnie myślą witała bogatą,
Choć nie wesoła, nie smutna się zdała –
Trzech mężów cienie – i niewiasta biała
Jak gołąb – boska! rzekła mi:
                                                    Po stracie

Dziecięcia matce, smutno, choć z bogami,
Do nawet Zeus z swemi piorunami
O! niestałby mi za mojego syna!...
Ja jestem Tetis, ja z boskich jedyna,
Co z śmiertelnemi żyć tu przyszłam w ciszy,
Gdzie smutne cienie po burzach żywota
Błądzą, gdzie Lete po kamieniach dyszy
I jękiem śpiewu okala te wrota –
A czasem tylko kiedy w zapomnieniu
Cienie zabłądzą – Lete Perskie kości
Niesie na falach ... wtedy w przypomnieniu,
Hellada w dawnej wstaje nam jasności!
Rzuciłam wodne łoże, bo tam chwila
Każda mi smutną była ... o! bez tego!
Bez mego syna – mężnego Achilla,
Oto w objęciu mojem – widzisz – Jego!...
Achilles boski, gdyby nieśmiertelny
Na łonie matki miał złożone czoło,
A przy nim leżał miecz on wieków dzielny –
A tarcza jako Heliosowe czoło
Achilla tarcza, która równej niema,
Lśniła się w ręku drugiego olbrzyma,
Co nad Tytany silną, dumną dłonią
Z zachwytem wspartą o ziemię ją trzyma
I w nią pogląda – jak za sobą gonią
Strzały po strzałach, za wężami węże
Zbrojni na koniach – błyskają oręże...
Wre dzika bitwa ... a dołu ustronią
Zawiści tajnej czołgają się węże –
On patrzył w tarczę – niemo –
                                                       A dłoń mężną
Na Achillowem wspartą miał ramieniu,
O! dłoń ta równie dzielną i orężną
Po światów wielkiem błądziła sklepieniu –
Płącząc, że wszystkich niezdobędzie światów –
Skończył – młodości niezerwawszy kwiatów...
Kto on?... w Achilla tak bratnio pogląda,
Jak gdyby druchem był mu w czasach boju,

Choć odmiennego i lica i stroju
On sercem serca bohatera żąda,
W świat Grecyi w tęsknym patrzy niepokoju!...
Achilles w matki pieszczotach spowity,
Nie czuł, nie widział, wspomnień wyzwania
Aż wtóry dłonią wskazując skal szczyty
Wspomniał mu życia burzliwe zarania...
Pękła mu szata na piersi – i błysły
Jak gwiazda, którąby nosił na łonie
Pieśni Homera!... w laurowej koronie
Co nad Helladę jak gwiazdy zawisły...
To on! co nosił je na miodem łonie
Gdy marzył wcześnie przez pieśni – o czynie –
Zdobywca świata – na swych zwycięztw tronie,
To Macedonii gwiazda – co nie zginie!...
Achill się porwał na dziką wieść wspomnień
I mezką dłonią chwycił rękę brata –
O! znam was cienie! jasny mi wasz płomień!
To dwa olbrzymy co nad wieków falą
Stoją na krańcach Helleńskiego świata!...
Czołem wam wieki biją już potomne,
Po was się dotąd sieroce ruiny
Szmerem swych bluszczów elegijnie żalą,
Po was pękają żalem – choć niezłomne,
Padając z góry w Letejskie głębiny
Grzmotem walenia jęczą:
                                              Zgasły czyny!...
Obok Achilla cień trzeci – cień dumny!
To Patroklowych liców groźna postać –
Jako trzy wielkie przy sobie kolumny
Stoją – co z sobą niemogą się rozstać,
Bo by runęło oparte sklepienie,
Co na ich barkach wspiera swoje łuki,
Gwieżdzą jak jasne trzy światła promienie
Co świat objęły dziełmi chwały – sztuki!
A jednak bokiem dwie jasnych postaci
Cienie młodzieńców dwu tam przechodziły,

Splecione wspólnie ramionami braci,
Ich oczy w siebie bez końca patrzyły,
Z nich cale niebo przyjaźni wygląda –
Co, byle serca dwa przy sobie biły,
Nic już niewidzi – niczego nie żąda –
Tylko się śpiewem lub łzami spowiada !
To cień Oresta – w objęciu Pylada –
W niemej rozkoszy sobą upojeni
Jaśniej – niż w Euripida myśli ustrojeni!...
Jako dwa bratki na jednym ugorze
Przechodzą całe Elizejskie morze –
I nic niełakną – a tylko z litością
Patrzą w trzy cienie co przy sobie stoją,
Co się zbratały dumą i wielkością –
Oni z uśmiechem poszli w stronę swoją
Z trzech mężów śmiejąc się – bo świat ich cały
Dwa serca tylko – co jedno składały!...
I wyciągnąłem za niemi ramiona —
I rozpłakałem się jak dziecko w żalu,
A twarz ukryłem w dłonie, choć mil[i]ona
Gwiazd lampy lśniły w obłokach opalu.
O! właśnie, właśnie, przed wami’m skrył czoło,
Bym was niewidział gwiazdy!... tam w około –
Gdy w czarne fałdy płaszczu twarz ukryłem
A smętny powiew igrał mi z włosami,
Szmer usłyszałem za sobą – i byłem
Jak człowiek wspomnień otoczon żmijami,
Które wywabił graniem fletu z nory –
I grającego – spowiły – potwory!...
Gdym płaszcz odrzucił – po nie długiej chwili,
Postać mnie nowa urokiem zachwyca,
Ona mnie okiem wabiła tak mile,
Za sobą wlecze – i jak zdrój pochwyca – –
W wir oznamienia modrem swojem okiem,
Co taką rzewną pali się miłością ,
Jak pierwsza gwiazda co słońca prorokiem ,
Gdy noc przygniata ziemię swą ciemnością...

W śnieżnych ma dłoniach wieńce i narcyzowe,
Warkocze płyną przez alabastrowe
Jej piersi fale i śnieżne ramiona –
Jak u skał źródła, jasne, kryształowe:
W słońcu odbite … co wieczorem kona!...
U ramion skrzydła jak dwa motyle wieją,
Uśmiech jej czysty jak dolki źródlane
Kiedy w nie dziecię swawolną koleją
Rzuca to róże – to fiołki zebrane –
Los jej mi zdał się najmilszym już losem,
I zgadłem wszystko z jednego spojrzenia
I cicho rzekła mi słowiczym głosem,
Pełnym pieszczoty i rozgołębienia:
Jam Hipermnestra, ja córa jedyna,
Com niesłuchała Ojcowych wyroków,
Sztylet mój morska ukryła głębina,
A włos Zeusa doleciał z obłoków –
Jam jest Danaïda, co nieposłuszeństwem
Zjednałam sobie wieczne łaski nieba,
Olimpu piorun niebył mi przekleństwem,
A chleb mój innym od sióstr moich chleba...
Chodź, daj mi dłonie, ja ci jak dziecięciu
Okażę dzisiaj krwawą pracę trudu,
Pracę przekleństwa, pracę wygnań ludu –
O! pracę sióstr mych czterdziestu dziewięciu!...
Widzisz tam u stóp tej skalistej góry
Jak mrówki żwawe wiją się w zawody,
Chcąc w mały otwór laniem wody z góry
Wyczerpać całą głębią morskiej wody –
O! biada – biada! widzisz tam nad niemi,
Nad każdą stoi okrutny i mściwy
Kyklop ich strażnik – z piersiami krwawemi
A każden z nich od jednej był zabity,
Ojcowskich noży ostrzem w pierś przeszyty...
Ale tam w dali – mój cudny! mój miły!...
Ten młodzian smutny – o ! to mój kochanek,
Co już zatęsknił za mną ... i me siły
Jak siły kwiatka, więdną w chmurny ranek.

Bez niego tutaj ... o! lecę ku tobie!
Lecę mój miły!... i w wspólnem objęciu
Znikli wśród gaju – i w wspomnień żałobie
Minąłem pracę – czterdziestu dziewięciu!...
W tem śmiech goryczy – gdyby hyeny wycie,
Zaryczał z dali dzikiem chychotaniem
Kto go usłyszy – temu smutne życie!
Jak gdyby Lupa Romy skowytaniem
Pędziła, kiedy jej skąsał wymiona
Romul, że bólem gnała rozwścieklona...
I dzika postać co na chmurnem czole,
Dwa rozżarzone węgle w dołach miała,
Gdzie były oczy – niemi tak strzelała,
Że ten, w którego spojrzy, poczuł bole
Bo patrząc rany wzrokiem wypalała,
Jakby się chciała za swoje miłości
Na każdym z ludzi mścić – i na lud[z]kości,
Na wszystkich Bogach ... na sobie! namiętna!...
Każdemu z cieni straszliwa i wstrętna,
Podlatywała choć pełzła po dole
Krzyknęła zdała: Ha! żywe pachole!
Plująca pianą i strutym oddechem
Witaj mnie czule!... ja jestem Medea!
Co ucztę krwawym napełniłam grzechem!...
I niosę życia zwycięzkie trofea
Łby moich synków jak kwiaty u łona
I w ręku berło – to serce Jazona –
Rozdzieram wiecznie, na miliony części
A jednak zniszczyć, zniweczyć, nie mogę
Tak lecą wieki, a ja w mściwej pieści
Dzierżę to berło i rozsiewam – trwogę –
Jak pajęczyna lekka i zjadliwa,
Co się na kwiatka listeczkach zaczepi
I barwy splami, zmota w swe przędziwa
I oddech woni zdusi, zasklepi,
Tak tobie chciałem – nim dalej polecę,
Zatruć ten urok Hipermnestry [40] cienia,

A teraz żegnaj! oczyma ci świecę
Wichry mnie niosą! wleką! w kraje cienia!...
Za nią gnał Jazon, niemogąc dogonić –
Z rozdartem łonem wołał: Ja bez serca!...
Oddaj mi serce!... kobieto szydercza –
I znowu oczy musiałem zasłonić!. .
I znikli szarpiąc się w wichru pęd dziki,
I wszedłem w nowe cichych drzew chodniki –

     Księżyc szedł niemo z nad letejskich brzegów,
I była cisza pośród drzew szeregów,
To była długa i mglista ulica
Topól, co w niebo rosły filarami,
Szemrząc w zadumie mgły, gdy nów przyświeca
I rosę listków muska promieniami –
Perypatetyków to chodnik cichy,
Kędy stał we mgłach biały posąg Psychy...
O! żywa ducha prac pierwsza świątynio!...
Twe cienie tak mnie zadumanym czynią!...
Tu źródło pierwsze wiedzy – i tęskności,
Co siebie pyta – tęskna niewie czemu,
I z siebie snuje świat swojej twórczości
Ze swego wczoraj – wróżąc jutru swemu,
Tu z źródła prawdy przyjaciele mądrości
Człowiek pił najprzód! o nic rzewniejszego,
Nad ten początek myślenia ludzkiego –
Gdzie duch z natury – spojrzeniem sam w siebie
Przeszedł – i spytał się czem jest – zkąd idzie
I dokąd dąży, jak gwiazda co w niebie
Żeglując w słońca promieni nastroju
Kona – a słońc zwierza się Irydzie!...
O duchu ludzki wielki w twym rozwoju!...
Witaj lecący na geniuszu skrzydłach
Ku prawdzie, w wiecznym, twórczym niepokoju!
Ślepy z tęsknotą przeczucia, do słońca
Słońc – tam się zrywasz w snów twych malowidłach.
Którychś niewidział – co niemają końca!...

Z tęsknotą wieczny ku nieśmiertelności,
Co zawsze smętna i niezna spoczynku,
Jak co zdrój rwięcy płynie w toń wieczności,
Aż swej, modlitwą, pracy, w upominku
Wymodli sobie prawdę – jasną, całą,
Co odtąd za nim już pieśnią wspaniałą
Życia się modlić będzie i wymodli
Mu nieśmiertelność absolutną ducha!...
Przed którą cieniów się duchowie podli
Skruszą – i pęknie wąż ziemi łańcucha!...
Wśród tej ulicy jak ruchome mrowie
W białych się fałdach sunęli mężowie
Z jasnemi czoły – pięknemi rysami,
Wyniosłych kształtów – z smętnemi oczami –
Ci w miejscu stali – ci szli prędko razem,
Ci zwolna – całość ich była obrazem
Pszczół, co pracują chociaż nie dla siebie –
Mądrość ich miodem – ludzkość w wiedzy niebie
Celem ich pracy – i woli żelazem! –
Rozkoszy ducha! kiedyś obiecana
W dreszczach natchnienia, męką przeczuwana,
Po męczenników myśli ciemnych stosach ,
W deszczach piorunów – i dojrzałych kłosach,
Ty błyskasz czasem jak tęcza poranna
Ku słońcu drżąca w wodospadu głosach!...
Prawdo! tyś źródłem słońca słońc jedynem,
Po tobie człowiek – sierotą choć synem
Lecz czuwasz nad nim – co czuwa tęsknotą –
Bo on twym synem – choć dzisiaj sierotą,
I kiedyś w splotach harmonii łańcucha
Pociągnie z tobą na rozkosze ducha!...
Mężów tych cienie rozmawiały z sobą,
Jako łan kłosów szumi ranną dobą –
W głębi Jońska szkoła wędrowała –
W cichej rozmowie duchem obcowała –
Nad samodzielnym pierwiastkiem natury
Co złożył wszechświat – w niebo rozwiał chmury –

A część ich druga przecząca mówiła
O ciał zbiorowej potędze – co z siebie
Ciągła przemianą – byt życia tworzyła
I byt w atomów wskrzeszała pogrzebie...
I stał osobno nad wybrzeżem «wody»
Tales z Miletu w głębie zapatrzony –
Lecz patrzył w Lety przebieg nieskończony
I jej przemiennych kształtów badał płody –
Dalej stanęło kółko zadumane,
W środku był Anaksimenes sędziwy,
Mówił o prawach oddechu harmonii,
Lecz przeczył Diogenes z Apollonii,
A Heraklitos wraz z Ferekidesem
Słuchali długo – z Anaksimenesem,
Zdali się czasem godzić i znów szaty
Na znak przeczenia – darli, tak że w szmaty
Jako żebracy pierś mieli odzianą,
Szata ich dziwnie była zaniedbaną...
Anaksimandra cień ku Talesowi
Dumającemu przysunął się w ciszy,
I o wieczności jął mówić z nim wdowi
Tęsknotą jakąś, po niej – i powoli
Poczęli stąpać cieniami topoli –
I we mgłach znikły cienie towarzyszy –
Dalej się wielkie koło utworzyło,
W którem dwóch starców wraz sobie przeczyło –
Założonemi rękoma i głową
W bok pochyloną w płaczliwej zadumie,
Heraklit cierpiał nad Demokrytową
Szydzącą myślą – w śmiechu swego dumie –
Leukippos w smutnem sam błądził milczeniu –
A od nich w dali na wielkim kamieniu
Leżał jak posąg myśli w zamyśleniu,
Z czołem na dłoni opartem zaduman,
To Anaksagor – olbrzym! co pokuman
Pierwszy z tajemnicami ducha świata –
Jego «nus» cicha jaźń, sobą skrzydlata
Już odłączona od materyi bytu –

Jej, królowała w chaosach rozświtu,
Acz się tu wcale niewyzuła z ciała...
Krok to olbrzymi! i przeczuwający –
Ku objawieniu tęsknotą płynący...
Na drugim głazie przy nim cień tam biały
Zasiadł – przed siebie patrząc niemo, smętnie,
On ducha swego trawił tak namiętnie
Żądzą prawd źródła – że mu usmętniały
Oczy – i dusza jak gwiazda stęskniona
Za rankiem – ta tajemnic narzeczona!...
Lecz choć się jego duch rozmdlał w tęsknocie
Zadumy, rozum jego myśli swoje
W figurę cyfry zaklął – i te zdroje
Ujął w potęgi ład – w tworzeń robocie –
O! ty byś jasny, piękny, mędrca cieniu
Mógł być twej szkoły nadgrobkiem – bo tobie
Za ciasno było w Polykrata grobie
Niewoli – przetoś poszedł w świat – w milczeniu
A czyż za ciasnym nie jest i świat myśli,
Co w bezgranicach byt swój raz określi?...
Jak sfer harmonią, i dusz wędrowaniem,
Tyś smętny wiecznem wieków rozmyślaniem –
Obaj ci męże milczeli głęboko
Jak senne orły na skałach przed rankiem,
W oddai dzień już świtał i wysoko,
Wóz Heliosa toczył się chmur wiankiem,
Na nim Apollo świeltany kierował
Czterema wichry co się rozpędzały –
W koło rydwanu Muzy się trzymały
Za dłonie – śpiew ich poranek zwiastował –
Przed wozem w górze Jutrzenka leciała
Warkocze bujne w perłach już rozwiała
Na ziemię wieńce kwiatów rozrzucała –
A Eros przed nią z pochodnia lecący
Był jak podpalacz słońca gorejący…
O boskim był ten Foebus wzlatujący,
Wzrok jego gorzał Geniuszem Hellady,

Pięknością tylko byt rozkazujący,
Diannie oddał jej pierścionek blady,
Jeden młodzieńczy jego pocałunek
Zcałował wszystkie gwiazdy – na zórz niebie,
Namiętny był jak Helikoński trunek,
Ziemię jak lubą przytulił do siebie,
I lasy – wody – ptastwo – kwiaty – góry
W niemy dreszcz twórczą siłę – witały natury...
I gasły gwiazdy – zroszone cyprysy
Smętnie się we łzach swoich rozszumiały,
I rozwinęły się róże, narcysy –
Jakieś się śpiewy poranku ozwały –
A obaj starcy przy sobie milczeli,
Czasem na siebie w milczeniu spojrzeli
I tem spojrzeniem – już się rozumieli –
Jako dwie arfy co śpiewak na łodzi
Stroi na jeden strój – gdy księżyc wschodzi
A on je z ciszą morską porównywa –
I daje śpiewać morzu –
                                          Potem – śpiewa!...
W dali stał niemy Pytagorejczyków
Tłum – pierwszych – wolnej myśli meczęnników –
Co weszli pierwsi tam – gdzie dusze bolą
Strasznie – między wolnością – a swawolą...
I padli pastwą człowieczej swawoli
Bo pierwsi łańcuch szarpnęli niewoli –
Ku nim poglądał mistrz – i wstał z kamienia
Swego – i z niemi złączył się w rozmowie –
Miał coś z Spinozy – we mgłach zamyślenia –
I coś z Szelinga te sny duszy wdowie...
I w drodze niknąć z drzew powstałym szumem
Z nowym w ulicach spotkali się tłumem —
To Eleaci! [41] szli razem skupieni,
Przed nimi stąpa postać Xenofana, [42]
W dumę i pewność siebie zaufana,
I Empedokles [43] przy Parmenidesie [44]
Szli w grupie licznej w zgęszczonym tu lesie,

I z namiętnością rozmawiali głośno
O Panteizmie dysputą donośną,
Lecz zdało mi się, że ten las co szumiał
Więcej natury tajemnic rozumiał –
Niźli ci mędrcy, którzy znieśli światu
Jajko absurdu – i pleśń sofizmatu!...
Za niemi Siedmiu mędrców szło powoli –
Lecz tak daleko, że tylko Solona
Postać dojrzałem – jak rozpromieniona
Myślą – stąpała naprzód! w dobrej woli –
A z nim się złączył Aristarcha [45] chodem
Aristoteles – ;
                          I niósł zamyślony
Myśli przeróżnych ogrom zesklepiony
Ale pierś jego wiała dziwnym chłodem –
I absolutem swoim nieporywał –
Choć uczył myśleć – i ziemię wskazywał –
W oczach miał ogień – bez polotu ptaka,
Bez tej serdecznej lawy, co porywa,
Która w Platona każdem słowie śpiewa,
Co świeci – ale świecąc i ogrzewa...
A w ręku trzymał badając, ślimaka
I zdało mi się, że udrapowany
Szedł pierwszy Doktor Niemiec zadumany
(co na miejscu stał – był zadyszany …)
Z nim szli, Hellady logografi, starzy,
Których tłum z sobą świegotliwie gwarzy,
O swoich czasach, więc z Heraklitosem [46]
Kadmus, Damastes, [47] za Hekateosem [48]
Charon z Lampsachos, Antioch z Syrakuzy…
W końcu Herodot – co przeszłości gruzy
W odłamach dźwignął – i dał pokoleniom.
O! twoim dzięki podróżnym natchnieniom
Mniej o niejedną gorycz niewiedzenia!...
Cześć tobie duchu podań!... taka sama,
Jaką ci dały Aten pokolenia
Dały – choć już za tobą wieków brama
Zamknięta!...

                         Dalej w swych myśli skupieniu
Tukidyd! dłoń w dłoń przeszedł z Xenofontem,
I poszli w przyszłość w pośpiesznem milczeniu,
Niknąc pod ciemnym drzew i krzewów kątem...
Dalej Sofistów garść i Epikura
Wyznawcy z śmiechem i różą na czole,
Cyników gawiedź i Bachantek chmura
Z rozwianym włosem leciała szalona –
A z dali Stoa – równa wieków pszczole
W ul się garnęła, w spokój uzbrojona –
W oddali jeden cień stał w zamyśleniu
Wielki – jak światła słup w rozstajnych drogach
Światła i cienia – olbrzym co w milczeniu
Każdym się krokiem zdał deptać po Bogach –
Acz między nim – a sobą wielki przedział –
Wielki – o swojej wielkości niewiedział!...
Sam się przechadzał spokojny, samotny,
Milczący jak czyn – w słowa nierozrzutny,
Jak ojciec myśli –
                                Nie wesół – nie smutny
Czoło to jasne – i wzrok ten przelotny
Jak jasny promień padał w głębie duszy –
Jam go już widział ... gdzieś...
                                                     On – mi nienowy!
Tyrana tego, swej własnej katuszy –
O! jam go widział – znam ten znak grobowy,
Kiedyś przy jego popiersiu płakałem
A pod niem napis:
                                 Sokrates!
                                                   Czytałem! –
O cieniu! cieniu! wieków tajemnico!
Przed tobą dziecię, padłem na kolana,
I bałwochwalczą czcią cichą, dziewiczą
Witam twą postać, każda duszy rana
Tobie spowiada się głośną ufnością –
Ku tobie wielką porwana miłością!...
Rzekłeś – że dusza ludzka nieśmiertelna,
I że Bóg jeden, kieruje te światy,

Że jedna ręka – ich mieczem jest dzielną
Ciska te gromy – i barwi te kwiaty –
Tyś pierwszy w ręce dziejów smutnej ziemi,
Trucizny toast wniósł dłońmi białemi!...
Krwawej ofiary pierwszy apostole
Z Gwiazdą przeczucia na natchnionem czole!
On odrzekł cicho, głosem bratnim, skromnie
Jako za życia:
                        Do mnie! do mnie! do mnie!
Trucizna moja stała się nektarem,
Męczarnie gorzkie mojego żywota
Wskazały światła zatrzaśnięte wrota
Wskazały tryumf śmierci – życia darem
A jego wieńcem: prawda, miłość, cnota!..
A reszta marnie przeszła w otchłań zwiana
Jak wrzask Xantypy, śmiech Aristofana, [49]
Jak ostracyzmu rozbite skorupy –
I wiedzy ludzkiej – niegdyś – żywe trupy!...
Pierwszy upadłem na wieków przewodzie
Ofiarą prawdy mojej – jadu czara
Moim nektarem! bo o słońca wschodzie
Smutno się do snu kłaść, temu co czuwał –
Wiedziałem dobrze – że runie noc stara –
Każdy duch wielki sam siebie zatruwał
Taką trucizną – i nią w przyszłe lata
Pijemy toast ten – do końca świata!...
I przeszedł dalej w cichem zadumaniu
Gdym jego szaty dotknął w pożegnaniu,
I miałem dużą łzę! – że aż po śmierci
Znowu go spotkam … i on łzę miał w oku,
Lety nadpłyną wąż – stragan na ćwierci –
Ale na boku z daleka od tłumu
Stał tam cień jeden – jasny – jego czoło,
Jak słońce ducha z chaosów rozumu
Błyszczało białe – daleko – w około –
On stał oparty o stopy posagu
Psychy – i milczał w niebo zapatrzony –

Z na ramieniu mem mej arfy strony
Same zabrzmiały – jak gdyby w przeciągu
Westchnienia wichrów Eola lirnica
Co się Zefyrem pieści i zachwyca...
Spojrzał – przeczułem!...
                                             To jedno spojrzenie
Było za słowa – wymowne milczenie
Za potok mowy stało mi w tym świecie
Patrzyłem w niego jako w tęczę dziecię,
Jak orzeł w słońce w niemem zachwyceniu –
To on!... On jeden, do którego nieraz
W miłości świętem modląc się natchnieniu
Widziałem orła na wieków sklepieniu
Co w sfer harmonię płynął w zachwyceniu!
Co jak milcząco wzrokiem toczył teraz,
Nad starożytnym lotem wzbił się światem,
A nowy przeczul swej piersi wielkością,
Genialnych iskier rozświecił miłością !..
Nieraz go ludzie nazwali waryatem!
Co bolejącą wiekom dłoń przeczucia
Dał – jak drogoskaz – wyciągnięty w niebo –
Drogi – co wielkich dusz wieczną potrzebą!...
A potem Bogiem Olimpijskich bogów,
Ptakiem polotów myśli i uczucia,
Aż stanął biały u wieczności progów –
O! wieczność tobie mędrcze narzeczoną!...
A mądrość siostrą twej duszy zwoloną –
Porwałem arfę – uderzyłem w strony –
Bom nieśmiał na pierś jego paść – on głowę
Wzniósł – jako Zeus, co miota pioruny
Wsłuchał się w notę stron poezyi mowę
Jam arfą moją dzwonów udał brzmienie,
Co biją w świecie naszym w nieb sklepienie
Ich się rozdźwiękiem arfa rozemdlała –
Rosły w bez końcu – jak cichym wieczorem
Nad Wisłą grają po nad Bielan borem,
Jak po nad Rzymu bazyliką grała
W dzień zmartwychwstania ich harmonia cała!...

Wstawały z dźwięków konające dźwięki,
Co przędłem z arfy w miłośnem natchnieniu
Jak rozpłakanej perłami jutrzenki
Co na sen kwiatów lecą w ranka brzmieniu –
A jemu błysnął uśmiech zachwycenia
Totem łza ... duża! perła rozczulenia!...
« Czyto harmonia sfer się przybliżyła...
« Jam ją gdzieś myśli słyszałem przeczuciem,
« AIe niejasno się w mej głowie śniła
« Gdzieś za mgłą wieków ... w światach oddalonych
« Przyszłości mgłami jeszcze otulonych,
« Zkąd się dobywał taki dźwięk z uczuciem!..,
« Co to za głosy!... na tych gwiazd mil[i]ony? –
« Mistrzu!... to grają Chrzesciaństwa dzwony
« Świata co w przeczuci twoich łzach odbity
« Powstał – i światów ogarnął błękity!... »
I poszedł w przestrzeń, twarz okrył fałdami
Szaty fiołkowej – obejrzał się jeszcze –
Z wyciągniętemi za nim ramionami
Stałem – tęskniłem – i rozkoszy dreszcze
Czułem – wołając powróć! powróć jeszcze!...
A w tem ujrzałem, że miałem słuchaczy,
Tłum co się ścisnął jak wieńcem w koło mnie –
A mieli jasne lica – jak tułaczy
Polskich – jak gdyby – czuli – tu – ogromnie –
To Termopilscy!... bracia Leonida!...
O! któż ich wieńcom nowe wieńce przyda!...
Arfem im rzucił pod nogi w zapale
I niewidziałem – co wyrzec w mym szale
Aż zwołałem na nich –
                                         Polską mową!...
I zrozumieli mnie!...
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
                                                     Schylili głową,
I błogosławiąc memu narodowi –
Z czcią wyciągając ręce ku czasowi,
Waszej wam chwały nie zazdroszczę męże

Wielcy! lecz większa mego ludu chwała!...
Idźcie! nam nasze wystarcza oręże
I nasze arfy i myśl wieków śmiała!...
To chwała ludu – męczenników ludu
Ludu rycerski, i wieszczej potęgi –
Dumnym nad wszystkich Bogów waszych pychę!...
Bo on jest cudem dziejów – cudem cudu !...
I po nim niemasz nic wśród świata księgi,
Chyba ty jedna – boska – piękna Psyche!...
Lecz tu ujrzałem, że jej postać biała
Przy dźwięku stron co dzwony udawały,
Już z piedestału w niebo uleciała –
A za nią płakał Pelazgów tłum cały,
Starców klęczących w koło w białej szacie
W starości – i boleści majestacie —
Ujrzałem po niej pusty głaz – zdradziecko
Uszła w błękity tak dawno stęskniona
Mej arfy dźwiękiem chyżo uskrzydlona
I rozpłakałem się za nią – jak dziecko!...
Co powie Eros!... co Zefyr sierocy –
On odtąd w burzy się smutny rozkocha...
A Eros za nią głośno się rozszlocha,
Poleci szukać jej w błękit daleki –
Tak jak skowronki lecą – wiosn prorocy –
Przeleci światy – i przeleci wieki
W drodze mu serce bólem się uświęci...
I będzie leciał – w tęsknej niepamięci,
Aż znajdzie Psychę – tam ! u stóp Sykstyny
Za nim stęsknioną! – i już dwa aniołki
Przy sobie oprą się razem ramiony
Podnosząc wonne główeczki – jak fiołki!...
I chcieli starcy mnie ukamienować,
Że uleciała skrzydłami mej pieśni
Z pośród nich Psyche, nito ptacy leśni –
I przed ciosami głazów ujść musiałem,
Lecz aby w ducha pamięci przechować
Ból, co od głazu ich pierwnego miałem,
Kamień w dłonie uchodząc porwałem

Aby był węglem świątyni przyszłości!...
Lecz patrzę, głaz ten ach! Miał formę serca!...
Im skamieniały serca od starości
Kamienowali mnie niemi!...
                                                  Uśmierca
Zaiste taki ból – i taka rana
Już się niegoi – aż z krzykiem hozanna!...
Więc na ten kamień Iza mi padła niema
A od niej – głaz się znowu w serce zmienił –
Ach! i porwałem je dłońmi obiema
I powróciłem, gdzie się tłum ich pienił
Jadem, co wszystkie potrułby szyderce –
I odrzuciłem im – za kamień – serce !...
Tak go porwali jak zgłodniali ptacy,
I wystarczyło wszystkim!... o żebracy
Serc!... to już dobrze, kiedy serc żebr[z]ecie –
Wiedzcież! co serce może – choć ból gniecie!...
I dalej idąc znów nad Styksu łoże
Zaszedłem – w dali wielka łódź falami
Płynie, odziana świeżemi wieńcami
To Argonauci!... te postacie choże
W których się burzą rozkochało morze!
Kastor i Polluks we wspólnem objęciu,
Ach! i Orfeusz tam brząkał po lirze,
I łódź zniknęła lecąc w fal szafirze,
Mnie za nią tęskno było jak dziecięciu –
I zawołałem o! weźcie mnie z sobą
Bo i jam smutny, samotny włóczęga
A wspomnień moich zbogaci się księga!...
Bo podróżować przez świat z mą żałobą
Najszlachetniejszą moją namiętnością!...
I znikli w dali – wieków odległością!...
Od brzegu różne ich witały – cienie –
Pizystrat, Kimon, Pauzanias – w przestrzenie
Za niemi swoje rozwiewali szaty,
Z Aristidesem, Temistokles bratnio
Stali jak wielkie bliźnięta, co dały
Helladzie Bogi w godzinę ostatnią

Chwały najwyższej, na jej grobów światy…
I stał Tolmidas wódz z pod Heronnei
I wielki Agis z swemi rycerzami
Ducha Likurgów syn godny, nadzieji
Głosem wołali za Argonautami,
I stał Perikles ze swemi synami,
Jak chluba wieków boleścią tam blady
I synów wieńczył takiemi kwiatami,
Jako ich niegdyś na morowym stosie
Śpiących, wygnaniec, stroił w białe kwiaty,
I gdy tonęli w płomieniach, on w głosie
Zamarłym skargę uniósł w inne światy!...
Dotąd pamięta – jako ramionami
Spleceni, śpiąc – zniknęli z płomieniami!...
A on ich prochy w urnę marmurową
Wziął – i przy sercu tulił – dobę całą,
Aż od marmuru serce skamieniało
A on pożegnał ziemię narodową!...
Cześć tobie męża cieniu! tak Hellady
Prochy dziś niesiesz, ludu nędzą blady
Na sąd je niesiesz; gdy siądzie Przedwieczny,
Ty je wysypiesz z urny – w blask słoneczny! ...
Dalej Aspazya – szła za Periklesem,
Cicha – z milczącym szła Alkibiadesem
Oboje widno za ziemią stęsknieni –
O! waszych dni już – niema na tej ziemi –
Wolicie błądzić w bezgranic obszarze,
A unużeni, pić w Letejskiej czarze!...
Menander w dali z Aristofanesem
Szedł – i obadwaj byli bardzo smutni –
Mówiąc: w truciznę byliśmy rozrzutni,
Bośmy ratować chcieli świat, co z Sokratesem
Tu naszem szczęściem zatrząsł i bogami,
I naszych świątyń, pękał kolumnami –
Lepiej nam było o mędrcy! roztropnie
Mędrcy, tu bez was!... przeklęci! niż z wami!
To mówiąc poszli, śmiejąc się – okropnie!...

I znowu łódka Styksem nadsunęła,
O! niosła parę – co w sobie tonęła,
Młodzieńczy Parys przy boskiej Helenie
Siedział – jej dłonie objął, jej warkoczy
Heban zarzucił na szyję swą, oczy
W jej oczach topił – płynęli – w przestrzenie!
A Eros mały wiosłował potężnie
Jak Heraklową siłą, dzielnie, mężnie
Ale za Psychą płakał – a perłami
Woda mi jego łzy na brzeg przyniosła
I spoczął Eros – złożył ciężar wiosła
Łódź wolniej w ciszy sunęła falami!...
I gdy mnie ujrzał z zemsty żądzą wściekłą
Łuk porwał – strzelił – lecz się zasłoniłem
Arfą – i w akkord smutny uderzyłem
I stado ptasząt z niej – w przestrzeń uciekło...
Heleno! smętna krzyknęła od brzegu
Aspazya piękna – skąd ci dały losy
Tego młodzieńca kochać, który w biegu
Życia swojego niepomyślnych zdarzeń
Niegodzień szyi opleść twemi włosy ...
Ani on rycerz, mędrzec, ni poeta,
Ale on piękny!... Helena krzyknęła –
Piękny jak śnione marzenia mych marzeń!
Piękność to moja nad wasze zaleta!...
Zaśmiał się Parys ustami z korali,
« I niedałbym jej za was wszystkich cnoty !... »
Z szyderstwem skinął – i łódka zniknęła
W prąd chyży spadła, wodospadu fali
A w niej oboje – znikli wśród pieszczoty...
I nadszedł mądry, chytry i pancerny
Ulisses, za nim wlókł się ten pies wierny,
Co sam u ojców rozpoznał go strzechy,
Z odartem uchem – i bardzo mizerny –
I Penelopa nad niewiast pociechy
Radośna, wiodła za dłoń Telemaka...
I siwobrody Priam szedł z Hektorem,

Przy którym z synkiem wierna Andromaka,
Menelaus chmurny z mężnym Antenorem
I Agamemnon z zasłoną na twarzy –
O! tej zasłonie cześć! niech się nieważy
Ludzka dłoń tknąć jej pod klątwą cierpienia,
Bo tajemnice święte – rozbolenia!...
I Ifigenia jak ofiarna łania
Dziewiczo sunie się – i twarz osłania –
A słońce źrenic jej blasku ciekawe
Kwef jej przegląda – i całuje łzawe
Perły jej oczu łabędziej smętności!...
Z Elektrą Chrysotemis zasmucona.
Z Ismeną piękną, dumna Antygona,
I Hesiod chmurny poglądał przed siebie,
Swych Bogów śledząc po ognistem niebie...
Wtem pójrzę w dali – z łona wielkiej skały
Marmuru – dwa się kształty wyłamały –
Obydwa boskie – i na ukończeniu
Olbrzymiej siłym, ujrzał w zachwyceniu –
To Fidiasz z dłutem jasnem, piorunowem,
Kowal ze skały, jak Prometeusza
Herakl z łańcuchów uwalnia gromowem,
Ramieniem woli – co niewolę skrusza!...
A wolny – zanim w krainy Plutusa
Stąpią – objęli siebie w uścisk bratni
W uścisk Hellady – pierwszy – i ostatni!...
A Pindar śpiewał dzieje obu duchów,
I pomstę ducha co powstał z łańcuchów –
W pieśń tę wsłuchawszy się – pod płaszcz mój skryłem
Arfę, co na mem ramieniu nosiłem
Z pokorą w mistrza świat się zanurzyłem!...
Lecz z dali czarna nadciągała burza,
Łysnęło – grzmoty w koło zaryczały,
Jakby się wszystkie Eumenidy śmiały
I fale Styksu jako armia wstały
Bijąc o brzeg co się w ich pianie nurza,
Neoplatoników tłum jednostajny
Nadszedł – i przeszedł – jako tłum zwyczajny,

Tych naśladowców co po wielkiej myśli,
Olbrzymów, ducha przeżuwać tu przyszli
I smutno mi się nad niemi zrobiło – !...
A burza z nową coraz wstaje siłą –
I pociemniały – zatrzęsły się drzewa,
Huczy grom w skałach – i Boreasz śpiewa,
A Antalcydas – wspólnie z Eschinesem
Wleźli do nory w wypruchniałym dębie,
Jako jaszczurki trwożne, ząb po zębie
Kłapał im zdrajców trwogą – i skurczeni
Pozielenieli – a z Demostenesem
Szli męże Grecyi, co stali do końca –
Patrząc w pioruny – jako orły w słońca –
I ryknął piorun – strzaskał dębu łono,
W którym się zdrajcy skryli, i dym czarny
Brudno się rozwiał – jako słup ofiarny
Co wicher w przestrzeń rozgonił zmarnioną!...
Ezop się zaśmiał do Diogenesa,
Na tę piorunu zemstę...
                                           Sofoklesa
Postać wspaniała błysła nadpędzona
Wichrem, co miała coś Szyllerowego
W spójrzeniu jasnem – coś mglisto smętnego!...
I piękny przy niej cień Euripidesa –
I razem poszli w dal – gdzie piorun kona
Lecz myśl nie kona, żyjąc w pokoleniach
Jak echo wieków – w ludzkości przestrzeniach! –
Jak jasna chmura co w swem łonie gromy
Wlecze i dźwiga, by je cisnąć ziemi,
Szedł cień Aischyla z oczy natchnionemi,
Z kąd geniusz wieków wyglądał widomy –
Oczy gorzały jak Tartaru brama
Geniuszem – większym nawet – od Wiliama!
On rzeki: szczęśliwy wieszcz co na początku
Kamieniem w piersi został ugodzony,
Bo on jak Feniks po wiosen dziesiątku
Z popiołu czasów wstanie odrodzony –

A za nim jakiś cień czarny, ponury,
To był Herostrat, [50] co zstępował z góry –
Tam w błyskawicach błysły wielkie skały,
Na nich przy ogniu Tytany leżały,
A Anakreon w grotach utulony
Zwoływał Fauny, w róże uwieńczony –
Tak wśród tęsknoty i godzin zapału
Witałem cienie, co mnie spotykały,
Lecz jedne chyżo po drugich mijały
I każdy niknął – bladł – ginął pomału...
Hellado! więcej wielkich – tyś wydała,
W twem krótkiem życiu – niźli ludzkość cała!...
I nadsunęły się z chmurnej oddali
Trzy wielkie cienie z ciemnemi oczyma,
Wszystkie trzy ślepe były – w wichrów fali.
Co rozszalała się trąbą olbrzyma,
Trzej szli – i ręka ręki wraz się trzyma –
O, idą razem jedną myślą gnani,
Chociaż tak różni – oni byli ciemni,
A dziś w tym świecie światłością odziani
Widzą tak jasno – duchem tak wzajemni…
Choć wszystkim skronie siwizna okryła
Na każdym jasna nieśmiertelność była –
Jeden ma lirę jako słońce jasną,
Co na ramieniu gdy idzie, podzwania,
To Homer olbrzym! co gdy gwiazdy gasną
W wiekach, on gwieździ jak jutrznia zarania –
I w dzień jest słońcem, a księżycem w nocy
Tęczą po burzy – w burzy gromem mocy!...
On sunął naprzód niemy i ponury,
Jak wielki orzeł płynący wśród chmury,
Czoło to jasne bogatą siwizną
Było jak szczyty gór wielkich pod śniegiem
A jeźli ślepe oczy, to od słońca,
W które patrzyły wiernie aż do końca
Spokojem wielkim – ponad czasów biegiem!

Żem chwilę dumał czy ten cień tragiczny
Bardziej Dantejski był – czy Homeryczny –
To Patos Melpomeny – co nieustające
Choć co Patos – przód sobą samo niewiędnące,
W nim był zaklęty związek tajemniczy
Między geniuszem a nieszczęściem – wieczny!
Co z czoła jego urągał słoneczny
Wszystkim boleściom prywatnej goryczy,
Co przewędrował boso swą ojczyznę
I ślepej Grecyi oddał swoje oczy –
Ten emissaryusz pierwszy!... który bliznę
Ojczyzny tylko miał – i z niej pieśń toczy
Jak krew! a w bliźnie ojczyzny jak w słońcu
Gwiazdy blizn jego – zgasły i skonały
Tam – gdzie z łez jego łuk tęczy wspaniały
Wstał – objąć Grecyi ducha – na jej końcu!...
Wtóry Teiresias, co na tarczy czoła
Wieszcze ma światła jak iskry piekielne,
Kogo on na sąd fatalny powoła –
Biada mu! niechaj zadrży co śmiertelne...
On jest jak Fatum – co nieubłagane
Posągiem stoi – w pioruny odziane –
Bogom i ludziom zarówno straszliwe,
I chwytające – w więzy niezelżywe
Żelaznej ręki mieczem – zawsze żywe!...
Trzeci to Edyp – starzec nieszczęśliwy,
Co dzisiaj jasno jasnością ofiary
Patrzy jak sokoł na wiek cierpień stary,
I klnie Jokasty cień blady, pier[z]szchliwy –
Za niemi smutna, szła od gwiazd piękniejsza
Córka Homera z oczy gołębiemi,
O! miłość córki z uczuć najwznioślejsza
Co juk orlica pióry słonecznemi
Nad wszystkich szczytów szczyt – staje szczytniejsza!...
Kędyś wy starcy idziecie tą drogą?
Za wami tęsknie gonię okiem, dzielność
Waszą ubóstwiam łzą wzruszenia błogą –
Oni przechodząc rzekli:

                                        W nieśmiertelność!
Tu burza wszystkie wichry rozpętała –
Tak że mnie w wielką jaskinię zagnała –
Wchodzę – w ciemnościm stanął – i sklepienie
Stalaktytowe gubiło się w głębi –
W toń błyskawicy zapadło łyśnienie,
I w grocie kilka ujrzałem gołębi,
Na wielkiej urny alabastrze śpiące,
Jak dusze wieszcze – zaklęte, milczące –
Urna ta w środku na kolumnie stała,
I wśród ciemności gwiazdą się być zdała –
Przy niej niewiasty cień stał nieruchomy
Jak Melpomeny posąg – z skarg złożony –
Jako słup soli u Gomorrhy drogi –
Stała niewiasta – czy jej cień złowrogi...
Postać ta straszna grobowo milcząca
Jak wulkan co wyrzucił wszystkie żary.
Dziką się zdała – i pełną ofiary,
Chmura jej włosów jak płaszcz się wlekąca
Wiała ... a z skroni opadał kwef szary...
Oczy jak węgle gasnące świeciły
Ręce żylaste – zszamotane były –
A pierś jej dziko robiąca świadczyła
Że się Apolla iskrami paliła – –
I stał ten posąg straszny, piękny, miły –
W ciszy ciemności – a widomy tylko,
Gdy błyskawica w grotę padła chwilką,
Czasem z zadumy głowę podnosiła –
To Kassandra była !...
Zdała się Nioby córą niepieszczoną,
Co skamieniała Hellady boleścią,
I była jak Geniuszu narzeczoną
Co się mści lwicą – sieje moru wieścią!...
Dozwól mi, rzekłem, przy grzmotu odgłosie
Co konał w dali, schronić się przed burzą,
Znużyłem ducha i ciało w chaosie
Waszym – niech gromy wrażeń mych dowtórzą…
O! rzekła dzikim i ponurym głosem –

Straszniejsza burza me łono paliła
Nie było groty, co by mnie ukryła
Przed nią – i los mój był nieszczęścia losem!
Kochałam głazy – i widziałam zgubę,
Co miała zniszczyć me krainy lube!...
Kędy najpierwsze wieńce uplatałam
I pierwszych ofiar stosy podpalałam! –
A dziś – runęły i ludy i Bogi,
A tu ciemności tej groty złowrogiej –
Patrz z ducha Grecyi – co tutaj zostało –
Ta urna! a w niej – popiołu nie mało!...
I przed niememi padłem popiołami,
Płacząc geniuszu, co usnął w narodzie,
Grota się trzęsła błyskawic grzmotami,
Jam klęczał milcząc . . . . . . . . . . . .
I czułem, jak mi na głowie złożyła
Rękę żelazną – co skroni ciężyła –
Lecz z niej mi razem rosła jakaś siła – – !
Długom się modlił boleścią zadumy
Przy tej łzawnicy, wieków popielnicy,
Co strzegły straże smutnej gołębicy –
O Grecyo! Grecyo!... wdowia matko sławy!...
Matko geniuszów!... ty posągu łzawy
Gdyby nie Polka na świat mnie rodziła,
Gdyby nie Polski gwiazda mi świeciła,
O urnę twoich popiołów bym chętnie
Strzaskał tę arfę bolesną namiętnie,
O światach światów – i jasnym błękicie!...
W mgieł twych bym błądził pajęczem spowiciu,
Zapomniał, że jeszcze jest jakieś życie!...
I urnę w silne porwałem ramiona
I coraz silniej cisnąłem do łona –
Że mi pękała pierś straszną rozpaczą
Ludów – co drogę nędzą ducha znaczą,
A mają wielkie « wczoraj » nad swych Bogów –
I pokarlały u przyszłości progów!...

Płaczę nad tobą ludu, i drę szaty
Piersi, co o twe groby się rozbija –
I łzy me rzucam na twe smętne kwiaty
Wśród których lśniąca śpi – upadku żmija!...
O! tyś już wolny Prometeju wielki,
Przeżyłeś Bogów – i jak orzeł w słońcu
Źrenice kąpiesz, jasne na czas wszelki
W postępie wieków, piorunowym gońcu –
Tyś skruszył cichą klepsydrę Saturna
Zdeptałeś Fatum – i iskrę jak ziarno
Cisnąłeś w ludzkość, by padła nie marno,
Lecz z Grecyi –
                           Padniej w proch!... ot! –
                                                                  Prochu urna!...
Co w niej popiołów geniuszu, goryczy,
Tego łkająca arfa niewyliczy,
Lecz ją poniosę aż do końca świata
Choćbym niespotkał siostry – ani brata –
Te stada mrówek, orły i pioruny,
Wichry, i zdarzeń rozhukane wały.
I życia mego serdeczne piołuny,
I żmije co się na mem łonie grzały
Rzucam w nią dumny – i sam – i zuchwały!...
Wysoko czoło niosę nad te hordy,
Choć je przed Panem pochylam jak kłosy,
A wśród pożaru, mej arfy akkordy
Niosą, mnie duchem przez piekła – w niebiosy!...
O walko życia!... o ducha kajdany!
Depczę was z wzgardą i urągam głośno.
Wami bym wszystkie ziemi zmiótł tyrany
Z potęg materyi – z wścieklizn waszych piany
Szydzę – i depcę was – stopą miłośną –
Nie was – lecz wasze pokuszeń szatany
Łby wasze niosę jak Gorgony głowę,
Idąc gdzie stanąć prze[z]naczenie moje,
A wam ramiona wielkie Heraklowe
Chwała! o! chwała za wolności boje!...

Już błyskawice rzadziej zaglądały –
Wstałem – i burzy głuchły dzikie szały –
I rzekłem, małą z płaszcza popielnicę
Dobywszy – powiedz na tę ! ot – łzawicę –
Czy wspólny z duchem Hellady ten szczątek,
Także wśród wielkich on ducha pamiątek
Wygrzeban – weź go, lecz rzeknij, czy bratnie
Tych ludów źródła – spłakać – ostatnie –
« To Etrusk! rzekła – to lampa co w grobach
« Etruskich drżała o niejednych dobach –
« Z Pelazgów źródła dwa zdroje spłynęły –
« Jeden Hellenów – a Etrusków wtóry,
« Choć jeden jasny – a drugi ponury,
« Obaj ze wschodu swój początek wzięły –
« Pokrewne ducha swego arcydzieły » –
I popiół z niej do popiołów Hellady
Rzucił jej niemy cień, tragicznie blady –
A potem ofiar straszliwych kapłanka,
Swych ideałów przeklęta kochanka,
W lampie Etruskiej światło zaświeciła,
I nią ciemności groty rozpędziła –
Za nią stał Kastor smutny i milczący
Jak drzewo tęskne wśród chłodnej jesieni,
Co marzy w wichrach o wiośnie śmiejącej,
Tak on o bracie śnił myślmi tęsknemi!...
Głosem upiorów stu, co wrzasną z trumien –
Ja arfą za nim krzyknąłem :
                                                 Rozumiem !...
I na pierś jego porzuciłem czoło –
A cisza była jak w grobie w około –
Krzyknąłem: prowadź mnie w tej groty głębie!...
I szła kapłanka dzika – z lampą białą –
Przed nią zbudzone leciały gołębie,
Jam się obejrzał – jeszcze raz – nieśmiało
Za wielką urną co stała u wchodu –
Jeszcze przypadłem do niej raz – z namiętnym
Krzykiem!... żegnając geniusza narodu,
Wstałem – i szedłem z licem obojętnem – –

Co mi się stało – niewiem, niechcę wiedzieć
To On! wie tylko – jemu wypowiedzieć!...
Długo przez ciemne powiodła mnie groty,
Kędy płakały krople po kamieniach,
Jak łzy narodu w moskiewskich więzieniach...
Aż się rozwiały ponocne ciemnoty –
O cud! – otwarła się grota – w otworze
Błękit – i w dali tam się lśniło morze
I tęcza jasna po burzy – a w tęczy
Łuku – tam młodzian przy dziewicy klęczy –
I zda się duchem swoim ją miłować –
A Grecyi cieniów namiętnie żałować –
Stanęła tutaj – i rzekła: idź dalej,
Tu w morze wpada głąb Letejskiej fali –
I miałem po niej łzę – a łzą tą moją
Krzyż jej nad czołem ręką zrobić chciałem –
Lecz odskoczyła ode mnie i z szałem
Rzekła: bądź zdrów – mnie noc już całą zbroją –
Mnie tylko milczeć w grobach, przy popiołach –
Płakać niemogę – i szaleć w żywiołach –
Krzyknęła dziko – i piersi swej szaty
Krwawe rozdarła na dwie wielkie szmaty –
O zgrozo!... z łona jej wypadła głowa
Gorgony – tocząc się straszna! wężowa –
Błyska oczyma i syczy żądłami,
Toczy się – nogę chwyta mi zębami,
Że z przerażenia Filokteta krzykiem
Kopnąłem straszną, aż się potoczyła,
Z brzegu w głąb Lety – i woda ją skryła…
Kassandra znikła w grotach z śmiechem dzikim,
W oddali śmiech Eumenid odgrzmiał rykiem,
Lecz w tęczy – w dali – to ona! ach! ona!...
Na skale dzikiej – to smętna Safona!...
I z otwartemi przeciw mej ramiony
Jak ptak leciałem, żądzą uskrzydlony,
Tam śpiew jej jeszcze w oddaleniu kona!...
W błękitne szaty postać jej owiana,

W hebanie włosów pereł lśniła rosa,
Oczy natchnione jak w burzy niebiosa
I rozsmetniona cudnie!... gwiazda ranna!...
Kto toczył okiem po licach tej ziemi,
Gdy po niej z gromem już przeleci burza,
Gdy spocznie ciszy skrzydły anielskiemi,
Ten w wielkiej ciszy oczyma smutnemi
Zgadnie tajemnic przestwór, co się nurza
W anielstwie ciszy – po burzy minionej –
O! takie były – te lica Safony –
A kwiat konwalii w dłoń z młodzieńca dłoni,
Brała, com rzucił pod laurowem drzewem
W Letę – miałem taki drugi z błoni
Mych łąk – kołysań naszych wiosn powiewem!...
A cień młodzieńca był – jak posąg głuchy
Źrenice jego jak źródła wyschnięte
W których szeleści liść wątły i suchy –
Jak zgasły wulkan: były rozpłonięte!...
Uśmiech miał gorzki lecz niemy, milczący,
Co mi nad słowo przemówił do ducha,
Już go gdzieś znałem!... ha! w świat bolejący
Ostatni tutaj wszedł – gdzie cisza słucha
Wspomnień – jak szmeru fal – ta skała głucha!...
To on!... co rzucił się na schyłku życia,
Walczyć za wolność ludu upadłego,
I tu wszedł niemy, w cichych mgieł spowicia
O smutny duchu mistrza ponurego!...
Piewco Charolda!... [51] cześć ci! cześć zapału!...
Witaj w tym świecie, piękna ideału!...
Lud ten jak orzeł ze złamanem skrzydłem,
Co nieuleci już w słoneczne koła,
Jak gad przeczołgał się śladem obrzydłym
Śladem niewoli! za nim przeszłość woła:
Pieśnią piękności – i płaczem anioła!...
W imieniu ducha Hellady, ostatni,
Ty szedłeś ginąć na twych orlich piórach,
I dziś z tym duchem wspólny, cichy, bratni,
Poglądasz w stronę Newsted!... co śpi w chmurach!...

Jako tajemnic posąg z sfinksów doby –
Chmury, namiętnym uściskiem po szyji
Jak jego chusta niegdyś, kształtem żmiji
Wiały. – On milczał jak sierota Nioby –
Mylnie go tutaj Euforionem zwali
Tylko część ducha jego tem oddalił...
O rzeczcie smutne mi, błagałem, duchy,
Czy w jednem łonie z poezyą, muzyka
Zmieszczą się razem? czy jak bratnie druchy
Pójdą do końca, gdzie czas w wieczność znika?
Czy pierś, co na dwie arfy zatrzaśnięta,
Niepęknie zbytkiem ognia rozbryznięta,
On rzekł dzikiemi miotany myślami,
« Nie Grecy! nie mam litości nad wami! » [52]
I biorąc arfę mą, rzekł:
                                         «Powiem stronie,
« Że siostra muzyka – wieczności dziecię
« Kochanką zaś – poezya tu na świecie!...
« Więc niech w zawiści żadnej ton nie tonie –
« Posłuchaj –
                         Będę – śpiewał – o Safonie!...




CZĘŚĆ II.

I.

CALLIOPEA.

      Już senne słońce spada w morza piany
I wyspę Lesbos ostatnim promieniem
Całuje cicho – jako ukochany
Swą narzeczoną z słodkich snów życzeniem –
Wyspo zielona! o wyspo urocza!
Cudnie cię Bogi w te głębie rzuciły,
Krzyk ptastwa w ranek pozdrawia miły
I palmowego cichy szmer warkocza –

Którym cyprysy wtórą zadumane
W woniach – jaśminu cicho kołysane...
A w gajach myrtów Filomeli jęki
Drżą z łona nocy rzewnemi rozdźwięki,
I szklanny strómień po skałach gra w morze
Gdy z pian dziewiczo wstają rann zorze !
Chór palm nad brzegiem kończą dnia piosenki –
A po nad morze – jedna – wielka skała
Wybiegła naprzód – schyla się – zielona
W krzaki jaśminów i laurów wieńczona
I po nad głębią snem wieków zaspała...
Tęskna Selene powstaje z obłoków,
Plejady ciche drżą nad morza falą
I światłem pieszczą się – głębiom się żalą –
A tylko cichy Delfin w gzach podskoków
Pluśnie po fali –
                              I śmiechy dziewczęce
Słychać wśród szmeru liści i fal szumu,
Zbiegły dziewczęta, i klasnęły w ręce
Po falach leci śmiech białego tłumu
Ni to łabędzi bujające stado
W morzu dziewczęta kąpią się gromadą
Alabastrowym kształtom twarz księżyca
Cicho przez gąszcze palmowe przyświeca –
Ich śnieżne piersi, ich białe ramiona
Selene tylko zajrzy niemym wzrokiem
Albo twarzyczka Erosa spłoniona
Co z zawiązanem szat ich strzeże okiem
I czasem z oczu przepaski uchyli
I zachichocze – jak słowikiem kwili...
I nie dziw tobie dziecino skrzydlata,
Boś ty rzeźbiarzem – nad rzeźbiarze świata…
Ni to gwar ptasząt, co się o zachodzie
Modlą kołysząc w gałązek zieleni
Tak się kąpiące weselą w swobodzie
Po fal uśpionych pląsając przestrzeni –
Jako Okeanid oszalały głosy
Śpiewają, gwarzą, pluszcząc się dokoła,

Ta rozpuściła, ta skrapla swe włosy,
Ta bryzga wodą na inne wesoła –
Ta splata warkocz – i na siostrę woła –
I jedna drugiej o swoim kochanku
O śnie dzisiejszym szepcze chichocząca,
O piosnkach nowych, o minionym ranku,
Jako motyli gierlanda w pół drżąca
Gdy nad kwiatami by usnąć, usiądą...
Zdaleka tylko – jedna cicha – blada –
Milcząca wstaje z pian w śnieżnem odzieniu
Jak Wenus z Milo ... w smętnem zapomnieniu,
Ni to kwiat smętny pochyliła głowę
Wyszła z kąpieli – kładzie białe szaty,
Lecz ni namaszcza wonnościami głowę
Ni ramię białe – ni skronie we kwiaty
Stroi jak inne – co się już przybrały ,
I jako mewy porozlatywały...
Została sama – przy niej cytra leży,
Wzięła ją – i szła skałami wybrzeży –
Ona stanęła na najwyższej skale
Drżąca – i patrząc na morskie przestworza
Po gwiazdolitem śni myślą krysztale
To w śpiące tonie – w ciche dzisiaj morze!...
O! gdyby mistrz ją dłuta swego ciosem
Z cytrą – i z mokrym tym rozwianym włosem,
Z oczyma w gwiazdy smutno zbląkanemi,
Zaklął – !... skrzydlatem bóztwem się na ziemi
I zdała więcej ptakiem niż dziewicą,
Jak gdyby Muza z Olimpu zstąpiła
By rozkosz piękna Hellady dzieliła,
Aż ją siostrzyce do siebie pochwycą!...
Morze tak ciche!... tak jasne! uśpione
Tak płonie łono marzącej dziewicy –
Serce się szarpie – ogień skrzy z źrenicy –
Oddech przez nozdrza wzlata rozszer[z]one
Płomień natchnienia ogarnia Safonę!...
Ona dziedziczką ognia Febowego,
Co piersi szczęściem wypala boleści!

Pracuje piersią, dłuta mistrzowskiego
W alabastrowy, cudny kształt niewieści –
Biedna dziewczyno ! opłacz twoje wiosny,
Już nie dla siebie splatasz w wieniec kwiaty,
Smutne twe życie i twych marzeń światy
Jak ten słowika głos tęskny, żałosny...
Pierś twoja płonie jak lampa Dianny,
Aż popielnicy stanie się – w blask ranny,
I myśl twa dzika, uorlona, smętna,
Jak fijołkowa woń, cicha, namiętna,
Wzięci – lecz wonna – nie tobie! nie tobie!
Helleńska pszczoło, snującą w żałobie...
Z boleści twoich będą poemata –
Z wnętrzów twych bólu wysnują się tęcze
A z łez twych perły dla Bachantek świata.
Co kamień rzuci w twoje sny pajęcze...
Że się już zerwie duch twój gołębicą
I tam uleci, kędy gwiazdy świecą,
Jak ptak za gniazdem tęskny i żałosny
Jako ulatującej anioł wiosny!...
Bo skał Olimpu Zeusowa orlica,
Żegluje wolno – i bladością lica
Snąć że już wiele tajemnic odgadła,
Rwie kwiat kąwalij, zapada w dumanie,
l z skały szczytu pogląda w otchłanie –
To jej najmilsza, ulubiona skała,
Tu co wieczora dumać z cytrą swoją
Wychodzi Safo...
                               Lecz dziś zadumała
Smutniej i ciszej łzy w źrenicy stoją –
Ujęła cytrę w lekko drżące dłonie,
Palce jak mrowiem przebiegły po strunach,
Tak długo grając bez pieśni marzyła,
Przeplotła ciche kwiaty po piołunach
Skarg, i jak łabędź strun ogień co plonie,
Przelata w piosnkę, którą zanuciła:

ELEGIA.

W odmętach fal ... W otchłaniach pian...
               Tak cicho!...
I w sercu mem ... I w myśli snach
               Tak cicho!...
I jakiś głos ... Smutku czy skarg...
               Płacze w mem łonie!...
Drżąca ma pieśń ... Trwożna ma myśl...
               Dziwna jest!... o!...
Przeczucia sen ... o! tęskny sen...
               Jakiś uczułam! –
I pytam was ... Bogowie wy...
               O! pytam tęskną duszą!
Czemu w mych dni ... Kolei snów...
               Śniłam – o! wszystko...
Prócz miłości snu?... Przecz niespotkałam…
               Wśród młodzieńców tych
Jak siostrzyce me ... Niewymyślnych serc…
               Młodzieńca ja?...
Coby swój głos ... I oczu blask...
               Dla mnie tu oddał!...
Bym w głośny głos ... Bijąc w dźwięk strón…
               On mój! krzyknęła głośno ?...
Już w życiu mem ... Wśród cichych wiosn
               To ośmnasta wiosna...
O! przeczuć sen ... Dziwny dziś mój..-
               To ośmnasta wiosna...
Selene – o! ... Ty niema w snach...
               Ku tobie bladolica...
Rzucam me sny ... Tęsknic mych tłum...
               Co sercem miota mem...
W odmętach fal ... I w głębiach pian...
               Tak cicho!. –
I w sercu mem! ... I w myśli snach...
               Tak cicho!...

II.
TERPSYCHORA.

      Wśród domów Lezbu w gaiku myrtowym
Stał domek matki dziewiczej Safony,
Domek ustronny i osamotniony,
Dokoła cieniem chłodzon cyprysowym
Dokoła kwiatem strojny jaśminowym,
Na czołach kolumn dach się oparł nizki,
A po kolumnach wino się obwiło
W namiętny uścisk, do sklepień spowiło
Drżąc, szmerem listków śpiewa swe uściski...
Dokoła fiołki – i w odcieniach kwiatki
Wszystkie – bo wszystkie Safona lubiła
Narcyz, kąwalia, którą wypieściła,
Jej powierniki, dumań nieme świadki...
Mniej gołębica dba o swe pisklęta,
Jak Safo o swe kwiecie śnieżne, wonne,
W oddali brama palmami objęta
I dwa kamienie w ich cieniu ustronne –
Na jednym Safo pierś swej matki ssała,
Więc go jak ołtarz wspomnień ukochała!..
Z daleka widok rozwarty na morze,
I piękne niebo nad jej milą strzechą
Ciągłą jaskółczych gniazd, pełną uciechą,
Co w błękit od gniazd cicho szybowały,
Lezbianki sercu nic tu już nie trzeba
Prócz gromu czasem – i odgromu z nieba –
Tu tyle pięknych natchnień, wspomnień tyle !
Od dziecka, sercu nasuwa się mile,
Stąd? Do twej skały po nad morze biegła,
Tu kwiatów swoich z cytrą w dłoni, strzegła,
I wśród róż gaju jak kapłanka Flory,
Cytry strón siedem trącała z rozkoszą,
Łącząc swe pienia z słowiczemi chóry,
Gdy echa pieśni skalom morza niosą…

A czasem w słońcu schwyciła motyla –
Długo patrzyła w niego i dumała
Z wszystkiemi kwiaty go porównywała –
Totem rzucała w błękit, i w wolności
Kiedy żeglował – jej zadumy chwila
Bywała smętna ... jego wesołości
I skrzydeł zazdrościła w swej smętności
Ptakom – i chciała lecieć – ku przyszłości !...
Tutaj na ojca łonie śniła błogo,
Tu mistrz Terpander pierwszych uczył pieśni
A gdy śpiewała, milkli ptacy leśni...
Najpierw do tańcu tutaj lotną nogą
Szła jak jaskółka, najchętniej, najwcześniej...
Wśród przyjaciółek wesołego koła
Safo nad inne piękna i wesoła
Czy cytrą swoją w ich pieśniach przodkuje
Czy wije wieńce, i z piosnką tańcuje,
Ale nad wszystkie miła jej i droga
Myrtis, dziewczyna cicha, modrooka,
Dziecię rybaka, biedna i uboga
Jej dusza czuła, sieroca – głęboka...
Młody Leander, brat pięknej Safony,
Dał jej dziś nową cytrę swego dłuta,
On był rzeźbiarzem – (na Lezbos wsławiony) –
A cytra była ozdobnie wykuta
Na słoniowej kości w piękne winne grona
Co w trzy gałęzie wygięły się bujnie,
Na niej stron siedmiu nitka wytężona
Drżała – by z pieśnią splatać się podwójnie –
Safo jak dziecię tym darem szczęśliwa
Do matki starej pobiegła z radością,
Dziś towarzyszki swe zwoła szczęśliwa
I cytry pysznić będzie się pięknością –
Na nią skrzyneczka, cedrowa, drążona.
Kryła ją w ciszy co cichego łona.
Już kołowrotek Safony na boku
Porzucon stoi, ona cytrę ima,
Iskra natchnienia zabłysła jej w oku,

Ma już uderzyć – lecz nierozpoczyna
Bo oto bieży Myrtis, siostra miła
Z która się Safo sercem poślubiła,
A na jej widok – szalona, szczęśliwa
Do ust jej usta niemo przytuliła –
               Porwała cytrę i śpiewa:


MELODYA [53].

O! szczęściem Bogów ten chłopiec szczęśliwy,
Z którym ty kiedyś podzielisz pieszczoty,
Pochłonie uśmiech twój! wciągnie głos żywy
                 Jak ptasząt szczebioty!...
Ciebie z daleka gdy ujrzą me oczy,
Serce się z piersi wyrywa radośnie,
Głos kona w ustach ... wargi drżą rozkosznie,
                 O! widok uroczy!...
Oniemiał język mój, umilkły głosy,
Jasność ogarnia wzrok ślepy namiętnie
I płomień zbiega skroń co tulę chętnie
                 O twoje włosy...
Dreszczem radości drga mi całe ciało
Szałem przyjaźni! siłą przywiązania,
Że się jak lilia mrąca, skronią białą
                 Ku ziemi słania!...



I spadającą skroń na jej ramieniu
Składa, spojrzeniem tonie w jej spojrzeniu,
I jak bluszcz młody oplotła jej szyję,
Usta z dziewicy splotły się ustami,
Jakaś jej radość w sercu drży i bije –
«O! czyjeż woła, większe szczęście, czyje ?...»
I oczy gorą przeczucia iskrami –
Ta Safo, której orle, czarne oko
Smutne gdzieś we mgłach pływa za gwiazdami,
I uniesiona pieśniami wysoko

Sokolej myśli leci tęsknotami,
Ona dziś pusta, szalenie, wesoło
Jakieś przeczucie ogarnia ją całą,
Ujęła w dłoń swą rękę Myrtis białą
I z nią ogródek swój – obchodzi w koło!...
W krótce się zbiegną sąsiednie dziewczęta,
Więc się jej przybrać do głośnej biesiady,
Ze smętną Myrtis długim rozhoworem
Szczebiocząc, pilnie o stroju pamięta –
Błękitną szatą w złote gwiazdy sianą
Odziała postać, rozsiała we włosy
Pereł kropelki nito krople rosy,
Pokryła śniegiem ramiona owiane
W lekką osłonę, jak z mgły, a u białej
Skroni, w włos kruczy, heliotrop włożyła
Na piersi dumnej, łabędziej, wspaniałej –
Dwojga narcyzów główki utuliła!...
Kilka muszelek upięła w warkoczu
I do gościnnej pobiegła komnaty,
Tam rozłożone w świeżych wieńcach kwiaty
Porozrzucała w gierlandy – w uboczu –
Cytrę na różach zawiesiła złotą,
Z chwilową w gwiazdy pójrzała tęsknotą,
W marmurach blade lamp światła zatliła
I zapalając tak sobie nuciła:

MELODYA DO VENERY.[54]

 
      « Święć się, święć się moja boska!
« W złotą czarę daj nektaru,
« Z twoich jagód pełnych czaru,
« Z nim przyjaciół pierszchnie troska...
« A wszak przyjaciele moi
« Toć i przyjaciele twoi!...»


Już się wesoła zlatuje gromada,
Safo z nich każdą wita sercem rada,

A każda z młodych rówiennic Safony
Jako Bachantka strojna i śmiejąca ,
Godna otaczać Bogów złote trony,
A każda piękność w sobie miłująca; –
I już zasiadły dziewice do koła,
Każdej podnóżek niewolnik postawił,
W lampach drżą światła, rozmowa wesoła
Kwitnie, wtem stary Terpander się zjawił –
On był jak posąg wskrzeszony Homera,
Co z pieśnią wstając, nigdy nieumiera,
Siwy włos, brodę miał – i orle oko,
A stąpa! dumnie – i patrzył głęboko –
Safo jak ptaszę pobiegła ku niemu,
Podała czarę zmoczywszy w niej usta,
I na spoczynek wiodła ku młodemu
Gronu, gdzie brzmiała już wesołość pusta –
W słoniowem krześle siadł wraz z dziewczętami,
Co mu włożyły wieniec z wawrzynami
On siwą brodę musnął – rad radości,
A kiedy czarę wychylił, myślami
Wspominał dzieje pieśni, i młodości!...
Safo mu rękę wsparłszy na ramieniu
Cytrę z uśmiechem nową ukazała,
I mistrz ją ujął w dziewcząt zachwyceniu
Wziął pełny akord … niebem cytra drżała;
Przerwał – wzniósł czarę i rzekł na cześć Bogom
Wznoszę ją, że mu doczekać się dali
Zamiany siedmiu strun z czterech!...
                                                                 I progom
Tego domostwa pierwszą cytrę dali –
Niechaj w Helladzie zginie strofe stara,
To antistrofe!... mej myśli Kytara!...
I tknął jej stróny w ton z tonu przechodzi
Ni to gra świateł wzbija się do szczytu,
Rozrzewnia serca – w rozdźwięków powodzi
Aż spadł akordem jak orzeł z błękitu
Dziko strunami szarpnął i zakwilił,
Jak cichy słowik kiedy nótę zmylił,

I perełkami płakał jak kaskada,
Co się narcyzom i różom spowiada –
Coraz to wolniej – aż rytmem szalonym
Rozpoczął taniec gracyi nowym tonem:
Cordaks ! [55][56] krzyknęły wesoło dziewczęta,
Skoczyły w koło i splotły rączęta,
A tony rosną w szalejącym biegu,
One wśród tańcu oplotły ramiona,
Migają szaty białe na kształt śniegu,
Powstają falą spadające łona –
Cudną girlandą wiją się i kołem
               Po cztery krążą,
                       Zwiążą i rozwiążą
               Koło szalone
                       Czary spienione
Wznoszą – i trzęsą uwieńczonem czołem,
Ciskają kwiaty od łon oderwane –
Rozplotły włosy chmurami rozwiane –
Kołują chyżo, szalenie pląsają,
A szat ich fałdy cudnie się składają
I każda z dziewic kosz owoców wznosi
Z uśmiechem pereł, róż ... z iskrą spojrzenia,
I każda piosnkę jak lotny ptak głosi,
Wzlatając Bacha szałem rozszalenia –
Tak coraz milej i coraz weselej ,
Bawiły razem, aż do ranka rade,
Coraz ochoczej i coraz to śmielej ...
Aż kiedy zorza przerwała biesiadę
Porozbiegały się – znużeniem blade –
A Safo smutna żegnała je kołem,
Z Myrtis się splotła uściskiem tęsknoty
I wiodła okiem, palmowemi wroty –
Potem odeszła z zasmuconem czołem
Znużona padła na białe posłanie –
I śniła – aż ją ptaków świegotanie
Zbudziło – słońce było już wysoko,
Kiedy uśpione otworzyła oko –

I złorzeczyła ptakom, co zbudziły
Ją szczebiotaniem, gdy miała sen miły –
Bo jej się piękny cichy śnił młodzieniec,
Z którym swej skroni zamieniała wieniec!...


III.
TALIA.

      Oto przed domem Safo z kołowrotkiem
Siadła i przędąc, matce nuci pieśni,
I nucąc motek rozwija za motkiem
Piosnkę po piosnce, jako ptacy leśni...
Matka jej bardzo już stara i ciemna,
Na swem podwórzu usiadła spokojnie,
Przy niej Terpander, którego przyjemna
Starość klasyczną twarz srebrzyła strojnie –
Wśród nich to dziewczę młode i marzące
Nito laur młody pomiędzy cedrami,
Co dzieje przeszłe tajemnie szumiące,
Dziś błogosławią tej wiośnie listkami –
Safo ujęła Terpandra dłoń starą
I pieści w dłoniach młodych, to podaje
Kwiecistą czaszę z napojem, co jarą
Starość rozchmurza, myśl płomień daje…
Tak gdy na ziemię nad chwilowym śniegiem
Z obłoku na świat wyjrzy słońc źrenica,
Róża nad morskim rozwinie się brzegiem
I Zefyr muska ziemi strojne lica…
Pomiędzy matką i mistrzem swym siwym,
Przędzie Safona i cicho dokoła,
Jak kołowrotek myśl jej biegiem żywym
Motylowzlata, inne myśli woła…
W tem do nich nadszedł z obliczem szczęśliwem
Leander brat jej, co dziś w pocie czoła
Kwoli piękności i swej sztuce kwoli
Dzień swój przewalczył z dłutem w pilnej dłoni…
Safo doń biegła i w pieszczot swawoli,
Do niego usta, on skroń tuli do niej…

U stóp się matki układł zadumany
Na wielkiej ławie z murawy usłanej,
Którą fiolkami Safo potrząsnęła –
Po nim przybiegła Myrtis modrooka,
Smętnie się jego słowu uśmiechnęła,
On w jej oblicze patrzył zakochany...
I chwilkę cisza była tak głęboka,
Że było słychać cichy szmer jaśminu,
Co się z uścisków chciał wyrywać winu,
Lecz był jak z pieszczot dziewczyna szczęśliwa,
Co woła puść mnie! lecz się niewyrywa –
I Filomeli wśród kwiatów kwilenie
I wśród ogrodu szklannych fal pluśnienie
Co po kamykach biegły, z pod wawrzynu...
A nawet głuchy szum morza z daleka
Gdy bałwan bijąc w skały,
                                               W głąb ucieka –
I rzekła matka: dla czego wśród grona
Dziś nam tak cicho, i tak niewesoło ?
Niechaj nam zagra na cytrze Safona,
I mój Leander niech podniesie czoło –
Bądźcie weseli! wasze szczebiotanie
Wolę nad Pjerei [57] półboskie śpiewanie.
Lecz Safo leni się uderzyć w strony,
W tem się Leander podniósł zamyślony –
O wzniosę czoło!... ty starcze łaskawy
I wy opatrzcie pracę co skończyłem,
Już od dzieciństwa, spojrzyj mistrzu prawy,
I ty siostrzyco!... patrzcie – za zasłoną
Tu Psyche moja patrzcie! już skończoną!
Stoi wśród sieni –
                                     I dotknął zasłony
Co spadła jak noc – a posąg natchniony
Błysnął – nad sobą – w sobie zamyślony –
Pierś marmurowa jak fala wstawała,
Zefyr włos rozwiał – główki co dumała
A ręką wieniec lilij w niebo wyrzucała –

I jej dziewicza twarz – jakby z zwierciadła
Myrtis sierocej ... co ją sercem zgadła!
Wszyscy krzyknęli razem z podziwieniem,
Safo się bratu rzuciła na szyję,
Terpander milczał w niemem zadumieniu,
A Myrtis wieniec rzuciła z perłami
Łzy cichej...
                       Matka pyta z pieszczotami,
Gdy światła moja źrenica niepije,
Czemu ty milczysz Synu, kiedy oni
Ten wieniec twojej rzucili już skroni,
Na któryś tyle młodości rozrzutnej
Czucia poświęcił... czemu milczysz synu?...
On rzekł: o matko nie wiem! alem smutny – !
Smutnym mej duszy dopełnieniem czynu...
I gdy tak wszyscy milczą skroń przy skroni,
I patrzą w śnieżny posąg dłoń przy dłoni,
Głos się za niemi ozwał: O Bogowie!...
Jakaż być musi głębia wśród człowieka,
Gdy w was się tylko własnej modli pracy,
Własnym natchnieniom! … i w ostatniem słowie
Życia, natchnieniu swemu, jak ci ptacy,
Ciszy lub burzy nadmorscy posłowie! ...
I wśród nich postać młodzieńca, nędzarza,
Stanęła piękna, był blady, znużony,
Włos miał w nieładzie na wichry rzucony
Z twarzy i z oczu modrych, jasnych włosów,
Patrzy znużenie – znać z dalekiej ziemi
Złamany przybył życia troski swemi –
A z jego słowa znać i tęsknych głosów,
Że Muz kochankiem był z myśli czarnemi –
Safo spojrzała w jego modre oko,
Pierś jej jak fala co się wznosząc, spada,
Westchnęła nagle – urwanie – głęboko
I znów spojrzała – spłoniona – znów blada,
Że już oderwać oczu niezdołała
Od tej źrenicy, co w nią poglądała,

Jak orzeł w słońce, gdy w chmurach przepada –
Patrzył jak w bóstwo swoje, w jasnej bieli...
Nim chwila przeszła – już się rozumieli!...
I Safo matce szeptnęła: o matko!...
Już mi w serdecznym szale być waryatką –
Czemuś ty ślepa! ach on piękny taki...
Jak Foebus ... jako słońce nad gwiazd szlaki ...
On mi się śnił dziś, szepcze przyjaciółce,
Ten sam !... to oko – i to jasne czoło...
Nos orli!... uśmiech – płaczący wesoło!...
Śnił się ... gdy klęłam nad oknem jaskółce,
Co mnie zbudziła!... to on! on! o Bogi
Pocoście jego zanieśli w te progi...
O straszne Bogi!... nie! nie!... dobre Bogi!...
A on się mienił podróżnym i skłonił
I o gościnność kilką słowy prosił –
Safo spłonęła – i on się zapłonił,
Matka odrzekła, gdy swą prośbę głosił,
Ktokolwiek jesteś –
                                   Wstąp tu, gościu miły,
Wejdź pozdrowiony do domu naszego,
Spocznij tu!...
                         Safo! pokwap się co siły,
Bież wydój krowy – i czaszę dla niego!...
Młodzieniec głośno dziękował ze łzami,
Snąć ponuremi bawił się myślami,
A gdy go Safo spytała, dla czego
Smutny?... ujrzawszy cytrę, porwał w dłonie,
Do ust przytulił jak swe dziecię witał,
Zatargał w strónach jak sęp i zazgrzytał
I rzekł: co wężów lęgnie się w tem łonie,
Co wzrok twój boski z oczu niedoczytał,
Wzrok także smutny, i przeczuwający...
Powiem –
                   I stanął na chwilę milczący –
A potem spojrzał raz w Safony oczy
Patrzył w ni[e] niemo –
                                          Aż zatargał struny,

      Dziką melodyą śpiew jego się toczy,
      Jak strumień z góry pędzący w otchłanie,
      Rozpaczy, zemsty słychać tam pioruny –
      I błyskawice łez, nieb tęczowanie,
      I ciskał tony z cytry rozemdlałej,
      Jak wszystkie kwiaty z rogu Amaltei,
      Wszystkie snuł tony z duszy rozbolałej
      I wszystkie głosy – prócz głosu – nadziei...


IV.
EUTERPE.

      Przecz lica twoje nabiegłe krwią czarną, skrzywione bolem,
W krzyk rozwarłeś straszliwy jakbyś chciał ziemię pochłonąć,
I Olimp z Bogami, o starcze! i Eumenid piekło!
Że ślepy tym bolem jako wół zdziczały, gdy ryczysz,
Drży ziemia, a z tobą dwa dziecinne twych pacholąt głosy
Płaczą skarg strasznych wyciem, boleścią nękani szaloną...
Jak małe lirenki na jeden strój z wielką grające – –
Bo oto węże obwiły wam biodra i skuły
Namiętnym je swego uściskiem pierścienia w pęt jarzmo...
O Laokoon! Laokoon! ojcze nieszczęsny, czarny twój los,
I dzieci twych i wielu tobie podobnych ... o! biada!...
Gdy duch ich z Hadesa przybłąka się stary w te miejsca,
Szarpie się ojców nad dziećmi w fatalnem brzemieniu,
Gdzie dzierżył swe państwa i miecze i korony dźwigał –
A ujrzy w niezgodzie i waśni swe syny – gdy jeden
W zapasach śmiertelnych i bratniej zawiści się rzucił
Na barki wtórego, i jako ryś dziki krwiożerczy,
Co z drzewa spadł gromem na szyję jelenia u źródła,
I szponów ugrzęznął w nim ostrzem, i kłami zatonął,
A jeleń o ziemię powalon z jękiem marnie ginie,
Gdy łania się zanim wśród lasu zapłacze becząca...
Tak jeden przemocny, ze stratą część wtórą wydziera słabszemu,
I łupem nadyma się krwawym – a waśni tej radzi,
Wrogowie kraj slaby najazdem złoczyńców opadli,

I łupem się dzielą tych braci, co marnie swe mienie rozdarli,
Lecz biada! rozdarli ojczyznę i miłość rozdarli braterską,
To ojców duch blady się w szatę osłoni pochmurną
I przeklnie to plemie, uchodząc z boleścią bez granic!
Tak o nędzna! na ciebie los czarny ojczyzno ty moja!...
Gwiazdo gwiazd! .. o! perło ty moja na świecie jedyna,
Mitylene! o ziemio piękna i zielonolica moja!...
Gniazdo młodości mej i pieśni moich!...
Ze łzą w oku patrzę napróżno w twe strony,
Już wygnaniec nieujrzę mych ojców zagrody,
Ni bratni usłyszę szczęk tarczy, ni dziewic mych śpiewu,
Ni kwiatów pól moich o! wojnie!... przekleństwo płomieniom!...
Co niezgód pożogą dwa serca zatliły braterskie!...
Skonał król stary Mitylen, sławiony w pokoju i bitwie,
Dwóm synom swe państwo zostawił kwitnące,
Starszy był Aleksander chmurnooki – a
Młodszy Alkeos jasnowłosy, rzewne dziecię –
Starszy się targnął na własność młodszego o! brata,
I obu zwaśnionych poddani wygnali zburzeni,
Jak orzeł, co w szpony pochwyci kogutów walczących!
Wśród boju padł Aleksander, a Alkeos
Kochanek Muz z lirą swą uszedł natchniony,
I długo się błąkał wygnańcem po morzu i lądzie,
I nie purpury swej!... ale swej płakał ojczyzny!...
Boć pieśń go z tej ziemi wygnała!... pieśń groźno nucona
W imieniu ojczyzny ginącej w zawiejach i burzy,
Gdym ich porównał, z okrętem, z masztami wśród burzy,
Potrzaskanemi, jak w prądu wir wichrem pędzony przemocnie
Próżno się targa, bo strzaskan o skały
Z rozdartą już piersią i krzykiem zatonie żeglarzy!...
I gdy się przelękli swojego współbracia obrazu,
Wygnali mnie z skał mych i lasów zielonych,
A siostrę nam naszą dziecięciem rzucili
W łódź dużą – i samą popchnęli na morze!...
I błądząc po świecie szerokim, gdym morzem
Raz płynął, szał burzy mą łódkę wyrzucił
Na skały Lezbiejskiej tej wyspy...
Wygnańcze tu losy zawlokłem!... lecz piękna!

Gdy w oczy twe patrzę zda mi się, że niebo,
Że ziemię znów widzę, o, moją najmilszą,
I że ją w piękności na chwilę odzyskam...
O próżno! . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Bo czarne me losy od czasu, jak nitkę żywota
Mojego tu przędą trzy parki pracowne!...
Gdy przetną ją może w Hadesie szczęśliwy,
Twój cień gdzie napotkam w Elizyum dziewico!...


V.
ERATO.

     Zamilkł – i tony po tonach konały,
Tylko ostatnie głosem skargi drżały
W sercu i duszy Safony, w strząśnieniu –
Stary Terpander witał w rozrzewnieniu
Wygnańca, cytry dawno świadomego,
Matka witała gościa znużonego,
Leander podał mu z przyjaźnią dłonie,
Odtąd ich bratnie tuliły się skronie,
A Safo...
                Safo? … spytajcie dziewicy,
Albo książęcia spytajcie młodego,
O! nie, Erosa pytajcie ślepego,
O burze serca natchnionej lirnicy –
Gdy dłoń drży jego w jej pieszczonej dłoni,
Gdy się uśmiecha słodko nań patrząca,
To całe niebo czarów mu odsłoni –
Wołając: Safo moja fiołkowłosa!...
Słodko śmiejąca się!... w imię Erosa!...
Dusze ich splotły się, jak dwóch arf głosy,
Jak w włos Cerery uplecione kłosy –
Safo na próżno do snu tuli skronie
I na pościeli dzikie widzi mary,

Odgarnia włosy – i tęskno jej w łonie,
Drżą jej ramiona – a w sercu pożary –
Gdy kury pieją, matka pieszczotliwie
Zapyta: Safo! przecz nieśpisz spokojnie?
Ona za cytrę ująwszy trwożliwie,
Na swej pościeli siada, i niestrojnie
Włos jej opada i palce drgające
Puszcza po strunach, w tony konające,
A na odpowiedź matce co się smuci,
Smutnie jak słowik nad ranem zanuci:
                «Już zeszły Plejady, [58]
                «Mija północ ze snami,
                «W ranku znika nów blady,
                «A ja z memi myślami,
                «Sama tylko czuwałam,
                «Śniąc bezsenna – wzdychałam!...»


VI.
POLYMNIA.

     Kiedy wieczorem obok matki przędzie,
Zrywa się błędnie, twarz we dłoniach składa,
I znowu z cytrą niespokojna siędzie
I w urywany dźwięk serce spowiada:
«Mamo, mamo ! już niezdołam [59]
«Doprząść nitek , rwie się przędza,
«Ćmi się w oczach, drży mi ręka
«I za nitką nitka pęka,
«Myśl się zanim w dal zapędza,
«Jego imię usty wołam,
« Mamo droga!... niewydołam...»


A gdy wesołe z śmiechem jej siostrzyce
Ganią jej smutne pieśni, Safo lice

Powleka chmurą gniewu dziewiczego
I dumnie śpiewu z głębi łona swego:
«Gdy umrzesz, to zapomniana [60]
«Z każdej pamięci wygasła,
«Bez róż Pjierei, [61] bez hasła,
«Co serce nad urną święci,
«Jako listek suchy zwiana,
«Bez nieśmiertelnej pamięci
«Znikniesz, imię twe zaginie
«W podziemnych cieniów krainie!...»


                I co rana
                       Zadumana
                Gdy się kwiatkom przypatruje,
                Tak skowronkom przyśpiewuje.

PIOSNKA.

     Rano się budzę i śpiewam,
Rano się budzę i kocham!...
I kwiaty moje polewam,
Piosnką chichoczę, to szlocham...
Namiętne moje jaśminy
I załośne heliotropy,
Skarg mych las świadek jedyny
I morze pod niebios stropy!...
Dzień mój prześpiewem [62] , przemarzę,
Prześnię, przedumam, przekocham,
Śpiekłe wargi wilżę w czarze,
Piosnką chichoczę, to szlocham...
Z ptaki zasypiam i śpiewam,
A śpiąc znów śpiewam i kocham,
Snów szatą w chmurach powiewam,
Piosnką chichoczę, to szlocham...

Mnie się tu śniło me życie
Boskiemi oczy zalśniło,
Jam czystej miłości dziecię
O jakiej wam się nieśniło!...



VII.
CLIO.

      I cytra z drżącej dłoni wypadała,
A ona tęsknie ponad morze biegła –
Tam w głębiach ulgi swym głębiom szukali,
Kiedy na bluszczach swojej skały legła...
Okiem leciała na ciche przestworze
A gdy zburzone, piętrzące się wały
Piany swe tłukły o piersi jej skały,
To czuła ulgę w sercu rozburzonem.
Ryk morza budził ją szałem śpienionem ,
Że z bolów serca te słowa wstawały:


HYMN DO AFRODYTY. [63]

        O Afrodyto! na słonecznym tronie
Przebiegła Zeusa córo, błagam Ciebie,
Oddal ode mnie ten pożar, co w łonie
Zatlił się rano, jak żar słońca w niebie!...

        O! zejdź dziś ku mnie! jeźli me błagam
« Słyszałaś kiedy ; nieraz nań niegłucha,
Na głos mej cytry, z wonnego posłania
Zeszłaś, niech dzisiaj twe bóstwo mnie słucha!...

        Ongi rzucając się nadobnem ciałem
W złocisty rydwan, gwiazdami olśniony,
Skrzydłami dwojga wróblików niesiony,
Co ulatały mej miłości szałem...

        A uśmiechając się, w uśmiech rozrzutna
Zgadłaś, że ciemno w mej piersi jak w nocy ,
I zapytałaś: « Safo! czemuś smutna?...
« Kiedyż mej próżno błagałaś pomocy?...

        « Jakimże marom myśl twoja oddana?...
« Wiem ja dziewczyno, o! wiem ja, którego
« W sidła miłości chcesz spowić młodziana,
« I cóż kto tobie uczynił marnego?...

        « Unika Ciebie? to Cię ścigać będzie,
« Ustami schwyci ust uśmiech namiętny,
« Patrząc w twe oczy, u stóp ci usiędzie,
« Aż ofiarami stanie się natrętny!...

        « O!!! tak i dzisiaj, usłysz me wołanie,
« Uwolń to serce od żalów tęsknoty,
« Zadość się oczom zapłakanym stanie
« Kiedy go ujrzą przed swojemi wroty!... »



        Lecz nieweselsza w swej cichej żałobie,
Chociaż kochana, kochała – o ! biedna –
W potędze uczuć, pomyślała sobie
Że tylko ona kocha sama jedna…
Bo on niekocha tak ... niemógłby kochać,
Bo takby niemógł nikt ... aż w łzach i słońcu,
Już wzajemności nieżądała w końcu,
Byle w miłości pieśniach się rozszlochać…
Nikła pogoda Helleńskiej natury,
Uśmiech jej płakał, na skroń spadły chmury,
Szalała sercem – i była blednąca
                Jak róża opadająca
I w ginaceum [64] gdy lampę zapali,
Tak się w smętności sama sobie żali:
« O biedneż, biedne, ty serduszko moje,
« Jak wolny ptaszek do klatki zamknięty,

« Tłuczesz się w piersiach, łez gorące zdroje
« Płyną jak źródło w zdrój rwiący i kręty ...
« Próżno się tłuczesz, ptaszę rozkwilone,
« Jedna dłoń tylko uwolnić cię może,
« Lub życie twoje, smutne, przetęsknione,
« W wiecznem sieroctwie, pójdzie na bezdroże… »

        Coraz smutniejsze piosenki śpiewała,
Alkeos siadał u nóg jej natchniony ,
Ona mu boleść swą wypatrzeć chciała,
Ona z nim głos swój pieśniami splatała,
On w jej źrenice patrzył rozmarzony...
Tak biegły chwile i chyżo mijały,
Jak w swym polocie Erosowe strzały;
Pieśń z pieśnią drżała ... aż w końcu z oczyma
Oczy się niemo, nieśmiało, spotkały,
I usta zbiegły się niemo z ustyma
Aż się w gorący pocałunek zlały...
I wtedy w wspólnem, marzącem objęciu,
Jak dziecię Eros, przy Psyche dziecięciu
Śmiali z szczęścia Bogów upojeni,
Miłości słońcem, jaśni, zaślepieni!
Czasem z ich śpiewem łączył swoje pieśni
Starzec Terpander, w myśl młodą natchniony,
Wtedy pieśniami nito ptacy leśni
Jak Muzy, w światów błądzili wsze strony...
Tak w chwili ciszy, najprzód wawrzyn młody ,
Zaszumi liśmi, cyprys jęknie z cicha ,
W końcu cedr stary ozwie się nad wody,
I trzech drzew muzyką gaj już oddycha...
Wtedy nad ziemią uśmiechną się Bogi,
I cisza jasna z sfer harmonii spływa,
Lecz biada! stokroć, kiedy w dzień złowrogi
Rozedrze piorun pierś drzew, co spoczywa!...


        Oto dłoń w dłoni Myrtis z swą Safoną
Błądzą wśród gaju ulubioną stroną,

Kwitną cytryny, kapią pomarańcze,
Wonieją róże, ciche źródło dzwoni,
Obie wraz rzekły: smutek w sercu niańczę!...
I znów umilkły ... w kwiatach mają czoła,
Lecz ich rozmowa mniej szczera, wesoła,
W sercach zawiści budzi się gadzina,
I coraz groźniej sycząc wznosi głowę
I jadowite żądło już napina,
By godzić w serce, serce co się prosi...
Odkąd Alkeos przybył z Mityleny,
I pieśnią do nich przemówił uroczą,
Obie już marzą przy blasku Seleny,
Lecz obie w piersi tajemnice tłoczą,
Bo jedna drugiej niewyzna, co skrycie
Kocha nad życie!...
Alkeos smutny, sam niewiedząc czemu,
Do obu dziewic przylgnął serca szałem,
Safo mu miła ... ogniem piersi całym,
I Myrtis droga czuciu tajemnemu,
On w walce z sobą głuszy te dwa głosy,
Co pierś rozdarły jak węże Gorgony,
Smutny przy lubej, obwinia niebiosy
O serce igraszkę ... młodzian zasmucony...
Safo się z Myrtis coraz mniej kochają,
Alkeos szarpie się z swych węży zgrają,
Choć kochał Salo ... tajemna potęga
Wiąże go z Myrtis niewidzialna wstęga,
Choć go z Safoną spoiła przysięga!...
Jednak ku obu prąd go inny wlecze,
O! czyż mu serce oprze się człowiecze?...


VIII.
MELPOMENE.

        Alkeos rankiem pod skalą Safony,
Zadumał cicho … w tem – od drugiej strony

Zbiegła z szałasu rybaka, po rosie
Myrtis urocza ... nóżki miała bose,
Odzienie śnieżne, włoski rozpuszczone,
Oczęta jak dwa bławatki schwycone...
Zbierała kwiaty, z piosnką, zamyślona
Alkeos ujrzał ją – otwarł ramiona –
Jak ptaszę zbiegła w nie, padła na szyję,
A on ją rzewnie przytulił do łona,
I sam niewiedział z kąd łzy, klął na żmije,
Serce mu biło radością tak żywą,
Jak czyste źródło jasną – i szczęśliwą!..
Zapomniał Safo w tej chwili i tulił
Płaczącą Myrtis jak braterską dłonią,
Ona do piersi przylgnęła mu skronią,
I gdy łzą serca nad nią się rozczulił,
Rzekła: Bez ojca, bez matki, sierota,
Jam u rybaka dziecięciem przybranem,
On mnie przygarnął, i wziął w swoje wrota
Tajemnym losem w te skały zagnanem...
Burza jak mówił, rzuciła na skały
Łódź, w niej dziecinę ujrzał mnie płaczącą,
Jak przez sen pomnę straszne, morskie wały,
I grzmiącą burzę łodzią miotającą,
Co jak na góry wzlatała niesiona –
I w noc spadała, ze szczytu strącona
A jakaś ręka mnie martwą i drżącą,
W tej łodzi trzymać musiała – milczącą,
I przez lat kilka utraciłam mowę,
Gdy mnie rzuciło morze w skały owe,
Jacyś mnie ludzie, pomnę, w łódź rzucili,
Lecz ten na ręku pierścień zostawili,
Jakieś zielone krainy wesołe
I braci co mnie do serca tulili,
Lecz wszystko jak sen!... sen straszny i błogi!...
Alkeos krzyknął jak orzeł o Bogi!...
To pierścień ojca mego!... i dziękował,
Klęcząc na skale Bogom, i całował
Ją w oczy, w czoło, radością łkający,

Do piersi swojej tulił ją gorącej –
Gdy w jej sieroce oczy spójrzał smutne,
W uścisk szalony padły ich postacie,
Jak dwa cyprysy nad grobem pokutne
Gdy się ich czoła zwieją w burzy szacie,
A z ust drgających wyszło:
                                               Siostro!
                                                              Bracie!...
W szale radości tulą się do siebie
Sieroctwo szczęścia pożegnali łzami,
Chmury nabiegły na zaćmionem niebie
I piorun ryknął strasznemi głosami...
Piorun –
               Ha!... piorun, był to wrzask niewieści
Co dzikim śmiechem zaryczał ze skały
Pełen rozpaczy, szału i boleści...
Ich oczy w górze Safonę spotkały!...
Śmiała się dziko – śmiechem obłąkania,
W uścisk przekleństwa, rozplotła ramiona,
Z rozwianym włosem ku otchłani skłania
Głowę!... a cytra drży w ręku ciśniona...
Jak Eumenida na nowo zbudzona!
I kiedy Myrtis wyciągnęła ręce,
I ku niej oczy, radosne, dziecięce
Podniosła w jasnej miłości natchnieniu,
Ona cisnęła cytrę w okamgnieniu
Jak grom!... że w skronie dziewczę uderzyła
I już bez życia na pierś brata padła!...
Pierś Alkeosa, jak pierś lwa zawyła
A Safo z śmiechu na skale się kładła!...
On niemy, groźny – i kamieniejący,
Bez łzy, bez głosu nad trupem stojący…
A Safo nagle, jak wąż się zerwała,
Z chmurą swych włosów nad otchłań leciała
Jak ptak w rozpędzie – z rozwartem ramieniem,
Skoczyła w otchłań – w głazy pierś rozbiła
Znikła – zburzonych fal w[z]ięta pierścieniem!...
A burza morska coraz głośniej wyła…

Trupa dziewicy porwały bałwany,
Rwą go i niosą wśród pieszczót daleko...
Jak dziki rumak pian grzywą rozwiany
Znikła mu z oczu...
                                     Tylko krwawe piany
Tłuką o skałę, nim w głębię ucieka...
I ryk piorunu i ptastwa krzyk dziki
Jęk mrącej Myrtis, chychoty Safony.
Biją Eumenid lutnią w burzy krzyki
W serce – co ciche – jak cytra bez strony –
Tak drzewo wieków, Aloes milczący,
Milczy wiek cały – aż w chwili kwitnienia
Strzeli piorunem – i opadający,
Znowu powraca w stan swego milczenia!




       Biada domowi, co stał się ruiną –
Kędy umarła już matka Safony,
Nad Lezbos ciężko czarne chmur płyną,
Morze już ciche – lecz odtąd szalony
Alkeos ciszy niezna ... choć dni płyną!...
Wśród gruzów domu tylko pozostało
(Ostatnia praca Leandra, poczęta
A nieskończona – boleścią przeklęta!)
Fatum –
                W posągu obleczone ciało...
Samo – kamiennem obliczem się śmiało,
Nieubłagane – nieme –
                                            Straszne dzieło!
Co w pośród gruzów jak ich król stanęło.
Własnej ruiny król!...
                                       Trzy twarze miało
I pierś skalistą – tylko stopy jeszcze
Nieukończone, grzęzły w głazów państwie –
Snąć samo Fatum w fatalność zabrnęło,
W szaleństwa własnej swawoli tyraństwie…
Wzrokiem Eumenid wzbudzające dreszcze,
Dzikie jak chaos, z wszystkiego szydzące,

Z Bogów i ludzi, co brało w swe kleszcze –
Ale nad Sobą też rozpaczające,
Rozdzierające pierś!... siebie depczące !...
Jak gdyby jakąś silę przeczuwało
Co idzie! – – duchem, w proch zdepcze jej ciało –
I tem się zdała jego twarz przeklęta,
Jako negacya – w człowieku poczęta!...


∗             ∗

       Alkeos skoczył w łódź, uśmiech dziecięcia
Miał, co śni w piekłach wieczne wniebowzięcia,
Odtąd go ludzkie oko niewidziało,
Słów jego ucho żadne niesłyszało,
On chce na falach szukać swej Safony,
Na falach duszy swej , co nieprzeminą!...
Jak wód zwierciadło mętny, zamącony,
Duch już nad własną chychotał ruiną...
Tylko Mitylen rybaków czasami
Śpiew dziki trwożył pomiędzy skałami
Co gdzieś nad morzem przepadał nocami...
A pieśń ta była smętnością namiętna,
I namiętnością swoją dziko smętna:

PIEŚŃ ALKEOSA.

Podaj mi usta twe koralowe,
Podaj mi czoło twe jaśminowe,
A kiedy spalę ust twych korale,
                             Ust twych korale!...
To gazellowe podaj mi oczy,
Niech mi twój warkocz szyję otoczy,
Spal oczu błyskiem! Zaduś uściskiem,
                            Spal oczu błyskiem!...
Patrz!... tam śmierć kroczy! ślepe jej oczy!...
Śmierci daj jeszcze, W rozkoszy dreszcze
Tknąć ust różowych!... Ust koralowych!...
                             Ust kalinowych !...

O czyżeś nigdy niecałowała!...
Śmierci! ty śmiercią byś być przestała,
Życiem byś tchnęła! Na twoje dzieła!...
                             Na twoje dzieła!...
Jeszcze mi czarę podaj perłową,
Załóż mi wieniec świeży nad głową,
I ucisk dłoni!... Skroń tul do skroni!...
                             Tak – skroń do skroni!...
Teraz chodź śmierci jeźli masz siłę
Zabierz nas razem w jedną mogiłę...
Zawistne Bogi, Olympu progi
                             Klną – o! dzień błogi!...
Uchodzisz!... zlękłaś się mnie spłoszona
Cha! cha! cha!... Śmierci! śmierci szalona!...
Ja Cię przeklinam! Bo żyć poczynam!
                             Znów żyć poczynam!...




Oto na stosie cyprysów zielonych
Na różach białych i różach czerwonych,
Tam śpi wiosennie Myrtis uśmiechniona
O! snem żelaznym, ciężko, niezbudzona...
Wieniec z róż białych na marmurze skroni,
Fiołkami całe łoże obrzucone
I kwiat kąwalij lekko trzyma w dłoni –
Oto jej łoże – gotowe – wzniesione
Jak na Hellady piękności uśpione!...
Na kwiatach bokiem leży obrócona
Jak gdyby spała ... snem lekkim uśpiona,
Jak o kochanku marzy narzeczona!...
Przy niej Leander – co się własnem dłutem
Przebił – i stał się arcydziełem własnym
Posagiem prawdy bolu!... z śmierci kutym,
Z wieńcem narcyzów i spójrzeniem jasnem…
Oboje bokiem do siebie złożeni –
Dłoń w dłoni marzą na kwiatach uśpieni…
Ach! to Terpander! jak widmo boleści
Pięknie układa i stroi ich ciała,

By pięknie ginąc, ponieśli z tąd wieści
W kraj cieniów, bólem niemym pierś mu pała –
Lecz on jak geniusz milczenia i bolu
Strzegący Grecyi proch, w piołunów polu
U stóp laurowe kładzie im korony,
Drapuje szat ich fałdziste osłony –
Między nich – cytrę położył Safony –
I Leandrowe zakrwawione dłuto,
Którym rozpaczy, prawda – była kutą...
A własną lutnię utulił – pogłaskał
I z dzikim śmiechem o ich stos potrzaskał...
O! patrzcie na nich! jacy piękni! młodzi!...
Patrzcie, nim znikną w płomieni powodzi...
W około dziewic chór lamentujący
I płaczków dzikie, tęskne korowody,
Ze łzawnicami tłum wyrzekający –
I uśmiechnięty tam!... Alkeos młody!...
Bogi uciekli od uśmiechu tego –
Nad stosem posąg Psychy ... z błękitnego
Tła wieńczył dłonią białą mistrza swego !...
Chorus coraz to boleśniejszym głosem
Śpiewa, kapłanka świeży stos podpala
Obłoki dymu łączą się nad stosem,
I z wolna wznosi się płomieni fala!...

STROFE.
(CHÓR MŁODZIEŃCÓW.)

     O! lekkie niech cieniom się waszym wydaje błądzenie,
Po smętnych tam połach! o duchy młodości, gołębie!...
Boleści!... szarpania warkoczy!... łamania rąk! do mnie!...
Do mnie ty Niobo ze sercem boleści skalistem!...
Lecz starcze ty czoła niepodnoś na Fatum przemożne,
Ty młody idź piewco odzyskać ojczyznę!...
Pójdziemy ci w pomoc!... dzwonimy w te tarcze mieczami!...
Lecz głośniej dziś serce o piersi uderza o biada!...
             O biada! o biada! o biada!...

ANTI-STROFE.
(CHÓR DZIEWIC.)

      Już morze płomieni ogarnia ich ciała ot piękne!...
Lecz patrzcie!... zwisł orzeł tam Zeusa nad niemi!...
Spadł!... porwał w swe spony o ! cytrę Safony
I wzleciał w błękity ... żegluje!... w mgle z krzykiem radość topnieje!...
O morze płomieni!... namiętne!... i ślepe języki!...
O falo ognista wichrami czochrana rannemi!...
O! bezlitosna! już w twoje zapada objęcie,
O ! ukochana! o młoda! o! Lezbu ta para najmilsza!...
                  O! biada! o! biada! o! biada!...

EPODON.
(CHÓR WSPÓLNY.)

      Już gaśniesz o! hydro płomieni!... pożarłaś ofiary!...
Zbierajmy o! wspólnie popioły rozwiane,
I w urnie na łódź twą o! weź je ty dziki szaleńcze,
Bo pewnie cię nasze i oko i ucho utraci...
Lecz bądź ty silniejszym od twojej boleści szalonej,
Bo słabsza ojczyzna ci Lety podaje w dłoń czarę!...
A Psyche ty boska! ich cieniom łaskawa miłośnym
Bądź skłonną w świątyni twej nowej o! Lezbu dziewicom!...
                  Lecz biada! o! biada! o! biada!...


URANIA.

       I głucho szumią senne tonie morza,
Selene w pełni rozlewa blask złoty,
A postać jakaś wypływa z przestworza,
Pian i korali ... z uśmiechem tęsknoty!...
Czy to Hellady postać ... raz ostatni
Wypływa, żegnać ludów orszak bratni?...

Na wznak płynąca twarz jej blado lśniła,
Jakby się niebu i ziemi żaliła,
Na młodość swoją i na te pioruny
Co potargały młodej cytry stróny...
Włos jej rozpuszczon – i wieniec laurowy,
Do nich przyczepion nieopuścił głowy...
Piersi ma krwawe ...
                                     Wyż jej niepoznacie?...
O! jakże piękna w śmierci majestacie
Płynie ... i gwiazdy ku niej się schylają,
Łzawe ją fale w blaskach otaczają,
A Okeanid chóry na dnie łkają!...
Lecz postać niknie –
                                    Śmiejąc się boleśniej,
Przepada w falach ... i znowu błysnęła...
Spłynął jej wianek – Grecya go wzięła,
A ona zatonęła w głąb — o! zatoń pieśni!



EPILOGOS.

      Tu dźwięk po dźwięku jak fala po fali
Spadały – gasły – mdlały – coraz ciszej
Rozlewające się kędyś w oddali,
Kędy duch pieśni już tylko je słyszy...
Ale mnie jakaś dzika i namiętna
Tęsknota w piersi zaśpiewała smętna –
Taka szalona za polską! – w tym świecie
Żem krzyknął: « Wasz świat piękny!...
                                                                   Lecz jam dziecię,
« Bez Polski wśród was sieroce!... o! boski
« Świat wasz i wielki!... Polska – cudniejsza –
« Większą! i bardziej boska! i dzielniejsza,
« Więc mi żegnajcie choć płaczę za wami,
« Duch mój tam tęskni, kędy pełen troski
« Żyje lud olbrzym!... wielki męczeństwami!...

A niedaleko milczącej Safony,
Co o kolumnę śnieżną powaloną,
Po której szumiał Styks falą spienioną,
Czoło oparte miała ... z drugiej strony
Co wystawała z wód ... i ludzi łonu
Zdała się mówić łzą: Jam z Partenonu!...
Tam pasł się Pegaz ponad Styksu falą
Oczy się jego jak dwa węgle palą –
I Safo lutnię mą w akkord szarpnęła
A on się zerwał – stanął przy nas bliżej,
I kwiat kąwalij co z mej dłoni wzięła,
Co był z nad Tyśmienicy łąk zielonych,
Powąchać dała mu – – on głowę wyżej
Wzniósł – zdał się wietrzyć dal – sfer oddalonych –
« Po woni kwiatka, po dźwięku lutni
« Zaleć w krainę tę – i wróć gdzie smutni! »
Uderzył złotem skrzydłem – że wzleciały
Iskry ... i fale powietrza zagrały
Od piór słonecznych, co się kołysały...
Żegnajcie! dzikim, żalu pełnym głosem
Krzyknąłem, w sobie rozdarty we dwoje,
Żegnajcie duchy!... ja lecę z Erosem
Pieśni wam wiary dochowają moje!...
Jeszcze was zbudzę lutni lotnym głosem! –
A wy o smutne Muzy! wy sieroty
Hellady Boskiej ... o! na serca bliznę,
Przy[j]dźcie do Polski, znajdziecie ojczyznę!...
I ledwie miałem chwilę, by rumaka
Doskoczyć, co już wzlatał lotem ptaka –
Chyżo nad poziom wzniósł się – coraz chyżej
I wyżej ... coraz wzlatał – wyżej ... wyżej …
Niknęły światy cudne – pieśń dzwoniące,
Pieśniami serce moje żegnające,
Żem się obejrzał jeszcze za Helladą
I w dłonie moje – ukryłem twarz bladą...
I leciał rumak ... a na pół granicy,
Gdzie Styks się kończył, kaskadą spadając,
W pośród cyprysów patrzących w głąb fali,

Tam szły postacie dwie ... jak posłannicy
Piękności jasnej ... z sobą rozmawiając...
Leon dziesiąty!... a przy nim Walhalli
Twórca król Ludwik ... co budować mając,
W twym świecie radzi! się Medyceusza –
I znikli razem w gaju Tyrteusza...
Którego postać we mgłach się srebrzyła,
Piękną i dumna jak go myśl ma śniła
Niezapominek snop – swój ciężar błogi
Eros mu rzucił w połowie śród drogi
A resztą karmił Pegaza w Swawoli
I miał ich coraz mniej ... (to nieco ... boli!)
I leciał rumak ... dalej, coraz dalej
Błękitem sfer, i z nad dziejowej fali,
Niósł nad Świat Romy, i nad świat Germański
Nad średnie Wieki — aż nad nasz Słowiański...
Któremu kolej przyszła dziś na świecie,
By z piersi Polski nowe wydał życie!...
I leciał rumak ... i słucham ... w oddali

Jakby mnie duszy znajomi witali,
Ach! to podźwięki nadwiślańskich dzwonów !...
Co arfą wiały aż do boga tronów!...
Choć ziemi jeszcze nie widzę – w radości
Słucham – i wszystkie poznaje w miłości!...
Ach! to dzwon Skałki, a to dzwon Wawelu!...
A to Maryacki!... a to dzwon Tyniecki!
Tam znów dzwon Bielan leci do gwiazd celu!
I dzwonek Gródka!... i mój Zwierzyniecki!...
O! grają mi jak niegdyś, gdy na mojej skale
Słuchałem – z sercem drżącem jako Wisły fale –
I do ich dźwięków arfy dwiem stroił od serca –
I skala cicha we mgłach wśród kwiatów kobierca...
Wierniejsza niźli ludzie – patrzy w fal oddalę!...
I rumak leciał ... lecz senność z znużenia
Ujęła mnie – i próżno z nią walczyłem –
Więc szyję konia dłoniami obwiłem,
Jak przyjaciela szyję ... i z uśpienia
Nie wiem jak długie jeszcze leciał chwile – – –

I na Kościus[z]ki’m zbudził się mogile!...
Z tamtąd – ujrzałem lud wielki!... lud ludów!...
Idący w chwale bohaterstwa cudów!
On pobojowisk błoniami idący,
Na koronacyą wolnych ludów ziemi,
Wszystkie narody za Sobą wiodący,
Które odkupił męki krzyżowemi!...
Hozanna!... pieśń krzyknęła!...
                                                      Polsko Święta!...
Na czoła twego gwiazdę rozbryznięta!...

(Kraków. 1856.)

KONIEC SAFONY.


OKTAWA.
I.

      Ciszo błękitów! bezbrzeżna otchłanią,
Pozdrawiam Ciebie i ogarniam duchem,
Tyś wałki tęsknot szalonych przystanią,
Spokój twój słyszę harmonijnym ruchem,
U twoich brzegów węże już nie ranią.
Tyś wieków ogniw splecioną łańcuchem!...
By w tobie myśli pięknością utonąć
Nie żal żyć smętnie i ducha wyzionąć!...

II.

      A więc mi witaj, o błękitna ciszo!
Wielka jak Boga pierś rozwarta światu,
W której przestrzeniach orły się kołyszą
I tęcza wierna piorunowi bratu…
A gwiazdy, które w sfer harmonii wiszą,
Stroją płaszcz Boga w ciszy majestatu,
Zanim okrwawi się zorzy purpurą
Lub mgieł smętności rozedrze się chmurą!...

III.

      Pozdrawiam pierwszej gwiazdy blask uroczy,
Co nad kolebką zeszła mi w świt ranny,
Patrzę w nią, jako w siostry smętnej oczy,
I milknę piersi tajemne wulkany,
Serce jak dziecię co anioł otoczy
Skrzydeł swych cieniem na sen dusz świetlany
Koi się w walkach i w gwieździstą ciszę,
Kochanki głowę do snu drżąc kołysze...

IV.

      Burzo! kochanko pierwsza mojej duszy,
Której przez całe życie byłem wierny,
Twych gromów żaden głos mi niezagłuszy,
Owianiem wichrów twych jam dziś pancerny,
Dziś mi pancerza na sercu niewzruszy
Żaden żywota cios, życiem mizerny,
Bom w marmurowy spokój ubrał ducha,
W zbroję z błyskawic promieni okruchu !...

V.

      O! wspomnień moich wy łabędzie białe,
Czucia najpierwsze przyjaźni, miłości,
Smętne jak duch mój, dziś jak on zdziczałe,
Wołam was znowu tęsknotę młodości,
Patrzcie! mam dawne serce, wielkie, całe...
I duch mój dawnej pełen jest miłości,
Lecz odpływacie w dal – !....
                                                     Już do mej dłoni
Nie przypłyniecie – po kwiat dawnej woni!

VI.

      Choć nienawiści nieprzysiągł nikomu
Duch, błogosławi niegodne przekleństwa,

Jest łza, co gasi w chmurce pożar gromu
Co płacze wiecznym uśmiechem szaleństwa,
I chroni strzechę człowieczego domu –
Choć już nieżąda nic od człowieczeństwa,
Z sercem cięższem od młyńskiego kamienia,
Prócz zapomnienia – i prócz potępienia!...

VII.

      Gazello myśli!... siostro wichrów chyża!
Co się po skałach orlich drzesz szalona,
Wyżej piorunu, skąd się w otchłań zniża
Grzmiąca kaskada, szatanem stracona,
O ty!... co stajesz w tęczy, co się zbliża
Do stóp twych, kędy szumi skał korona,
Leć, leć, pod kościół skalisty żywota,
Bo zatrzaśnięte piersi mojej wrota!...

VIII.

      Lecz biada tobie, jeżeli przed kresem
Wstrzymasz się smętna, by mierzyć otchłanie
Krzyk twój kwitnącym byłby aloesem,
Co strzeli, potem w smętne opadanie
Przechodzi wieku zaklęty okresem...
Gazello myśli!... leć w ducha przystanie
Lecz sądząc otchłań, lepiej spaść z kaskadą
Niż w pół swej drogi stanąć marą bladą!...



OSTATNIA SCENA Z TRAGEDYI:

MITRYDAT.
Mitrydat wpada na pobojowisko w szatach zwykłego rycerza. Na kamieniu wśród poległych trupów siedzi Fatalion, starszy syn Mitrydata.

MITRYDAT.

A więc skończone – uchodzić – cha! ha! ha! Dumny Mitrydat w ucieczce!... tam jeszcze jeden żywy – ha! Fatalion, syn mój – on żyje…

     O! teraz wre mi w piersi całe piekło !...
Jam go nielubił od jego dzieciństwa,
Bo był zamknięty w swój tajemnej duszy,
I któż mógł wiedzieć, co za serce bije.
W tej niemej piersi, co grobem milczała?...
Synu mój! oba my tylko przeżyli
Pontu dni wielkie!... milczysz? synu przebacz!
Oto przeklinani trupa twego brata,
Własnąm go ręką zgładził z tego świata,
Że się słał zdrajcą syn mój ulubiony,
A ty – acz w cieniu zawsze mego dworu
Daleko – i mniej chociaż pierworodny
Kochany – ty dziś najpierwszy walczyłeś,
Dzielniej – niż wielkie Mitrydata ramię…
I ty – tyś mi dziś uratował życie
Ramieniem twojem – o! mój pierworodny,

O łaski dumny Mitrydat u syna,
Łaski dziś żebrze – chodź tu, zbliż się do mnie,
I dłoń mi podaj. Chodź, zginiemy razem,
Przyłóż mi rękę do tej rany w piersi,
Niepatrz tak dziko chłopcze!... chłopcze dumny,
Zniosłem spojrzenie Romy, co zabija –
Lecz twe spojrzenie piorunem mnie rani –
Nie patrz tak dziko. Chodź do piersi Ojca!...

FATALION.
(Zrywając się nagle.)

Tyś czuł, że orlę rośnie ci pod bokiem
By nieprzerosło – łamałeś mu skrzydła! …
Ojca?... któregom kochał jak bożyszcze,
A co mnie zimno odepchnął od łona
Tyś na twem łonie śmierć Pontu kołysał
Że później modląc się Bogom: zgrzytałem
Z wieczora codzień zasypiając: Bogi!
O wolniejcie mnie od mego kata –
Od mej młodości wroga – Mitrydata!
Tobie dziś dzięki za życie bez sławy,
Co się powlekło w nicość marnym dymem –
Tobie pogarda ludu i rycerzy
Tobie mój ojcze! coś ... ha! matkę moją
Poświęcił dumie twojej – o! o! o! o!...

(W powietrzu słychać chór śmiejących się Bogów.)
MITRYDAT.

O! – srogi jesteś jako Bogi mściwe...
Lecz słuchaj – jedną – ha! ostatnia prośbę –
Wnoszę do Ciebie – o! tu na kolanach
U nóg twych pełzam … jak wąż – już bez jadu –
O!... patrz, otom ja bez oręża – oręż
Mój się zgruchotał na Kwirytów karkach,
A chcę się zładzić! ten pierścień przeklęty!
O! już wyssałem z niego wszystkie – jady
Ale me trzewia z niemi oswojone,

Palą mnie tylko a zgładzić niemogą –
Oręż – ha! oręż ten – zabij mnie synu!
Ja błogosławię tobie –

FATALION.

                                     O – milcz królu –
Bo taki ojciec – błogosławić – niema
Żadnego – prawa –

MITRYDAT (z furią).

                                  Co? Ha!... więc przeklinam!
Przeklinam – jeśli niespełnisz rozkazu –
Rozkaz ostatni… żebractwo…

FATALION.

                                                        Przeklinać?...
O! twe przekleństwo taką mi nicością,
Jak błogosławiestw liche – marne słowo –
Proch i pogarda – bez końca – bez końca!
Jakież przekleństwo dla mnie nad śmierć Pontu?
Rodzina bajką! najsmętniejszą z bajek!...
Pogarda Bogom – których niemasz! bajka
Głupia i smętna – na twoje przekleństwa!
Niegodzien jesteś moim mieczem zginąć!

MITRYDAT.

Mścijcie mnie duchy – przed synami memi!...
O! dobrzem zdziałał, że Cię niekochałem –
Bo twoje serce acz wielkie jak Bogi,
Ono dumniejsze od nich wszystkich razem,
Ha – i ode mnie!... lecz wielki – przebacza, –

FATALION.

O! jam niegniewny – nic niemam przebaczać,
Nie – żalu nawet niemam dziś do ciebie,
Płaczę nad tobą o! ty biedny starcze,
Lecz biada tobie, żeś się na świat rodził!

Jam jest jak dziecko – co się bez ojczyzny
Rodzi – i wściekle tem – niweczy Bogów...

MITRYDAT.

Lecz tobie dumny – ja – ja – dałem życie!

FATALION.

Życie – cha! Cha! tak – to twój, dar jedyny –
I boleść jeszcze – i sieroctwo Bogów –
Bo bym innego i niewziął od Ciebie –
O! dzięki dar królewski – czuły – krolu!
Mogłeś go schować w twym potężnym skarbie
O! zbytnie lichy dar – na Mitrydata!

MITRYDAT.

Synu – i tobie niepęknie to serce?...
Pochłoń mnie ziemio! przepadajcie Bogi!
Coście mnie Bogiem stworzyły – by z szczytu
Strącić mnie w otchłań otchłani … ha! jeźli
Duch nie jest bajką – pomszczę się tam! na was –
Oddaj mi miecz ten – bo go wydrę tobie!

FATALION (odpycha go.)

                            Precz starcze – biedny! słabniesz?...

MITRYDAT.

                                           I nie pękło,
Nie pękło serce tobie?...

FATALION.

O! już – pękło!

( Przebija się i miecz ciska ze skały.)

Niegdyś myślałem – dokąd by z Pontu
Jeden przy życiu został – Pont niezginął…
Pójdę daleko – daleko – lecz Ciebie (upada)
Niechaj niespotkam nigdzie – nigdzie…
Bobym – znów umarł od tego spotkania –
Tyle goryczy mam…
     (Pasujac się strasznie, po chwili woła okropnym głosem.)
                                    O! kocham Cię Ojcze!...
                                                                                    (Umiera.)

MITRYDAT.

(Przypadając niemy nad ciałem Fataliona, leży przy nim jak martwy – całuje

nogi jego – podnosi i upuszcza ciało. )

Ha! On mnie kochał … dniu boski!

(Po chwili.)

                                                             Fatalio!...
Starzec zdziecinniał? ... popatrz w koło siebie –
O! teraz jeszcze – dźwignij moja głowo
Wszech klątw i jadów ciężar piorunowy
Ha! skąd te głosy – te wycia – te śmiechy –
To duchy zemsty wzywają mnie głośno –
Przeklęty pierścień – zgryzę Cię i ciskam,
Idź precz ode mnie! – niemam miecza nawet,
By przeciąć życie!... ohydny dar Bogów –
O biada?... ha – tam urwisko tej skały,
Tam orły tylko siadają królewskie –
(Wychodzi na szczyt.)
Tak – ! tu tak wolno! a tam – wschodzi słońce!
To Pontu niwy – rozległe – zielone –
Po raz ostatni widzę was – o ziemio!
Ziemio ty moja! żegnaj mi na wieki
Odtąd w niewoli podłych skajdaniona
Skonam za chwilę – a gdy mnie niestanie –
Mitrydat – Pantem – a Pont to Mitrydat –
I w tem nieszczęście twoje choć ma chwała –
Gdy skonam – kto Cię bronić będzie – ? konać
Za Ciebie kto z chwałą?... Poncie!
                                                            Niema Pontu!...
Oto na polach kwiat twego rycerstwa,
Śpi snem żelaznym – a reszta w niewoli
Teraz za wozem stąpa tryumfalnym
Wśród zbiegowiska Romy…
                                                  Ha! ha! Roma!...
O pęknij ziemio! Czarno mej źrenicy!...
Wąż zgryzot piersi moje opierścienił –
O – tam tak czarno w tej dzikiej otchłani,
Ale tu czarniej – czarniej o na Bogów!
Lecz zanim skonam – przeklinam Cię Romo!

Przeklinam całą siłą mojej siły,
I krwi mej kroplą ostatnią, królewską
I ostatniego wolnego człowieka – – –
Ha! lecz co widzę – wszak nie sen? ja cierpię?
Jeszczem nieskonał – ? tam – tam – w oddaleniu
Co to za wrzaski? hordy skajdanione
Wyją jak psy – z wściekłości ... i niewiasty
Ich ronią z krzykiem – dzieci swe mordują –
Ha! wszak to Roma! zabójczyni Pontu
Upadła – naga – w łachmanach – w niewoli!...
A cha! cha! chwała! ten obraz … lecz jaki
Już cichy w dali – o! wyjcie! mi jeszcze,
Bym waszych bólów krwawe słyszał głosy,
Konając – myślą – w przyszłości odległej –
Lecz nie ... nie – teraz tu widzę oczyma
Niewolę przyszłą mego ludu ... widzę
Te pokolenia niemowląt sierocych,
Jak się tam uczą w niewoli łańcuchach
Chodzić ... i Romy wymawiać nazwisko –
A może nawet zapomnieć – że byli
Narodem niegdyś – że był Pont. –

(Strącając się w otchłań.)

                                                              O Boże! ... [65]



OSTATNIE CHWILE ALEKSANDRA JAGIELLOŃCZYKA.[66]
(SZKICA.)



W obozie było ciemno – –
                                               Już wieczorna łóna
Od Zachodu się krwawo nad ziemią rozlała,
Lecz czarniej było w duszach rycerstwa – i cała

Garstka dworzan w milczeniu stała pogrążona –
Pod namiotem żelazne łoże wyniesione
A na niem król niemocą złożony – w boleści,
Nad nim smutna Helena w żałobie niewieściej –
Acz blada jako marmur – łzy jej utajone –
Dwie pochodnie płonęły – dwa wielkie sztandary
Z orłami i pogonią nad królem szumiały
U nóg króla jak dziecko płakał giermek stary –
Usta jego spalone jako grób milczały –
Lecz z oczu zapadniętych jakiś płomień bije
Snać walkę z śmiercią toczy – snać że jeszcze żyje,
Lecz już oniemiał. Czeka klęski albo chwały
Wtem odgłos trąb bojowych – rozdarł głuchą ciszę
I królowa krzyknęła w niemem przerażeniu
Każde serce drga miotem – i pierś ciszej dysze
W tem wpadł jeden z pancernych i jako w natchnieniu
Krzyknął: Victoria!...
                                     Niemy król ku niebu ręce
Wzniósł i Amen! zawołał po konania męce –
A głowa mu opadła na łoże w milczeniu
I skończył!...
                       A nad Polską smutne dzwony brzmiały –
Modląc się, w koło króla klęczał hufiec cały. – –



W GÓRACH.
(DUMKA.)


Raz spragniony wśród skał byłem,
I z górskiego źródła piłem,
I przyleciał orzeł pić
Jął skrzydłami na mnie bić!...
Nie bij orle! pijmy wraz!
Bo dwa orły z nas!...
«Więc leć ze mną w świat szeroki,
«Po nad skały, skał potoki,
«I poddał mi skrzydła — »

I siadłem na niego,
Nieświadom wędzidła
Szał lotu orlego!
I skrzydeł bił wiosły
I wichry nas niosły
Wśród lotu orlego!...



NATCHNIENIE.
JA.

Gdzieś ty mały jest chłopczyno,
Co mi szepczesz wciąż do ucha...
Takie cuda, że dni płyną,
Ucho twych tajemnic słucha!...
Że za niemi duch wypływa
Z ciała ... serce tęsknie śpiewa!...
Szukani Ciebie tu na ziemi
Na niebie wśród gwiazd promieni,
Szukam w lasach i przestrzeniach,
W górach — skałach — i strumieniach
Nigdzież, nigdzie niema Ciebie
Czyś zatonął w chmur pogrzebie?
Gdzieś ty o chłopczyno mały!...
O ptaszyno!...
O chłopczyno!...
Coś m pojął ideały!...?...

GŁOS.

Oj! nie w lasach — ani w górach,
Ani w niebie, ni na ziemi,
Nieszukaj mnie w gromów chmurach
Ni wśród szumu skał strumieni.
Ni na barwnych łąk kobiercu —
Lecz nie szukaj —
W twojem sercu!...




Z VICTORA HUGO.

W głąb Oceanu skalistą bryłą
Cichą się nitką źródło sączyło,
Czego chcesz płaczko ty nieznacząca
Zaryczy otchłań hardo szumiąca?...
Ja jestem burzą i przerażeniem,
Mych granic niebo strzeże sklepieniem,
Cóż po maluczkiej tobie, mnie, morzu,
Com jest ogromem w światów przestworzu?...
Gorzkiej otchłani rzekł strómień łzawy,
Ja ci przynoszę bez szumu, sławy –
To czego niemasz głębio przemożna:
Kropelkę wody, którą pić można!...




WIESZCZ KAPŁAN.

Nad jasną księgą ruchomych przestworów
Siedział on gołąb w myślach pochylony
Głuchy na bure piekła rozhoworów
Zwisł u szczytu skrzydły uniesiony...

Niekiedy tylko z nad księgi wzniósł oko
W błękit niebiosów, jak gołąb u zdroju,
Co się napije i głową wysoko
Ku górze rzuci, nim wzleci w pokoju...

Spokojnem okiem na te sprawy świata
Poglądał wieszczą, otoczon światłością,
Skowyt szatanów, choć ucha dolata,
Już go zwątpienia nieporwie wściekłością.

Nie jest on starcem, ni dziecięciem wieku,
Jako kłos pełny czołem pochylny,
A jak cedr silny, cierpieniem wzniesiony
Nad wszystkie burze u wieczności ścieku…

      On w ciszy duma – i tworzy – i działa –
Pracą się wciela w duchów obcowanie,
Słowem niemarni myśli, co powiała
Jak anioł Pański na czynu świtanie!...

      Cierpi bez końca – a jak ranne zorze
Przed Panem wiecznie z piersiami krwawemi,
Cichy, miłosny, z swą wiarą w pokorze,
W Boga na niebie – a w siebie na ziemi!

      Za kamień światu on odrzuca chlebem
Kamień w chleb zmienia łzy rosy świętemi,
Niewisząc ziemie pomiędzy – a niebem
Czołem gwiazd tyka [67] – acz stoi na ziemi!

      Wieki przetrawił nad księgą rodzaju,
A pewien myślą, że usiadł w tej chwili,
Że dotąd ziemia w swojej wiosny Maju
Przyszłość mu świata w jego sercu kwili!

      Cierpienie szczęściem – szczęście mu cierpieniem,
On w zamyśleniu gniewem Mojżeszowym
Raz się oburzył – świątyni kupczeniem
Gniewem piorunów, tu, po – Chrystusowym...

      W tem grzmot straszliwy rozdarł biodra światów,
Grzmot niesłychany – gdzieś z góry – gdzieś z dołu,
On go wziął jeszcze za śmiech ziemi katów,
Za śmiech ostatni – tryumfalny! – czołu
Jakowaś jasność trysnęła od góry –
Wzniósł oko ciche – a gwiazdy padały,
W gromach archanioł dnił się z nocnej chmury,
Z olbrzymią trąbą – której głosy grzmiały,

      I zewsząd wlokły się narodów kości…
Z pękniętych grobów trwożnie powstające –
A tam na tęczy siadł ojciec Światłości,
Garnąć do siebie smutne i cierpiące…

A łodzie świata biły o wieczności ląd,
I anioł palmą dotknął jego ramię,
I rzekł: czy widzisz to piorunów znamię,
              To ostatni sąd!
Wtedy padł czołem przed swych marzeń cud,
I aniołowi odrzekł w glos natchnienia:
Widzisz to znamię chwały przebaczenia?
              To ostatni lud!...
«O myśli moja! Ty niemasz granic!
      «Bóg jeden twoją granicą!...
«A z resztą wszystko – tobie za nic! Za nic!
      Leć! Nieśmiertelne gwiazdy, co ci świecą!...




PIOSNKA EWY
NAD ŚPIĄCYM KAINEM.

O cicho, miło, śnij niemowlę moje,
W imię boleści naszych uśnij błogo,
Tobie łez moich wypłakane zdroje
A życie dałam ci boleści srogą!...
Byś już niecierpiał i oddał je Panu,
Może za naszą boleść nieprzemarni
Dni przeznaczonych życia twego ranu
I twej młodości ujmie grom meczarni!...
Biedne dzieciątko! Śnijże, śnij o! cicho,
Może się we snach raj ten przyśni tobie,
Cośmy przeklętą uwiedzeni pychą
Stracili w trwogi śmiertelnej żałobie!...
Przypadłszy, pierwszy piorun usłyszeli!...
Śnij przez te burze, i rozpacz co lwiemi
Szpony myśl szarpnie, gdy się uweseli!
O złóż tu główkę jasnowłosą, złotą,
Przymknij oczęta na matczynym lonie,
Co cię z boleścią dało i tęsknotą,
Za jasnym światłem, co w mgłach wiosen tonie!...

Biednesz ty dziecię, dziedzic martwej ziemi,
Damci ja kwiatków – lecz nie takie w gaju
Jakie tam były!... lew szpony dzikiem
Rozszarpie łono – jak igrał wśród raju!
Śpijże, pij błogo chłopczyno ma luba,
Po co te chmurki na niewinnem czole,
Tak dziki płacz twój … Boże! ukój bole,
Ha! tam wąż pełza!... przekleństwo i zguba!...




KAIN U ŹRÓDŁA.
KAIN.

Od dnia do nocy wichry mnie gnają,
Gdy spójrzę w ziemię, ciemność, pustynia,
Gdy spójrz w niebo, gromy łyskają,
To serce świat oh! cały obwinia!
Dalej! dalej! przed tem słońcem
Uchodź winny, biada Ci!
Bo duch czarny twoim gońcem
Co im czole zemstą skrzy!...

ADAH.

Niegdyś – pamiętasz o! drogi! łuby!
Nasze wieczory – ! nieba łaskawsze,
W cieniu palm … za nim w dzień naszej zguby
Już szmer ich listków umilkł na zawsze!
Objęty mojem ramieniem,
Jak dziecię na piersi mi
Kładłeś głowę rozmarzeniem
Senną – boskież były sny!...

KAIN.

Niegdyś – ? czy pomnisz o luba, droga,
Dym całopalny Abla ofiary?...
Czy ty widziałaś pioruny Boga
Cha! Cha! Gdzież Abel! – ? gdzie chwile wiary…
Objęty węża pierścieniem
O! nie dla mnie dzisiaj sen!
Niepatrz aniołów spojrzeniem
Bo zszataniał już wzrok ten!...

ADAH.

      Wstrzymaj! o! wstrzymaj, błagam ! tej chwili,
Pochód twój, stań o!... patrz dziecię twoje
Spragnione w puszczy napróżno kwili
Stój! stój! tu źródło – niech go napoję!...
         Biada, biada, na twem czole
         Ogień piekła jeży włos,
         Piersi twoje szarpią bole,
         Kain! Kain! drży twój głos!

KAIN.

      O! milcz niewiasto milcz z tem imieniem,
Wicher je niesie, wlecze, porywa,
I konającem z gór szczytu drgnieniem
Jak jękiem Abla tam się odzywa!...
         Imię Kaina przeklęte,
         O! napój niemowlę tu,
         Potem … na wszystko co święte,
         Uchodźmy! o! precz co tchu!...

ADAH.

      O! rozchmurz, rozchmurz na chwilę czoło,
Patrz w te niebieskie, czyste oczęta
One jak z twoich!... i śmieją się w koło...
Kain! dziecina ta nieprzeklęta!
         Nie! o nie! o nie! na Pana!
         Co króluje tam z nad gwiazd,
         Dziecino moja kochana,
         Ty ptaszę niebieskich gwiazd!

KAIN.

      Już napoiłaś dziecię, chodź droga!
Bo za mną goni uragan puszczy,
Przede mną ciemność, za mną głos boga
I w koło śmiechy zdziczałych tłuszczy…
         Biada, biada, przed tem słońcem,
         Co jak Abla krwawa twarz,
         Uchodź! uchodź, przed twym gońcem
         Lub krwią winę twoją zmaż!

ADAH.

Nieściga Ciebie hurragan puszczy
Niewoła Bóg!... otchłani niema,
Niesłychać głosów klnącej nas tłuszczy,
Próżno poglądasz trwogi oczyma,
Bo to uragan sumienia!
Ha! wieczności otchłań to!
Kain! Kain! twe spójrzenia
Ogniem palą duszę mą!...

KAIN.

Przed słońcem idę w groty ciemności,
A w grotach ciemność przeraża mnie!
Burza przeraża Cię w swej dzikości,
W ciszy szmer listka przeraża Cię!...
O niewiasto droga, święta!
Coś tu za mną poszła w świat…
Dola moja oh! przeklęta
I twych liców więdnie kwiat!...

RAZEM.

Od dnia do nocy błądzić bez końca,
To los mój przyszły – los mój na wieki!
Każdy cień liścia i promień słońca
Nie dla mnie! kiedyż zamknę powieki!...
Dalej! dalej! w ciemną drogę
Wygnańcy uchodźmy wraz,
Choć cierń rani drżącą nogę,
Błądzić, błądzić – to cel nasz!...
1855.




MONOLOG KAINA.
(Z CIAŁEM ADY NA RĘKACH.)

Umarła!...
Ciało jej w moim objęciu
Łamie się – głowa na piasek opada...
Ha! ha!... tam sępów wrzeszczą dzikie stada…
Włosów jej strumień rozlał się … o biada!
Mnie i dziecięciu!...

A duch twój Ado?... ha! Kain szaleje!...
Duch twój gdzie? Święta o!... siostro wygnanko,
Coś ze mną poszła w przeklęte koleje...
Pomimo wszystkich klątw… nadzy kochanko
Moja!... co tobie... ha! ha! ha! nieprawda!
Ona śpi tylko – ona się przebudzi –
Niech tylko żaden nieprzyjdzie tu z ludzi…
W grocie ją złożę – cichą – smutną – białą
I będzie jakby była skamieniałą...
A strumień głazów bryłami wysadzę
Z łoża – i wodę tedy poprowadzę,
By wejście groty skryła wodospadem!...
Niech tylko księżyc promieniem tu bladym
Przedrze się przez pian fale spadające
O Adah! Adah! Szczęście moje śpiące!...
Tyś mi konając mówiła: Kainie!
Kiedyś szczęśliwy był o! wtedy żywą
Radością żyłam tam w naszej dolinie,
Ale niebyłam nigdy tak szczęśliwą
Dzieląc twe szczęście, jak kiedy w godzinie
Rozpaczy przyszło dzielić twoja nędzę;
Boś czuł jak życia mego tobie przędzę,
Rzuciłam rada!... jak Ciebie kochałam!...
Dzisiaj rozpaczą nad mą śmiercią pałam,
Jak ja śmiem umrzeć, kiedy ty załamiesz
Dłonie w rozpaczy… i głowa jej spadła
A twarz tu moja zgrzytająca bladła
I zieleniała – że kiedym do źródła
Ciało jej schylił… była tak wychudła,
Tak straszn[i]e, żem krzyknął źródłu o! ty kłamiesz…
Jam dziś straszniejszy od wszystkich szatanów,
Ja wszystkich węży król najjadowitszy!...
Tu życia mego tętno się zastanów
O!... dziś męczarni pokarm najobfitszy!
Umarła? ha! Ty co tam nad błękitem
Mścisz się … patrz na mnie i dodaj mi siły,
Zabić się … czemóż nad otchłani szczytem
Lękam się – czy tam gorzej? … czy mówiły

Mi gwiazdy sine, że tam gorzej jeszcze?...
O! przez wszystkie przekleństw, bolów dreszcze,
Czegóż się lękam? a syn mój – zabije
Mnie może kiedyś, jeżeli ma serce?...
Dziś jak wilczyca głośnym bólem wyję
I kąsam głazy – a waż w swoje kleszcze
Objął mnie – Adah! Ada h! Adah! Adah!
Jak straszne śmiechy szatanów szydercze...
Przez niemą wieczność niech się ból spowiada –
Ból mój Jehowah! straszniejszy od Ciebie,
Od Ciebie, co tam mścisz się w twojem niebie…
Pęknij o piersi! albo w głaz się zamień…
Adah!... z Kaina stał się niemy kamień –
Więc lećmy razem w śmiertelne otchłanie,
Niech prócz przekleństwa – nic tu niezostanie!...
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .



PRZY ŚCIĘTYM DĘBIE.
(PARAFRAZA Z LAT DZIECINNYCH.)

      W świątyni dumań zagłębiony cały
Szukam pamiątek świętych memu ranu,
Czy już młodości ostygły zapały,
Z księgi przyrody czyż nic niedam Panu?...
O! tyle kłosów chyli się na nad łanu!
I w szum falisty pola zaszumiały –
Z trzech wieków dawnych rodowi twojemu
Dębie! o kędy dwa wieki zniknęły?...
Cożeś zawinił rodowi ludzkiemu,
Co tym toporom, co twój pień podcięły?...
Sto lat zaledwo nad czołem zakwita,
Z trzystu co twojem były przeznaczeniem,
I byłeś wielki miedzy drzew plemieniem,
Pieśń cię o życie dzisiaj smutnie pyta…
Już głucho szumisz liśćmi zielonemi,
Na których orły gnieździły się dumnie,

O! boś ty runął podobien kolumnie
Co rosła wieki – by runąć z wiekami!
Dumne twe czoło, w liści wianek świeży
Za tobą już – ten czas co bieży –
O! i czemże są te bóle namiętne,
Walki – i żale, dzieła ludzi smętne,
W obec wieczności, co nad wszystkiem leży?...
I burzyć tylko jest człowieka losem –
Co tworzy, jemu nieodpowie głosem!
W pogwizdach burzy, z łona chmur grom śmierci
Twojej potęgi, w twe biodra uderzył,
Lecz jedną gałęź rozdarłszy na ćwierci
U stóp twych konał – tyś go hardo zmierzył...
Burza szamocząc twemi gałęziami,
Siłą oporu wzmacniała konary
I szamotałeś się z nią groźny, jary
Wznosząc gałęzie w górę konarami
Tak najeżony – gdy burza poczyna
Wyć, taką grozą dziką rozdąsany
Jak cień pradziada z grobów wywołany
Co pokarlałe wnuczęta przeklina…
I szumiąc liściem, czołem trząsłeś śmiało
Bo w dół twej dumie patrzeć nie przystało…
I burza wściekła, uchodząc zawyła,
A wyciem swojem twój tryumf wtórzyła...
Pomnisz tej wiosny, gdy stopniały śniegi,
Ślepa moc dziko lecącej powodzi
Rwała twych braci, podmywając brzegi,
I biada tamom, wszelkiej biada łodzi,
A tyś samotny oparł się powodzi!
I uciekała jak przyszła zuchwała,
Pian swych wścieklizną twe stopy lizała...
Ale gdy przyszło trzech razem rębaczy
Z wyostrzonemi i na głazach topory,
Ugrzęzło ostrze w mchu siwym twej kory
I padłeś – olbrzym – że zadrżał bór cały!
Któż teraz przyjmie chór ptasząt tułaczy,
Co na gałęziach twoich gniazda miały?

Jutro cię odrą z liścia twe zabójcy,
O! a z rębaczów twoich, jeden trójcy,
Cios ci najsilniej zadał – cios o! skrycie,
Lecz rąbie śmiało, nic go nieobchodzi,
Bo on zapomniał, jak w czasie powodzi,
Na twych gałęziach wyratował życie...
Dziś ci toporem wdzięczność swą odpłacił,
(Lecz musiał, bo by był na tem coś stracił!...)
Dębie!... na twoje pomarszczone czoło!
Ono się chwilą tylko w proch ukryło,
Chór ptasząt tutaj zanucił ci w koło,
Kiedyś natura wróci pomsty siłą!...
Wszak tobie wieki latarni są tylko
A dębom – życie pokoleń – jest chwilką?...
Dębie!... na twoim pniu osieroconym
Gałązki dzisiaj tak słabe i małe,
Staną się kiedy znów dębem zielonym,
Potężne siłą – i swym wiekiem całe!
Drzewa, co podle tobie urągają,
Ścięte, zgrzybiale dotąd popadają,
A twe gałązki potęgi plemieniem,
Wzrosną podwójne siły swej zmłodnieniem,
I jako Feniks z prochów ojca swego
Powstanie mściciel, co orlem spójrzeniem
Popatrzy w słońce! zmierzywszy kres jego,
Roztoczy pióra pod niebios sklepieniem,
Dumny syn wieków, gdy wionie skrzydłami
U szczytu chwały – sięgnie za laurami!

∗             ∗

I roztysiączni się twoje nasienie
Jako w nocy otchłaniach – słoneczne promienie!...
(1849.)


Z PIOSNEK ŚLEPEGO LIRNIKA.
O GDYBY OCZY MOJE!


ON.

O gdyby oczy moje
     Mogły powiedzieć Ci ,
Ile cię kocham! i twoje
     Tak odzwierciedlić mi,
Padłbym jak ranne ptasze u twych nóg!...

ONA.

O mój miły – gdybym śmiała
     Tak w oczy spójrzeć, Ci,
Łzaby moja mnie wydała
     A znasz takie łzy?...
Łzy, które widzi anioł stróż i Bóg!...

RAZEM.

A więc chodźmy dłonią w dłoni
     Przez świat wielki, przez to życie,
Wieńce gwiazd czujem na skroni
     Jaśniejszych niż na błękicie...
Przez odmęty burz przepłyniem,
     Jako anioł za aniołem,
Jeźli zginiem, to wraz zginiem,
     Jako sokół za sokołem...
A nad nami anioł wiosny
     Skrzydeł swoich cień roztoczy,
O! dzień jasny! dzień rozkoszny!
     Niemą wieczność patrz mi w oczy –!...




CZYŚ TY ŚLEPA?

Czyś ty ślepa o dziewczyno,
     Czy cię urzekł czar, co boli?...
Czy za naszą Ukrainą
     Wypatrzyłaś wzrok sokoli?...

«Oj w młodości mojej ranek
     «Ni mnie żaden czar zczarował,
«Alem ślepa – bo kochanek
     «Oczy moje wycałował...»
Ale błyśnie jasny dzionek
     Oku jako gwiazdka fali,
Wróci, wróci mój skowronek
     Z lancą, z szablą, błyśnie w dali!...




DZIEWCZĘ.

           O mój kwiatku, czemu zgięty
                   Tak ku ziemi czółko kryjesz,
           Czyś poranku chłodem ścięty,
                   Czy oczęta rosą myjesz?...

KWIATEK.

           Ni mnie ziębił szron poranku
                   Ni mnie rosa pochyliła –
           Ale twego łza kochanka
                   Łono moje przepaliła!...




NA WZGÓRKU NA ZIELONYM.
(ODŁAM Z CAŁOŚCI.)

           Na wzgórku na zielonym
                   Młode dziewczę tam stało
           Z cudnem białem o! łonem
                   Na wiatr włoski rozwiało…
           Na wzgórku na zielonym
                   Młoda brzoza szumiała,
           Z pięknem o! białem łonem
                   Swe warkocze rozwiała…
           Dziewczę marzy i nuci
                   Tęskno patrzy w niebiosy,
           Brzoza szumiąc się smuci
                   Z listków strąca łzy rosy…

           Coś tak tęskno dziewczynie!
                   Siadła płakać nad rzeką,
           Ku niej swachy w dolinie
                   Z gwarną pienią się wleką...
           Coś tak szumi, narzeka
                   Drżąca brzoza listkami
           Ku niej idą z daleka,
                   A idą z siekierami…
           I poranka jednego
                   Jęczy cerkiewny dzwonek…
           A z pod nieba [68] chmurnego
                   Dzwoni, dzwoni skowronek...
           Na wzgórku na zielonym
                   Wóz ciągną czarne woły,
           Wóz skrzypi ciężkim plonem,
                   Oj! oj! nie do stodoły...
           Na nim dziewczę uśpione
                   Z źrenic iskry uciekły,
           Rączki na pierś złożone
                   Lica w bladość się zwlekły…
           Na nim dziewczę uśpione
                   Z czołem jak lilia biała,
           Rączki na pierś złożone
                   Snem aniołów się śmiała…
           Na wzgórku na zielonym
                   Wóz ciągną czarne woły,
           Wóz skrzypi ciężkim plonem
                   Oj! Oj! nie do stodoły...
           Na nim brzoza złożona
                   Z ran jej ciche łzy ciekły,
           Warkocze od jej łona
                   Aż po ziemi się wlekły…
           I po brzozie zanucił
                   Ptaszek dzióbkiem zroszonym,
           A za nią – – któż się smucił
                   Na wzgórku na zielonym?...

ZORYNA.[69]

           U chatońki, Zorynońki,
                   Skrypiat worota,
           Taj smert każe Zorynońko!
                   Wże ty syrota!...
           Pryszły byczki, taj stanuły
                   Zwizom, u płota,
           Taj wołajut! Zorynońko!
                   Wże ty syrota!...
           Połetiła wże łastuwci
                   Skucznaja chata,
           Oj Zoryno i Zorynońko!
                   Wże ty syrota...
           Widczyń dweri, Hospodyni,
                   Widczyń worota!
           Bijut w dzwony, Zorynońko!
                   Wże ty syrota…
           Wijut witry po mohyłach,
                   Hurkotyt słota,
           Wrona kracze, Dońka płacze
                   Wże ja serota!...
           Powerne sia wesna myła,
                   Taj słonko lita,
           Ne powerne sia myj myłyj
                   Wże ja serota!...




W PTASZĄT CHÓR.

           O! pójdź do mnie dziewczę moje!...
                   Ja wyśpiewani wdzięki twoje,
           Liczko, czołko i oczęta…
                   Lecisz , lecisz uśmiechnięta
           W ptasząt chor! w ptasząt chor!
                   Liczko twoje białe, jasne,
           Kiedy spłonie wiosną krasne
                   Jak na czołach gór śnieg biały,

           Kiedy na nich zorze wstały
                   W ptasząt chór! ptasząt chór!...
           Piosnka twoja dzika, smętna
                   Jako serce me namiętna!...
           Jak z pian tęcza wytryśnięta,
                   Nad dwóch skałach mostem śpięta
           W ptasząt chór! w ptasząt chór!...
                   Ust twych pączek koralowy
           Jak paciorek kalinowy,
                   Lecz by w pieśni żar zachować,
           Muszę! muszę! pocałować,
                   W ptasząt chór! W ptasząt chór! .,.
           Jak dwa węgle oczy twoje
                   Palą, palą, serce moje,
           Lecz by poczuć w nich twą duszę
                   Pocałować muszę! muszę!...
           W ptasząt chór! w ptasząt chór!...
                   Dusza twoja tak głęboka.
           Jako toń Morskiego Oka.
                   Patrz już klękam i do Pana
           Piosnka leci o! wezbrana
                   W ptasząt chór! w ptasząt chór!...
           «Boże podnieś duszę moją,
                   Niech z jej duszą się zestroją…»
           Jak dwóch lutni sny weselne
                   I niech lecą nieśmiertelne
           W ptasząt chór!... w ptasząt chór!...




BIAŁA RÓŻA.

           Słowik zakwilił nad pączkiem róży,
                   Róża ożyła!
           I jak usteczka z łezką po burzy
                   Się otworzyła
           I słowik nucił – nucił – i nucił –
                   Róża się śmiała,

Gdy się weselił – a gdy się smucił
Róża płakała...
Raz słowik usnął cicho, radonie,
Róża pobladła,
Słowik się zbudził senny o wiośnie,
Róża opadła!...
I stoją ciernie, wiatr liście goni,
Szronem przenika,
Ptaszyn piosnki roni i roni
W klatce ptasznika!...
Tyle róż kwitło – lecz on się żalił,
Próżno pieśń – jękła –
Ach! bo mu ptasznik oczy wypalił
Pierś z pieśnią – pękła!...




JASIENKO.

Co północ chodziła
Gdzie jego mogiła.
Szalała, płakała
Warkocze targała...

Jasieńku mój miły
 }
 2.
Weź mnie do mogiły!...


A wierzby co płaczą
Szaleją i skaczą,
Szkielety kołują
Szaleją, wichrują

Jasieńku mój miły
 }
 2.
Weź do swej mogiły!...


I powstał z mogiły
Królewicz przemiły,
Odpycha go ręką –
To nie mój Jasieńko!

Jasieńku mój miły
 }
 2.
Weź mnie do mogiły!...

I powstał młodzieniec
Strojony w róż wieniec,
Odpycha go ręką –
To nie mój Jasieńko

Jasieńku mój miły!
 }
 2.
Oj weź do mogiły!...


I powstał Jasieńko
W łachmanach z lireńką,
Na mieczu się wspiera
Wąż serce wyżera...
I chwyta go ręką –
O! to mój Jasieńko!

Jasieńku oj! miły!
 }
 2.
Weź mnie do mogiły!...


Tam będziem się tulić
I pieścić i czulić –
Tak będziem szczęśliwi
Szczęśliwsi jak żywi!...

Jasieńku oj! miły!
 }
 2.
Weź, weź, do mogiły!...


I słonko wstawało,
A dziewczę się śmiało
Oj senne na grobie
Na wieki już spało –

Jasieńko z lireńką
 }
 2.
W mogiłę wziął sobie!...



LUCIOLA.

Gwiazdko moja samotnico ,
Świeć nade mną, świeć!
Tęskna dumań mych siostrzyco,
Leć przez błękit, leć!...

           Ja wędruję a ty płyniesz
                   Wśród samotnych dni
           I ja zginę i ty zginiesz.
                   Wśród przedświtów mgły…
           Lecz tam w dali czujem sami
                   W płaszczu krwawych zórz
           Nad naszemi mogiłami
                   Słońce wstaje już!...
           Wśród burz szału na dnie duszy,
                   Wśród piekielnych dróg,
           Głosu żaden głos nie zgłuszy
                   Co wlał w piersi – Bóg!...
           Tyle gromów uderzyło,
                   Tyle rykło burz ,
           Patrz! nad jedną tam mogiłą
                   Płacze aniół stróż!...
           Dalej! dalej! jasna moja!
                   Tęskna gwiazdo ty,
           Od kolebki światłość twoja
                   Do mogiły lśni!...
           Gwiazdko moja, ty ostatnia
                   Spadaż z niebios tła?...
           To z jej liców czysta, bratnia
                   W ciemność leci, łza...
           A ty jasna znowu płyniesz,
                   Idę – idę sam,
           Aż piekielne prądy miniesz
                   U wieczności bram!...
           Próg otchłani niedaleki
                   Lecz zwycięży duch!
           Nierozłączym się na wieki,
                   Gwiazdko! ja twój druh!...
           Choć cię czarną zowią gwiazdą,
                   Jasny cel i zwrot,
           Na wiszarach orle gniazdo
                   Nad otchłanie lot!...



PIOSNKA.[70][71]
(Z PORTUGALSKIEGO.)

O mój miły! me kochanie!
Nie mów do mnie: serce moje!
Bo to serce bić przestanie,
A ja drżę o miłość twoję!..
Ale mów mi duszo moja!
Wtedy pierszchnie myśl piekielna
Bo pomyślę: miłość twoja
Jak ma dusza: Nieśmiertelna!...





OBŁĄKANA.

Oj słowicze! oj nieboże!
Tęsknisz, kwilisz, w malej klatce
I ja tęsknię dobry Boże!
Cha! cha! cha! cha! w małej chatce…
Oj! oj! dobry Boże!
Cha! cha! cha! cha! w małej chatce…

Błyśnie słońce nad górami,
Idę, błądzę tam w oddali,
Dolinami i gajami
Aż na cmentarz, gdzie śpią biali,
Oj! Oj! dolinami,
Aż na cmętarz, gdzie śpią biali!...

Błyśnie miesiąc z chmur na niebie,
Luby siada na mogile
I przygarnia mnie do siebie
I tak pieści — chicho... mile...
Oj! oj! na mogile
I tak pieści długie chwile!...


    A ja blednę niby z strachu
Psy wyją i uciekają,
Ze mnie śmiał się kot na dachu,
Sowy ciemność uciekają,
                  Oj! ach! uciekają,
Ze mnie śmiał się kot na dachu...

    Oj! wy gwiazdki, chmurki złote,
Wy cmentarni słowikowie,
Wy nieznacie mą pieszczotę –
Tak się pieszczą aniołkowie,
                  Oj! ach! aniołkowie,
Gdy im nów dobranoc powie ...

    Tak mnie pieści, tak mnie tuli,
Tak mi w oko patrzy smutno,
że się kamień łzą rozczuli,
A w księżycu łza pokutną
                  Ach! ach! łza pokutną
Kiedy kamień się rozczuli!



ORLI SZLAK.

Leciał, leciał , orzeł siry
       Nad cmentarze, nad kurhany
Przez chmur czarne szumiąc kiry
       Pruł pęd wichrów rozuzdany...
Leciał wyżej, wyżej – wyżej –
       Witać słońca ranny świt
Nieba bliżej, coraz bliżej
       Siadł na śnieżnej skały szczyt!
Leciał, leciał orzeł siry
       Po nad bory, skały, rzeki,
Nad wsie miasta, nad fal wiry,
       W lot swobodny, w lot daleki…
Wśród błękitów sam żeglował,
       Krzykiem witał słońca świt,

Tęskne skrzydła rozkrzyżował,
Siadł na suchy dębu szczyt –
Leciał, szumiał orzeł siry,
Po nad grody, świat szeroki,
Jak nasienie pieśni z liry,
Tęskniąc w jasne zórz obłoki...
Aż na krzyżu siadł nad drogą,
Wzruszon [72] patrzał na skał szczyt,
Czuł, co orły uczuć mogą,
Gdy miał błysnąć słońca świt!...
Ha! w krzyk dziki pierś wrzasła
I uderzył w lot skrzydłami,
A pobytem swego hasła
Jął się wzbijać nad górami...
Szumiał – chyżej – coraz chyżej,
Witaj, witaj, orle życie!
Coraz wyżej – coraz wyżej –
Aż rozpłynął się w błękicie!...



DUMA.

Siedział orzeł na kurbanie,
W szponach trzymał trupią głowę,
Czyż za gniazdo orłu stanie,
Gniazdo myśli stuwiekowe?...
Siedział, dumał, bił skrzydłami
I nastrzępił białe pióra,
Jakby tęsknił za gwiazdami,
Co pokryła czarna chmura…
Cicho było – ciemno było –
Wicher stepów dumą śpiewał,
Ziemia zdała się mogiłą
I liść z drzewa ulatywał…
W tem nadpedził z głuchym szumem
Smok z oczyma jarzącemi,
Z piersi dymów ziajał tłumem,
Warkocz iskier słał po ziemi...

Leciał, śmiechem parsknął dzikim
W brudny obłok owiał czoło –
I popędził z głośnym rykiem,
Piekło iskier siejąc w koło…
I zadrżały polne kwiaty,
Orzeł krzyknął w niebogłosy –
Pożeglował w swoje światy –
Powiał, powiał gdzieś w niebiosy…
On co grzebał z kozakami
Atamanów kości białe,
On co płynął z sztandarami
Naprzód prężąc skrzydło śmiałe;
Czy się uląkł? .. o! nie z trwogi,
On w krzyk dziki się zasmucił,
Krzyk przeczucia to złowrogi,
Oby w piersi nie powrócił!...
I nad łamy – Nad kurhany –
Siadł – na krzyżu się posmucił
Z trupią głową. – W noc stepową
Uleciał – i niepowrócił!...



LUDZIE MÓWIĄ, ŻEM SZCZĘŚLIWA!

Ludzie mówią, żem szczęśliwa,
Że mi jasne błysnęło zorze,
Oj! oj! Pożal Boże
Nitki życia i przędziwa
Nitki i przędziwa!
Ludzie mówią, żem wesoła,
Że mój uśmiech tak radosny,
Oj! oj! płacz anioła
Słyszę tam och! mojej wiosny
Słyszę mojej wiosny!...
Gdy nów błyśnie z chmur
I zaszumi bór
Ja bez snu, bez łzy,
Ból się tylko śni!...

Ludzie mówią, że mi święta,
Dola jasny wije wianek
Oj! wianek na kurhanek,
Wianek na kurhanek!
Gdy za duszę mą zadzwonią
A ludzie do stypy siędą,
Śmierci mej się dziwić będą,
Lecz niech ni łzy nieuronią!
Ni łzy nieuronią!...
Tylko jeden tam
Żebrak smutny, sam,
Z lirą stanie
Przy kurhanie
I łzę będzie miał –
I łzę będzie miał!...



CICHY SEN.

Wśród wąwozu kwiatek drżał
Zgięty kroplą rosy,
Nad nim dziewczę w pośród skał
Niosło wzrok w niebiosy,
Łzą, łzą, niemą wpośród skał
Łzą cichą w niebiolsy!...

I na kwiatka upadła lica
Przy rosie, jej łza
Zadrżał kwiatek – i dziewica!
Ze skał spadła mgła – –
A w wąwozie głos jej wiał
Pnać się echem w skały z skał
Jak bluszczów winnica…

Kropla z kroplą tęsknie drży,
A ja schnę w tęsknocie!
Łza mą rosę – nic prócz łzy
Los niedał sierocie…

I głos coraz ciszej drżał
Gdzie na skały szumiąc z skał
Zdrój pienik paprocie…

Płomień obie zebrał łzy,
W tęczy wniebowzięcia
Anioł uniósł w jasne mgły
Duszyczkę dziewczęcia –
A kwiat tylko niemy stał,
Zgięty wpośród cichych skał
Po nad snem dziewczęcia!...



PIEŚŃ SIEROTY.

O ludzie pod wasze płoty
Niosę skargę sieroty!

Skargę straszną jak żmija,
Co pierś w grobie obwija!

Z skowronkamim śpiewała,
Wiośnie wiosną się śmiała –

Pieśń powiała na groby
Wieńcem cichej ozdoby!..,

I wianek uplatałam
Z kwiatów co w duszy rwałam,

Ludzie wieniec wężowy,
Spletli na skroń – grobowy…

Stargałam sznur korali,
I utonął gdzie w fali –

Oj! tak płyną me lata
Potargane wśród świata…

Chyba po tem, że cierpię,
Że dzbanek we łzach czerpię

A nikt mnie nie ratuje –
Ciebie Boże przeczuję!...

Tam krzyż biały z nad płota
A pod krzyżem mogiła –
[73] O! bodaj się sierota
Na świat nie rodziła!...




SZALONY CHŁOPIEC.

Hej!... ty cieniu z lilią biała
Czego chcesz ode mnie?
Czego krwawisz pierś zbolałą
I wzdychasz daremnie?...
Czy ci niedość moich nocy
Mózgowych pożarów?
Na co mojej krwi sierocej
Do twoich pucharów?...
Niepatrz na mnie o!... tem okiem!
Precz z szatą godową!...
Bo jak cisnę trupią głową
Padniesz snem głębokim!
Jak pies wyłem na łańcuchu
W białej zimnej budzie
I poznałem w moim duchu
Poznałem co ludzie!
Tam pląsałem tańcem znanym
Bez smutku ni strachu,
Nucąc z dziecki[e]m mordowanem
I kotem na dachu…

Szukam w lasach, szukam w trawie
Perły co zgubiłem –
Starzec spotkał mnie na jawie
Z licem jasnem, miłem
Czego szukasz? szukam serca!...
Com zgubił śród łąk kobierca...
Oj! nieznajdziesz z własnej winy,
Aż w piersi u twej dziewczyny –
Precz! Precz! nawet cieniu cienia!
Rzucam trupią głowę,
Już cię nowiu blask przemienia
W paprocie majowe!




DO EROSA.

Dziwnie stróny mi się stroją!...
W gaju śpiąc, lirę zwiesiłem,
Ale Eros rączką, swoją
Szelma Eros! z liczkiem miłem,
Po niej brząka akkordami,
A ja za nim piosenkami!
Po drabince strón złoconej
Z tonów w tony – z tonów tony!
Jak jaskółki z gniazd puszczone,
Każda w inną leci stronę…
A czy wiesz ty z myślą płochą
Dzieci, co mi brząkasz w strony,
Wiesz, że w arfie śpią pioruny,
Gdyby arfa spadła na Cię,
Zabiłaby jak robaka!...
A więc powróć od pychy
Do pieszczoty białej Psychy!
Dla mnie arfa nie macochą!...
Odrzekł Eros w majestacie!...
Bom skrzydełka dał jej ptaka

I w jej tęcz sam chodzę szacie!...
Więc ty – teraz nuć: Erosie,
O piosenki zanuć losie,
O śpiewaku, Niebios ptaku
Dość się tobie we łzach śmiać!...
Zanuć – potem idź już spać!
Niechaj życie cię utuli
U natury – u matuli!...




IMPROWIZACYA EROSA O PIOSNCE GMINNEJ.

Spało dziewczę, spało,
Główkę wspartą miało
Na kamiennej księdze!
Samo niewiedziało
O swojej potędze!
I szło kędy chata
W bluszcze się oplata –
Kochało sieroty –
Lirnicze istoty...
Gromy w sercu miało
Gromy przedburz świata
Co łzą gasić znało!...
I z kraju do kraju
Bose wędrowało,
Na górach ruczaju
Każde źródło znało...
Dziewczę jasnowłose,
Sieroce i bose...
Na puszcze – na morza
Skrzydłami aniołka
Leciała jak zorza
Co rana – Rumiana
A cichsza od fiolka…
Wszystkim o ojczyźnie,

I o serca bliźnie,
Śpiewał, płakała,
Lecz sama ojczyzny
Niemiała
Tylko blizny
Miała!...
Bo tu życiem blizna
Dla niej w serc potrzebie,
A jej tam! ojczyzna
Z skowronkami w niebie!...
Z tęcz obłoków miała szaty,
Perły siała nocą w kwiaty,
Włos z babiego lata miała
I gwiazdkę na czole,
Po zbóż fali pędząc rwała
Bławatki – kąkole!...
Świętojańskie muszki
Koroną jej skroni,
Świeciły!
A drużki
Jej gołąbki były!...
Na kurhanach nocowała,
Skarbom, zbrojom stróżowała –
Na ust koral palec kładła,
Dwa warkocze długie miała,
Ślad po rosie zamiatała,
Czasem nad zdrój siadała!
I niemiała
Ciała!
A w podróży ją po świecie,
Ją wygnane dziecię
Wiódł jeden skowronek
W przestworzach błękitu!...
A ona jak dzwonek
Zstępowała ze skał szczytu
Siostra wiosny, kwiaty siała,
Lodów paszcze przymykała,
Ciepły, wonny oddech miała!...

Z pod jej stopy rozmarznięte,
Jęki kaskad rozpryśnięte
Ozłocone — aureolą
Aż na czole jej swywolą...
Słońce po niej świat odziało
W światło ducha, w ciepła ciało…
I u zdrojów w otchłań grzmiących,
Co spadają z szczytów skały
Wpośród gajów zieleniących,
Co z mgły rannej wyglądały,
Tam się z szat swych rozbierała,
Tam swe chmurki wyzuwała
Aż została
Naga cała.
Jako lilja biała!...
Że narcyzy zawstydzone
I kąwalie pochylone
W inną patrzą stronę!...
A gdy szaty zdejmowała,
To z nich przędła tęcze
I w nitki pajęcze
Mocną wstęgą je wiązała,
A gdy barwy posplatała –
To jak most je przerzucała
Nad grzmiące otchłanie,
Że słońca twarz w pianie
Odbita ją rozłacała,
Bo jej tknąć nieśmiała!...
Ona na tej tęczy,
Co wiosna raz klęczy,
I po niej jak po moście,
Wraca w wieczność stęskniona,
Z szat ptasich obnażona –
Tam jej wieczne miłoście,
Tam skowrończa pieśń kona –
A tu po niej zostały –
Tęcz odzienia z pian skały!...

Jaką była?... człowiekowi
Niepowiedzieć!... kochankowi
Powiem – wstała z piany zdroju,
Jako pierwsza miłość twoja,
Gdy ci z duszy wstała
Na wieczność wspaniała!...
Jako pierwsza miłość ziemi
Do stwórcy!... gdy leciała
Skrzydły tajemnic orlemi
Gdy przed grzechem Boga znała
I duszą go odbijała!...
Tej miłości dziecię wdowie
Co zostało tęsknej ziemi
Z ludźmi w smutku wygnanemi,
To pieśń gminna!... aniołowie
Przelatując z gwiazd na słońca
Siostrą swą ją zwały, z ziemi,
Z gwiazd najmilszą o! bez końca!...




LIRNIK.
(POD WRAZENIEM AQUARELLI ADAMA GÓRSKIEGO.)

Śpiewał jeszcze pieśni
Różne lirnik ślepy,
Śpiewał jak ptacy leśni
I słał gwieździste sklepy…
Lecz kto ma mózgownicę
Nad swoją dzwonnicę
Temu ciężko na świecie!...
Przeto stronił od ludzi
Z przeczuciem swych tajemnic,
Nieraz go ranek budzi
Na kurhanie śród ciemnic,
Śpiewał orłom stepowym,
I nocom piorunowym,
Widział ludzkość w szkielecie!
Każdy jej ból go struwał
Bo go w dali przeczuwał…

Serce jego gliniana
Skarbonka to na grosze,
Życie, boleść co rana
Rzucają tam rozkosze!...
Gdy pękło dopełnione
Grosze się uwolnione
Potoczyły po świecie!...

Jedna tam perła była,
I kilka korali,
Resztę skryła mogiła
I rolnicy rozsiali
Anioł rosą po ziołach,
I burza po żywiołach
W wiosennych skwarów lecie!...


FINAŁ.

      O pieśni moje! Jak łabędzi wianek
Na wielkie świata puszczam was jezioro,
Lecz płyńcie w własny szlak! jeźli poranek
Mglisty wam słońce ukaże nieskoro!...
O pieśni moje wy dzikie sokoły!
Wylęgłe w skał odludnych dzikich szczytach ,
Puszczam wam wolny lot po tych błękitach –
Tam w górze milczą ludzkości anioły –
Lecz jeźli szatan by wam promień słońca
Zaćmił i głosy od ziemi piołunów
Rzekł, że tu bajką tęcza...
To piorunów
Deszczem wam płynąć do końca!
Do końca!...
I jak podwodne rośnijcie rośliny,
O których nie wie nikt prócz Boga, ziemi,
I słońca!... ale jeźli nad sennemi
Falami się cichemi godziny
Kołysać, to nie tylko by kwiat błysnął
Na piorunowej łodydze wietrznemi

Puchy i smętnie nad ziemi zawisnął…
Was byle naród do serca przycisnął,
Jak balsam kiedy serce go zaboli,
Przebóg!... dla pieśni dość w jej dobrej woli,
Bo resztę pieśń ma w sobie –
I na tęczy
Z arfą słoneczną sunąc naprzód! klęczy…
Gdybyś ty gromu kochanką była
Tęczo! otchłani w most byś nie łączyła!...
Radzić przywykłem się tylko błękitu,
Co mi nad głową jaśnieje gwiazdami,
I bolów ludu mego, co u szczytu
Jaśnieją wszystkich bożych słońc słońcami!
Radzić przywykłem się tylko kurhanów,
W których drżą nieraz miłościwe kości
Starej Polonii Cecorskich Hetmanów [74]
Czy młodej Polski rycerzy, w cichości…
I tylko szumu puszcz wiekami starych
A przed się młodych jak wiosenne lata,
I tylko piersi poczciwego brata
Co proste serce ma – jak szum zbóż jarych!...
Radzić przywykłem się dwu lutni bólu
Które mi w piersi mistrz mistrzów zawiesił,
Które mi grają harmoniami ulu,
Gdy patrzę gromu coby Polską wskrzesił!...
A z resztą tylko – mojej samotności,
Tatrów i morza – sumienia cichości!...
Iskra, co w piersi człowieczej się mieści
Radzi się Boga i własnej boleści!...
O pieśni wdowia! Nie bądź mi ponura,
Słuchaczem twoim: Bóg, lud i natura!...
Jest sędzia pieśni, co nie z tego świata
Co wielkie kocha – i małe miłuje,
On ciernie ziemi gwiazdami przeplata
I w sercu każdem woła – tworzy – czuje!...
Jest sędzia pieśni co nie z tego świata!...
On z tęczy wieniec, akord z gromów splata,

On wieków dziewiętnaście jako strun na lutni
Napiął – lecz kiedy zagra – aniołowie smutni!
Bo ostatnie tej pieśni w czyn zaklęte słowo,
Dotąd martwą literą – i ducha połową!...

O pieśni moje! o moje sokoły!...
Lećcie nad Polski i Litwy rozdoły –
I wszystkie serca pozdrówcie ode mnie,
Wszystkie co cierpią!...
Cierpią — niedaremnie!...




MOGILA SAMOBÓJCY.

SZKIC ELEGICZNY.

(Z OSOBNEJ CAŁOŚCI.)

      Gdzie tyle nieszczęść i przekleństwa tyle –
Przewiało z życiem ku niemej wieczności,
Dzisiaj tak ciche nocą płyną chwile,
Tak błogie … pełne świetlanej jasności!...
Wśród starych dębów, co tu dziko rosną,
W jarach lesistych, potrząśnięta wiosną
Mogiła jego ... na niej kawał skały,
Bez żadnych znaków ... i w miesięcznej ciszy
Kąwalie nad nią oczy zapłakały,
A w dali ucho cichy szmer dosłyszy
Leśnego zdroju, w którym promieniami
Gra niemy księżyc jak arfy strónami;
I cicho szemrzą dęby pacierz wieków,
A jak z różańca kapią perły rosy –
Gwiazdami całe zasiane niebiosy,
Co się zamgliły smętnością powieków...
Nad głazem cichej, zielonej mogiły
Błędny się ognik z północą szamocze,
I na paprocie spada … zamigocze …
I gaśnie znowu … jako duch bez siły –
W oddali czasem letnia błyskawica
Mignie ... i księżyc zchmurzy pełne lica

Znów jasno świeci i płynie, i płynie
O duchów cichej północnej godzinie…
Na grobie jego ma słowik swe gniazdo
I nuci jarom z pierwszą mroku gwiazdą,
Wśród dębów nocne kołują motyle,
Fiołki modlą się namiętną wonią
Cicho dokoła – słowiki hymn dzwoni,
I sarny pasą się – na tej mogile
W miesięcznej ciszy...




LUNA.
SZKIC ELEGICZNY.

Gdzie ty płyniesz księżycu, wędrowcze samotny
Jak młodość moja smętny, niemy, bezpowrotny,
Osłoniłeś się czarnym chmur wietrznych kapturem,
I płyniesz między gwiazdy z obliczem ponurym;
One patrzą na ciebie zamgloniemi oczy,
Lecz żadnej cię niewstrzyma wzrok tęskny, uroczy,
Bo ta, za którą płyniesz, daleko ... daleko!...
Choć niknąc w nowiu mrącą śledzisz ją powieką,
I nieraz noc zazdrośna kirem chmur burzliwych,
Przytłumi twarz twą jasną i w cieniach pierszchliwych,
Grzebie światło twe ciche, jak matki spójrzenie,
Co z góry na twych sierót spogląda cierpienie…
Ale przez chmur całuny płyniesz niewstrzymany,
Jak pochodnia postępu wiecznie naprzód! gnany
Aż noc szat chmur czarnych rozedrze na łonie
I z jej piersi wypływasz znów czysty – jak serce,
I łzawi się konwalii zapłacze kobierce
I lasy rozszumią – wstaną kwiatów wonie,
A noc uciekająca, w jasnych zórz koronie
Płaszcz swój tkany gwiazdami gdy wlecze za sobą,
Ty pocałunkiem pereł sznur, co na jej szyji,
Rozrywasz – i ku ziemi spadają z żałobą
Rosą na lica fiołków, w których czasem żmiji

Sen się w słowiczem gnieździe okrywa ciemnością,
Wtedy błyskasz nad ranem półsenną jasnością,
I stajesz nad mogiłą w lesie zapomnianą ,
Kędy śpi młodzian, w polu legły z orlą chwałą,
Ludzie dawno odbiegli – ty wieniec promieni
I z pereł rosy rzucasz snom jego przestrzeni…
O! płynie naprzód wędrowcze!
Niecofaj się tylko,
Kiedy nad oknem mojem błyśniesz wieczorami,
Składam arfę wezbraną harmonii tonami
ł niemą uczuć świeżych spowiadam się chwilką,
Ręce kładąc na piersi i tobie jednemu
Mówię, co usta z ludzi niemówią żadnemu,
Z ludzi co mi obmierzli jak stado szakali,
Od których wolę szuwar dziewiczy na fali !
Czy muszcząc warkocz grającej fontanny,
Zaplatasz złotych iskier girlandami,
Czy nad cichemi z za Karpat stawami
Powstajesz smętny jak czoło Dianny –
Witaj mi cichy przez błękit sunący
Jako łza Boga zwisła nad ludzkością,
Modlitwy ziemi na promień biorący,
Jak lampa dziejów nad wieków przeszłością,
O płyń naprzód księżycu! wędrowcze bez celu,
Jedyny towarzyszu mój i przyjacielu,
Ty najwierniejszy druchu mej dzikiej młodości,
Naprzód! naprzód! aż zginiem wśród nieskończoności!...



TRENY I ELEGIE.

O stary zamku! wierny Kmitów sługo,
Męki konania jakie znosisz długo!

(Z bezimiennego napisu na ruinie Wiśnicza.)


TREN NA WIŚNICZU.[75]

W cienie pogrążani czoło — wzrok ducha przyćmiłem
Kiedy okiem po ruin szkielecie toczyłem —

Duszno było mej duszy z zachwytu milczeniem
Zdało jej się, że cisną ją wieki sklepieniem —

Tuż gdzie śladów potęgi błysły szczyty dumne
O złamaną mi czoło, dziś oprzeć kolumnę?…

Dziwny jest o stwórco w twych dziełach stworzenia,
Lecz najdziwniejszy iście w przekleństwie zburzenia!

Czarne zamczysko stoi — i z luki mszystemi
Słońcu zda się urągać oczyma ślepemi…

Cień jego z góry pada w okolic dolinę,
A baszt czoła bezchmurnie zwiastują ruinę —

Tu brama, co do wielkich wiodła kórytarzy:
Tam podziemia, gdzie gnili Turcy i Tatarzy,


Czyścowo jęcząc łaski. Gdy Kmity cień dumny
Przechadzał się w komnatach, że drżały kolumny!

Patrz ten smutny mur! czasu dłonią, poszarpany
Jak mamuł[76] — tam Kmitówki[77] gruz już rozsypany —

Po gzymsach marmurowych ciche jarzębiny
Kapię łzami krwawemi nad odrzewców szczeliny —

Każden wiek co przechodzi nad dumą zamczyska
Ryje na jego skroni hieroglif zwaliska!

Tu po tych korytarzach wilgotnych i ciemnych
Gdzie odgłos kroków dudni w piwnicach podziemnych,

Kędy kropla wśród ciszy z głazu na głaz spada
Jak dusza, co się wiekom nie ludziom spowiada…

Chodziły Chrobre Pany — królów majestaty,
Złotem się dziś odarte pyszniły komnaty…

Dziś sowa woła głosem śmiechu i próżności
Skąd brzmiały trąby, kotły, na przybycie gości…

Tu kopuła kaplicy — i gruzy ołtarza,
Gdzie puszczyk dziś zaklęło pojęki powtarza —

I wzlata nad dziedziniec w kolumny toczony
Zarosły w chwast — a pyszny w smak królowej Bony —

Ha! jakaś woń tu wieje tej pychy Malborskiej,
Jakiej w sobie niemieścił sam zamek Krakowski,

I czworobokiem swoim jak Kmita, królowi
Tak Wiśnicz się przedrzeźnia hardo Wawelowi —

Czarne, tarczami w herby ściany nabijano
Padają w mech wilgoci, zielone, spękane!


A szeregi komnat — sal groby milczące
Są jak pieczary duchów ich jękiem jęczące —

Tu żyje nietoperzy pokolenie młode —
W ich wieńcu rozplecionym przedrzeźnia swobodę!

I wzdycha jako kamień na wielkiej dno studni
Lecąc — w głębinach otchłani ledwie już zaludni!…

W tych salach stary puchacz mieszka posiwiały,
Którego młode sowy karmią przez rok cały —

Dziko on pokutuje — kiedy o północy
Z kaplicy się zaśmieje — błysk oka potoczy,

Wstaje Polonez duchów z wrzawą, wspaniałością
Wśród muzyki — aż niknie z piorunu jasnością —

Już słońce złotą głowę chyli w nocy cienie,
Raz ostatni po ziemi toczy swe spojrzenie,

A księżyc twarz płomienną wysunął z za góry,
I rozlał złote światło w gruzów kształt ponury —

O! biada tobie zamku, co konasz przez wieki
A skonać nie potrafisz, bo twój dzień daleki!

Mur twój czasu dłoń zimna podarła na szmaty,
Tam Kmitówka we włoskie stroiła się kwiaty:

W obrazy i zwierciadła przedmieście pokoi,
Tam — gdzieś w dali kapela instrumenta stroi,

Ha!… w rozdźwięk Poloneza grzmi świetlana sala,
Sto par tłumnie za sobą, z gwarem się przewala.

Grzmią trąby — suną pary — skrawe — wiotkie — wieszcze,
To Polonez!… że duszę przebiegają dreszcze!…


O! jacy wy wspaniali — i liczni i dumni!
I sławą wieku jaśni, potężni i tłumni!…

Czoła starców gołębią spleśniałe siwizną
I w bojach nad klejnoty — piękną harde blizną!…

W światłach i złotogłowach błyskają komnaty
Tłum gości — błyszczą zbroje — szumią matron szaty,

Pióra wieję na hełmach — karmazyny — pasy
Gwieżdżące karabele i słoneczne atłasy —

Szaty białogłów jasne, lite, operlone
Jakby z promieni nowiu były uprzędzione —

Pajęczyny koronek — i klejnotów blaski
I suknie długie wloką — lśnią czoła przepaski —

Sunie łam po kobiercach szereg długi — długi,
Wśród podźwięków kapeli jako tęczy smugi —

Patrz! młody Zygmunt August! — że aż rośnie dusza!
Wiedzie królowę matkę — w pierwszą parę dzielnie,

A w drugiej sam Pan Zamku,[78] wyloty kontusza,
Zarzuciwszy, Barbarę prowadzi weselnie!…

Lecz Barbara coś smutna choć jasnego czoła,
Jak duch odlecieć z ziemi mający anioła…

Za niemi Pan Krakowski[79] wiódł Annę, Królowę,
Wzrok jego ogniem błyska choć ma siwą głowę —

Już odbiją Barbarę — uśmiechnięta cała —
Białą dłoń z dziwnym wdziękiem rycerzowi dała —

I znów odbił Barbarę jakiś Włoch pancerny,
Szepcze jakieś pochlebstwo głos jego mizerny,


Bo dumnie wzniosła głowę — że z czoła korona
Błysła — nad wszystkie głowy jasna, wyniesiona,

A za niemi Radziwiłł, poważnie stąpając —
Wiódł Elżbietę królowę — za rękę trzymając —

A za nim Katarzynę młodziutką, wesołą,
Wiódł Firlej górą niosąc spanoszone czoło…

Splata się rozpleciona wstęgą plączoną,
Jak po unii Lubelskiej znów Litwa z koroną!…

Coraz huczniej brzmią trąby, w światłości zwierciadeł
Dwoi się szereg długi bezkońcem widziadeł…

Po kobiercach się sunie sto par jednym szlakiem,
Kmita je węża Sforciów prowadzi zygzakiem,

Ale królowę Matkę odbił Jan z Tarnowa,
Niechętnie dumną rękę dała mu królowa,

I rzekła: Waszmość zda się przyjacielem Kmicie!
Myślałem, że pierw słońce stanie na błękicie!

O! jakoż nie wybaczyć, odrzeknie Jan z wiarą,
Kiedy w przyjaźni Bona króluje z Barbarą!

Tak — króluje!… odpowie z żółkiem licem bona,
A w tem ja odbił Firlej — i poszła skwaszona…

Lecz miotła na Jana wzrok tak ognisty,
Jak wąż, co w diademie jej błyskał gwiaździsty…

A obok po komnatach tam zamorskie Pany,
Puchary krążą w koło, dymią roztruchany,

W dali na taniec Nuncyusz patrzy z Maciejowskim,
Górnicki peroruje głośno z Orzechowskim,


A przy Reju się młode chłopię w kącie tuli,
To Jasio z Kochanowa, co Polskę rozczuli…

A Stańczyk podrzeźniając gest Kmity, wpółgłośno
Rzekł: królu niedowierzaj! I spojrzał ukośno…

Stąpają po kobiercach — aż znowu król młody
Odbił swoją Barbarę — wiódł na życia gody…

W tem trzask gromu zagłuszył odgłosy godowe —
Nikną jasne postacie, i czoła majowe —

Ciemność — zamek on jasny — gruzem ziemie orze,
W bluszczu pretach[80] on kona i skonać nie może —

A dziś w jego komnatach o! goścież tam siedli,
Co mu czoło rysami jak wieńcem obwiedli!

Słyszysz te kroki głuche — te śmiechy — te dźwięki —
To kajdany, to więzienie — braducich piosenki!…

I zamczysko zbrodniarzom na barłog zostało
Jak robakom ku roztoczeniu dumne ciało!…

Słyszysz? rzępolą skrzypki — i jeden przygrywa
A chór im dzikim wrzaskiem podle przyśpiewywa;

W koło ogniska siedzą — ich pieśni zdziczałe
W ciemności jak szatanów duchy poszalałe,

Skaczą, tupią, pląsają i w dłonie klaskają
I dzwonią kajdankami, ze mury padają!…

Lub z górnych krat słowami podłemi jak dusze
Ich, krzycząc, gorszą, trwożą, chłopięta pastusze…

Aniele! daj o! daj mi zapomnienia czarę!
Tu dokoła tak wieńcem szumią lipy jare,


O! szepczą w łzach modlitwy rzewne dziejów dzieje,
I nad zamkiem prababek wtórzą dni koleje,

Z listków padają perły, jak z różańca wiary,
Jak zdolna wrogów zbawić jedna łza Barbary…

Pszczoły z brzękiem wesołym o! i bez ustanku
Miód biorą z ich gałęzi od świtów poranku…

Tu ledz w trawie, o stary moździerz wsparłszy głowę,
A same z cieniów wstaną postacie godowe —

A za niemi i inne — zacne — tu męczone[81]
Jak zbrodniarze za sztandar wolności więzione,

W tych murach — choć na szali wieczności przeważy
Kiedyś kilka krwi kropel — za ziemi zbrodniarzy!…

Ku błękit się bez końca rozpiął po lazurze,
Z orłami w chmurach — z zamkiem w wiecznej dumy chmurze —

Ale kiedy noc straszna ryknie gromem dzikim,
Zawyje wichrów wyciem i żywiołów krzykiem,

Jak orlica przeszłości, co mści swe orlęta,
Co żyje, paki naród krzywdy swe pamięta…

Wtedy uchodź pielgrzymie, coś siadł na kamieniach,
Jeźli żelaznej duszy niemiałeś w cierpieniach…

A jeżeli dostoisz — to spytaj pieśniami
Tych orłów, co na basztach tam biją skrzydłami…

Zapytaj lip tych starych, co drżąc, pomst wołają,
Aż mur pęka i głazy z czoła mu padają…

I wolę cichy kwiatek wzrosły na ruinie,
Nad wielkość co upada — i przez siebie ginie…


Ale dzisiaj tu cisza — lipy milczą … strażą
A pszczoły brzęcząc, biorą miód i cicho gwarzą,

Jak arfa niewidoma, cicha, bez ustanku
Co anioł dziejów trzyma — w gruzach w bluszczów wianku —

Na wzgórze zamku trzody pasąc się spinają,
Pasterze na fujarkach rzewne piosnki grają

A zamczysko tak hardo w słońca ciszy stoi,
Jak orzeł, co w nie patrząc, oślepł w dumie swojej…

I takie straszne dumą w wieków poniewierce,
Jako olbrzym, któremuby tu czas — wyżarł — serce!

Tam w oddali mieściny dachy rozsypane
Mrowiskiem, i kościoła lśnią wieże blaszane,

Po ich grobów ciemnicy, od trumny, do trumny
Wiódł mnie zbrodniarz z pochodnią pomiędzy kolumny,

Tam leżą w karmazynach szkielety zbutwiałych
Panów i Pań wśród ziemi, możnych i wspaniałych —

A kajdany te więźnia z grobów zlane ciszą
Tak dzwonią — że już arfy głosów niedosłyszą,

Aż na Wawelu Kmity dumny posag stoi,
Ale u wrót a w kościół dalej iść się boi,

Pycha krępuje orłów lot wężem łańcucha,
Wszystko nicością oprócz miłości i ducha —

Wstań pielgrzymie! choć ciężko Ci wieków ciężkością
Miłość Bogiem — a Bóg jest na wieki miłością!…

1857.

TREN PRZY TRUPIE DZIEWICY.

Śmierci! i ciebież lękają się, ludzie!?
Ty śnie spokojny z uśmiechem anioła?
Wśród cudów moich niemarzony cudzie
Z okiem milczenia — z alabastrem czoła?...
Ty śnie, o którym w snach mych się nie śniło!
Jam wszystko marzył — wszystko — oprócz Ciebie,
Ty co zieloną wieńczysz się mogiłą,
Myśl skajdanioną uwalniasz w jej niebie!
O! ty jesteś początkiem, który nie ma końca,
Jak światłość jutrzni chmur,
Światłość od gwiazd rzewniejsza a większa od słońca
Nad czoła skał i gór!...
Nad znikomy szczyt światów
Ty kwiecie!
Tajemniczy wśród kwiatów
Na świecie!...
O ty na czarnem śniąca wywyższeniu!
W kolebce wieków dziewico! w tej trumnie,
Jak w chmurkach śnieżnych na niebios sklepieniu,
Wśród ludzi co tu w koło płaczą tłumnie...
W śnieżnej sukience jak w chmurek osłonie
Ty śpisz — jak rano — wśród Maju — w ogrodzie...
Twe blade czoło w mirtowej koronie,
Jak marmur ruin w bluszczów świeżym chłodzie!
Warkocz rozplecion na piersi opada,
Oczy przymknięte nie chcą się otworzyć,
Bo choć Cię płacze tych istot gromada
Nikomubyś w twe miejsce, choć tak cicha — blada
Niedała się położyć!...
Oto przyklękła ostatni raz siwa
Nad trumną babka — w łzach głośnych sędziwa,
«Mnież się marzyło, o mój wielki Boże!
Przeżyć na ziemi tego ot! Aniołka!...»
Miała mi oczy przymknąć a ja włożę
Dziś do jej trumny kwiat roży i fiołka...

Śpij w kolebeczce, śpij dziecino moja!
Aniołki ciebie upieszczą przez wieki,
A osiemnasta cicha wiosna twoja
Przed zimą tobie zamknęła powieki!...
Przyjdź po mnie wkrótce !... daj rączkę do nieba,
Bo mnie tam Ciebie moja wnuko trzeba!...
Ja niemam wnuczki!...
I już ciche łkanie,
Ostatnie ciche już pocałowanie,
Jak zima wiośnie złożyła na czole
I wywiedziono ją — i cisza w kole...
Tylko od czasu do czasu klęczący
Mnich bury psalmy śpiewa cichym głosem —
I znów umilka a blask świateł drżący
Bije na trumnę — i płaczą gromnice
Łzami białemi, jak zaklęte losem
Dusze co płoną — aż spłoną dziewicze!...
I weszła matka —
Uklękła z boleści —
Milczała — chwilę — bo niemiała słowa
Na głos co w piersi matczynej się mieści,
Co ją rozsadza bolów wulkanami
I przed oczyma sieje piekła skrami...
Tylko na piersi jak głaz zwisła głowa!
Bezłzawe oczy zapadłe się szkliły —
Wy matki, coście tu dzieci traciły
Wiecie, jakie gwiazdy czarne
Przed jej okiem zagwieździły,
Gdy pieszczoty w wspomnienia rozwiały się marne!
Kiedy na serce bok zwali swe kamienie
A dusza już przeżyje — wszystko co kochała
Wtedy jak Furja dla jej męki pozostała
Katem się staje — wspomnienie!
Lecz choć wężem roztacza młodości poranki
Chwytamy go — jak obraz straconej kochanki!...
I jak upiór krew z serca ssie i mózg wyżera,
Ale daje łzy ciche — które śmierć obciera! —

I przyszła siostra, choć młodsza latami
Jak kwiatek rosą zalała się łzami,
Płakała głośno, płakać mogła jeszcze
I wypłakać cierpienie!
O! szczęśliwszy kto płacze — niż w boleści kleszcze,
Porwany śmiechem gorzkim głosi udręczenie,
Że aż jego szatana przebiegają dreszcze!...
Tak słowik nuci w noc Maju rozgłośny
Maluczki, wszystko co czuje, wyśpiewa,
Śpiew jego rzewny, czysty choć żałośny,
Jeszcze drżą łzawe rosą kwiaty, drzewa —
Lecz orzeł wśród chmur uwisłszy chaosu,
Skąd na świat patrzy, gdy bije [s]krzydłami,
Milczeniem ciszą rozmawia z słońcami
Milczy — bo na to niebyłoby — głosu. —
Płakało dziewczę! tak płacze zapewne
Stróż anioł w niebie schylony przed Panem,
Gdy z dumy dziecię jego, czyste, rzewne,
W pieliło się rzuci, dłoń w dłoni z szatanem!
Płakało dziewczę jak brzoza w ruinie,
Ale płacz każdy — na tej ziemi — minie!
Odeszła siostra — znowu cicho, ciszej!...
Tam brzękła mucha, leci jej do oczu,
Pije z nich błękit ach! ona niesłyszy
Ni brzęku muchy splątanej w warkoczu,
Ni głosów żalu tej ziemi w śnie ciszy...
Bo tam gdzie dusze z gwiazdami koczują,
Głos tego świata nie jest muchy brzękiem!
Tam tylko słychać akkord serc co czują,
Których płacz w wiekach arfy niebios dźwiękiem!...
Wieczność jest arfą w przestrzeni wiszącą
Gromami zwalisk — wichrem pustyń grzmiącą —
A na niej każdy wiek przegra swe dzieje,
I płynie w życia przyszłości koleje!...


Znów się wśród ciszy ozwał głos kapłana,
Żalami psalmów wznosi się do Pana,

Cichą potęgą pokory, natchnienia,
Co niebios wielkie przebija sklepienia!...
W kacie się dziady tabaka częstują,
I objaśniają światła gorejące,
Jak mędrcy wieków — co filozofują
O sercu — chociaż sercem nic nie czują —
Gdy widmo serca śni na marach śpiące —
A oni światła objaśniając drżące
Za światło siebie mają — w swej ciemnicy
Aż zimno światłość wyżre im z źrenicy...
I będą jako te sztuczne ruiny
Co ruinami zrodzone — nie czyny
Lecz wspominają głupstwo z swej wyżyny!...
I przyszedł jeszcze młodzian bardzo młody —
Stanął, nad twarz tę wzniósł smolny kajanek,
On marzył wczoraj tego świata gody
A dziś godowy wita w włosach wianek!...
Zieloność jego oczom się zieleni
Barwą piekielną, która róży niema —
Po raz ostatni ziemskiemi oczyma
Patrzy w nią … patrzy jeszcze raz na ziemi —
Krzyknął i zakrył w czarny płaszcz swe lica,
Że trumna, a w niej — zadrżała dziewica...
Nie!... trup twój — przyszły szkielet zadrżał — cudna!...
Piękność to piekieł kapłanka obłudna...
Śmieszny kto w groby — jak w pierś głucha puka —
I swoich w grobach nie w błękicie szuka!...
On kiedyś na nią wejrzy okiem ducha,
Gdy po snie długim trąba archanioła
Rozedrze groby a dziś — cisza głucha
A on w jej szaty białej rąbek śnieżny
Twarz złotowłosą skrył i łzy — i woła
Myślą zwątpioną wśród tych gromnic koła
Obrazu śmierci! Jak wiosny anioła —
Obrazu śmierci! — za świadka boleści
I przysiąg swoich a w grobów krainy
Szmer tej młodzieńczej przysięgi szeleści,
Jak szmer listeczków uschniętej krzewiny!...

Uszedł, a w trumnie, w fałdach jej sukieńki
Na wieczność łzy te młode pozostały —
Ona się niemi w grobach bez jutrzeńki
Przez całą wieczność będzie pieścić błogo...
One jak perły konchy będą drżały
Tam niewidziane wieki — od nikogo...
Kiedyś kochanka mirtowego czoła
Pokaże łzy te na sukience białej,
I przebudzona pierwszy wzrok anioła
Na twarz młodzieńca rzuci cień jej biały...
Ludzie swą pierwszą miłość tu wiosenną,
Dziecię zórz — tęczą aureol płomienną —
Treść najpiękniejszą siebie co tu czują —
Swą pierwszą miłość z wiosną zagrzebują,
Kwiatami grób jej świeży obsypują
I na nim drzewa wspomnień sadzą radzi,
Na ich gałęziach potem zżółkłe wianki
Wieszają — aż ich śmierć na grób sprowadzi
Czuję — że z życiem umarł cień kochanki!...
I w życiu potem z bydlęcym uśmiechem
To czucie Laur zwą — z szyderstwa echem —
A czasem z śmiechem — ale z łzą ukrytą
Którą ich dusza na nowo obmytą...


Lecz oto ozwał się już dzwon ponury —
Głos ten śpiżowy jęczy głucho, smutno,
Smutniej jak czarne te — ściga chmury
Harmonią dźwięków dziką i pokutną...
On jest jak wieczne serce pustelnika,
Co sam w swe głębie myślą własną wnika —
Ty śnisz tok cicho — nad sobą.
Kwiaty zazdroszczą twojej ciszy tobie
Gromnice w koło — światłami rozmdlone
Nad tobą kapią łzami w swej żałobie...
Śnij, śnij, dziewczyno! aż wieków różaniec
Cały przez rękę przesunie się Boga,
Spadną paciorki u wieczności proga

Bóg je roztarga rozsypią się łzami,
Jak perły wśród wieczności i błękitów — !..
Duchy w dwojaki rozwieją się taniec
I gwiazd — słońc — komet zagaśnie kaganiec,
Gdy On na tęczy zasiądzie z szczytów!...
Śpij — śpij — aż grzmiąca trąba archanioła
Rozedrze groby — i na Cię zawoła...
A wtedy wstaniesz — niememi oczyma
W świat pójrzysz, w inny, gdzie tęsknoty niema...
(Tu łzy ubogich co klęczą dokoła,
Są najpiękniejszą dziś tobie ozdobą
Ty nad ich nędzą błysłaś łzą anioła...
A oni tutaj dziś płaczą za tobą —
Sercem, boś ty im nie tę nędzę ciała,
Tylko ze łzami ocz ich ocierała,
Lecz sercem serca kojąc im tęsknotę,
W ich cierń promienie powplatałaś złote!...
Oni ci szczęście wymodlili twoje,
Że w chmur wiosennych Bóg cię odział stroje —)
Jak anioł wiosny co pierwszy uderza
Gromem niebiosów z tą ziemią przymierza,
W łzy te jak w perły ozdobisz warkocze
By stanąć piękna przed tronami Boga,
Jak duch co wszystkie uczucia urocze
Niesie przed niego od tej ziemi proga,
Lecz sam żadnego ziemskiego uczucia
Niema — prócz wieczystej za Bogiem tęsknoty —
Co w uśmiech wieczny na ustach mu płacze,
Prócz niemej skargi nędz ludzkich współczucia
Miłości kraju silniejszej od wroga
Co w uśmiech stroi boleści tułacze!...
Za życia ciebie nigdy nie widziałem
Lecz smutek pieśni z ich żałością zlałem!...
Bo mnie twa cicha piękność zachwyciła,
Co twarz w pośmiertny wdzięk rozanieliła...
Oto już idzie chór czarny — żałosny —
Czterej młodzieńcy na barkach Cię niosą,

Tyś jest jak widmo konającej wiosny,
W upałach lata niknącej swą rosą...
Jak łódka płynie trumna w tłumu fali
Płynie we wieczność ... i ginie w oddali...
Och! Więc idź z wiosną cicha — zamyślona
I nie znaj zimy — bądź zdrowa!... bądź zdrowa!...
Ja za orszakiem niepójdę ... uśpiona!
Nie płaczę z niemi — i nie rzeknę słowa —
Ale niedługo na grób twój zielony
Przybiegnę marzyć … poznasz mnie dziewczyno
Śmiać się już będzie — ten chór rozjęczony —
Ja będę milczał — jak dziś. Leć ptaszyno!
Leć, leć skrzydlata w ogród odzyskany —
A śpiewem twoim pozdrów tam ode mnie
Tych, co stargali te rdzawe kajdany,
A których obraz śni mi się bezsennie!...


TREN DO WISŁY.

«Skamandros! Rzeko ojczysta... O! jak mile niegdyś nad brzegiem twoim igrałem w dzieciństwie. — O! ja nędzna —! teraz nad Kokytu i Acheronu brzegi zabrzmi wkrótce ostatnia pieśń moja...»

Eschylos, Agamemnon.

Nadzieje i pamiątki z tobą tylko miałem...

Z Bezimiennego napisu na kamieniu.

(SCENA XIII. KASSANDRA. CHÓR.)
(POŚWIECONE JZ.)

Wisło!... gdzież ranki ciche, rzewne, mgławe,
Które na brzegu twoim przedumałem,
Gdzie są te pieśni młodej duszy łzawe,
Co w fal podźwiękach najpierw kołysałem!

Kędy ta skała siwym mchem brodata
O którą młode colo opierałem,
Gdy pierś pękała bólem w wiosny latał...
Z tej skałym patrzył jak w głąb serca mego,
W głąb twoją Wisło! co cicho płynęła...
I sam z naturą — dumę młodzieńczego
Sercam pieśń począł, co w fali ginęła!...
Kędyż zielone, skaliste twe brzegi,
Na które bieżąc w pierwszych dni poranku,
Ciskałem kwiaty w fale bez ustanku
Kwiaty wiosenne!...
Gdy stopniały śniegi!...
I po krach przeszkód skacząc myśl szalona
Wędzidłem gardząc — leciała bez granic,
W chaos przestworów świata uorlona,
I sercem czuła za tych, co posłannic
Nieba się mieniąc mianem, serc niemiały —
Dusze co w sobie — sobą skamieniały!...
O cicha moja Zwierzyniecka skało!
Tobiem poślubił pierwszej wiosny chwile,
Ku tobie myśli jak senne motyle
Co wieczór lecą … bo z tobą zostało
Tyle chwil drogich — co dzisiaj w twem łonie
Wyryte krzyża znakiem — twe ustronie
Ma dla mnie ciszę, której nic niezgłuszy
Bo wtenczas było — tak rano ... w mej duszy!...
W porywach tęsknot, jak w ciemnicy mroku
Stąpam szukając, co tam ... niegdyś — było,
Ciemnic, o których w snach duszy się śniło,
Lecz w mgłach oddali wszystko ginie oku!
Młodości moja! piorunie wiosenny,
Ty błysłaś jasna nad wszystkie pioruny —
l choć się rwałaś, gdy boleścią sienny
Skroń pochylałem — wzrokiem piłaś łóny,
I wiodłaś naprzód jak obłok promienny,
Straszna lecz piękna orlemi szponami
Rwąca swe trzewia i na srebrne stróny
Nadciągająca je z cichemi snami!

O! ty zostaniesz ze mną — o! i po mnie...
Będziesz mi gwieździć jak gwiazda potomnie...
Bo mi obecność siostrą ukochaną
Co kocham sercem — spokojnie wybraną,
W przyszłości w moją zmieni się kochankę —
I gdy obejmę na wieki niebiankę —
Ona się w przeszłość zmieni i do łona
Przygarnie mnie w ma matkę zamieniona,
Że mnie niewydrze jej piekieł potęga,
Na niej tęczowa zwiśnie wspomnień wstęga...
Tu skrą boleści rozgrzewałem ciemność!
Choć one palą boleścią pierś młodą,
Widzę dni jasne — czuję serc wzajemność,
Co jak klucz orłów płyną swą swobodą
Odzwierciedlone wiślanych fal wodą!...
O gdzież ta skała, siwym mchem brodata
Wisło! ta skała oderwana, głucha,
Z której w me przyszłe poglądając lata
Duch pierwszej piosnki słuchał ach! i słucha...
Po dziś dzień błyszczą piersi mojej skały,
Po dziś dzień szumią nadwiślańskie drzewa,
Lecz fale Wisły dawno poszumiały,
I na jej brzegu młodzieniec nieśpiewa!
Suną galary — i rybki złociste
Pluszczą igrając z łódką nowiu na fali,
A tam na kępie prastare, wieczyste,
Chorem topole nadwiślańskie w dali
Szumią i szumią tak łzawo i smętnie,
Jak głos przyjaźni w czasowej oddali!...
O wy topole prastare! wymowne,
Coście dziecinnym szumiały marzeniom,
Wasz cichy pacierz, gdy dusza namiętnie
Rozkołysana w sny wiosny czarowne
Stroiła arfę przeszłym pokoleniom,
 W twarz patrząc niemo i groźnie — a w górę
Ramiona niosła w przyszłość ... orlopióre!...
Topole moje!... Zwierzyniecki brzegu!...

Wy stare lipy! macierzyńskie święte
Smutkiem rozbioru wzrosłe i rozpięte,
I ty o dzwonie pęknięty, jak stróna
Co pękła w dziejów gromowym szeregu
Wśród piersi ludu — jako głos pioruna
Ochrypniętego ach! i bezserdeczna!
Pęknięto bolem ludu — jak lud wieczna!...
Tam dzwon na Tyńcu rozhowor wieczorny
Poczynał — z Bielan dzwon odrzekał rdzawo —
Aż ze Zwierzyńca baszt odbrzmiało łzawo
I dzwon Wawelu — w głos chrobry nieszporny
Rzucił na fale echem rozmodlonem
I skonał Skałki umierając dzwonem!...
A wtedy gwiazdy zadrżały w wód fali
W błękitach Wawel mglił się otulony —
I Zwierzyniecki klasztor coraz dalej
Niknął, gdym łódką sunął rozpędzony —
I już ostatni dzwonek Salwatora
U stóp Mogiły Kościuszki się tulił —
I Sikorniki szumiały z wieczora
A się perełką od góry rozczulił
Dzwonek po rosie świętej Bronisławy
I jak perełka — z rosą drżał tam łzawy,
Na kwiatach polnych i duszach niewinnych
Aż go piórkami aniołów dziecinnych —
Stróżów aniołów w niebo skrzydła niosły
A po nim kwiaty — i dusze tu rosły!...
O! każden z dzwonów twoich grodzie stary!...
Dzwoni mi serca w piersi akkordami —
I każden chwilę niesie wspomnieniami!...
I każden listek wy drzewa mi drogie!...
Coście nade mną jak sławy sztandary
Szumiały echem przeszłości w dni błogie!...
O! każden liść wasz brzęczący — złocony
Złotem księżyca — słyszę — — rozrzewniony!
Gdy dzwon pęknięty o Zwierzyńca skały
Rozbił swój dziki głos ... to pod lipami —
Piersią do ziemi padałem — piersiami

W krzyk jeden dziki — jak młodość samotna —
Czasem się głosy ducha odezwały —
I znów płynęła chwila niepowrotna
Jak młodość jasna — i młodości szały!...
O! płyń płyń Wisło!... słyszę Ciebie duszą
Jak płaczesz tam po Polski mej obszarach!...
Jęków twych żalu Cary niezagłuszą —
Bóg je Ci odda — w swych cudów bezmiarach!...
O! płyń, płyń Wisło!... i pod każdą chatą
Błogosław lud ten — z duszą z mąk bogatą,
Błogosław smutne tej ziemi młodzieńce —
Niech płoną jak twe świętojańskie wieńce
I niech czuwają, aż w godzinę czynu
Każdemu Polska zagrzmi: Powstań synu!...
Wtedy niech wstaną i miasta i sioła
I rozgorzałe jak piekło zapału —
Jak jedna trąba piersi archanioła
Ducha niech zbudzą olbrzymiemu ciało,
I gromów trzasku
Przy łón odblasku.
Niechaj łańcuchy kajdanów —
Ręką pokoleń męzką
Zwycięzką
Piorunująca
Pomst wołającą,
Potrzaskają o czoła miedziane tyranów!...

I jak dzwon męczeństw — w głos sumienia
Koronacyjnych arf ludu rozdźwiękiem,
Rozpychająca ciemność światła wdziękiem,
Wstań Polsko!... i wznieś dłoń na pokolenia;
Niech twe zwycięztwo grzmi w hymn przebaczenia,
I sprawiedliwa cudem twego cudu
Na koronacyę ludów — idź wśród ludu!...

Bo choć twa chwała nie jest z tego świata
Choć jako stróna na krzyżu rozpięta

Drgasz nad ludzkością w dzwon przebaczeń, święta —
Ludzkość twej chwały odblaskiem bogata
Twą męką dobra, jasna, odkupiona —
Z twem zmartwychwstaniem wstanie zduchowniona!...


Są chwile straszne, gdzie dusza człowieka
Tysiącem gromów i burz skołatana,
Cierpień ludzkości w swem wnętrzu docieka
I jak ptak błędny wśród puszczy na grobie
W ciemnościach sama i zamknięta w sobie
Ujrzy swych cierpień ludzkości szatana,
Co wbija ciernie do bolącej skroni —
Są chwilę w życiu — lecz biada każdemu!...
Kto się zagłębi — a nie wyjdzie z toni,
Gdzie biją źródła dobremu i złemu!
Matko naturo! z twojemi cudami,
Z twemi burzami i z twemi gwiazdami,
Wsparłaś skroń boską na mojem ramieniu,
Aż tobą szczęsny światami boleści
Przelecę z pieśnią tęskną w zachwyceniu!...
Aż grom się ludu miłością — rozpieści!...
Tyś siostrą dzisiaj z stroń namiętnym płaczem
Pieśni — której Bóg jedynym słuchaczem!...
............
Wisło!...
Ty jeszcze płyniesz — i twe lipy stare
Stoją. jak niegdyś wkoło chylonego krzyża —
Cmętarz wspomnień — rozkoszy razem gniazdo jare!...
Liście ich oblatują dziś, jesienne, suche,
Szepczą tajemne słowa tak smutne i głuche
Jak w tęsknocie sierocej śpiewa serce młode!
O! wyście ze mną chwile!... wyście nieminione!...
Wisło! o! Wisło moja! upłynioną wodę
Schwytałbym — czas oddając —
Chwile przetęsknione!...
Uskrzydloną myśl tobie posyłam daleki,

Wśród stron pustych, zdziczałą mą pieśnią samotny —,
Z pieśnią co popłynęła — w prąd swój niepowrotny,
Co z tobą i po tobie — będzie płynąć wieki!...

1854.

POWRÓT.
ELEGIA.

Taż sama cisza! te same topole
Jak cienie, we mgłach nad smętarzem stoją,
I szepcząc modły w zielone półkole,
Pierścieniem życia gród umarłych stroją!
Taż sama cisza!... tylko mur się schyla,
I nów jak łódka w falach chmur płynący
Już się przemienił stokroć! — on umila
Ten pałac duchów smętny i milczący...
Myśli o myśli! czemuś tak daleko
Ja Cię przeczuwam ... zstąp jak niegdyś we mnie
Łzo dziecię serca! oświeć oko moje,
Jak niegdyś czysta pod smutną powieką!
Za chwilą chwilka przesunie przyjemnie
I znów mogiłę w te kwiaty ustroję!...
Na tej mogile ... wsparłszy twarz na dłonie
Jak niegdyś w umyśli pogrążę się kole
Jak błogo złożyć tu! płonące skronie...
Taż sama cisza!... też same topole!...
Wszystko jak niegdyś, spokojne, milczące
O! jak tu cicho ... jakże świat daleki!...
Wszystko jak niegdyś nieme — ciche — śniące —
Mnie tylko burza rwie łono tęskniące!...
Chciałbym o drzewo wsparty szeleszczące,
Posągiem tutaj skamienieć na wieki,
Z lawą mej piersi — strzedz posągiem grobu —
A kiedy wieki i burze z nad globu
Przewieją w wieczność długim dat przeciągiem,
Na szczątkach grobu runąć tu posągiem,

I leżeć na nim w pośród chwastów świata,
I raczej chwastom niż ludziom runięciem
Spowiadać balów piekło wniebowzięciem —
Bolów co pierś mi przepalały lata —
Których przekleństwem tu zanielać — kata!...
O pieśni listków ... tajemne i drżące!...
Ty wywołujcie niemy świat duchowy —
I ukołyszcie mnie ... już sen grobowy!...
Lub niech was piorun strzaska — szeleszczące!...
Jak niegdyś … tutaj — wonie krzak cierniowy
I bez swe kity namiętne, płaczące
Zwiesza ... a wonie swe tęskne jaśminy
Plączą z pieśniami słowiczej ptaszyny...
I tylko krzyżów na mogiłach więcej
I w mej zamglonej duszy więcej cienia —
Go wieńcem pieśni ołtarz zmarłych wieńczy
Tak zamyślone jak ona te pienia!...
Nade mną uwisł pająk pracujący...
O! wy, co w grobach śpicie niezbudzeni!
Z waszych zabiegów wieczności idącej
Takich pajęczyn niema ... i w przestrzeni
Wiatr niema porwać co ... z kwiatów na kwiaty,
Nieść na ludzkości przemienione szaty
Chyba z tych kilku grobów, co cierpiały —
Co wątpiąc — z śmiechem boleści konały!!!
Gwiazd czuwających tylko jasne drgnienie
Nad każdym krzyżem zsyła swe promienie,
Może to w górze uwiśnięta dusza
Drży w nocnym cieniu — i błękit porusza...
I w krzyżach czarnych zatarte imiona,
Gdzie zadrzymane spoczęły plemiona!...
Aż gdy odgrzmotem trąby archanioła
Groby rozedrą się — w głębiach wstrząśnione,
I jedni niosąc czoła owężone
A inni białe — gwiazdolite czoła...
Chwycą się duchów spojone ogniwy
Powieją chmura!... tam
Na sąd straszliwy!...

Gwiazd tych promienie jak hymny tysięcy,
Jasnych aniołów — których glos uroczy
Chmurne przestwory od cieniów północy
W boskiem objęciu i wstrząsa i wieńczy —
Ale tu jeszcze... w tym smutnym padole,
Taż sama cisza!... te same topole!...

1856.

DO MELANCHOLII.
ELEGIA.

O melancholio nimfo, zkąd ty rodem?...
Słowacki.

Siostro rozpaczy! melancholio mila!
Ty w parze z nieszczęściem chodzisz,
Lecz ciebie moja pieśń dzisiaj uczciła,
Choć ty czarne myśli rodzisz!...
Za czarną chmurą twej cichej zasłony
Duch jak słońca czoło jasne
Wspomnień ciemnością w koło otulony,
Rozpamiętywa dni własne...
I śmiechem przeklął myśl o szczęściu własnem
Podeptał nadzieji kwiaty,
Byle im czoła mógł promieniem jasnym
Otoczyć za cierńców straty...
«O!... naucz powstać nad to, co skarlone,
«Przekląć ojczyzny tyrana,
«Zszlachetnić, co złą wolą niespodlone
«W ciemność strącając szatana!...
«A z nocą walczy blask porannej zorzy
«A światłość w ciemnościach świeci,
«O myśli moja, podobnaś do róży,
«Co gruzy ludzkości kwieci!...»
Odwróć mi od ust — te węże czułości,
Co pala w życia kolei,
Duch by nie zgasił pożarów miłości
Łzami — ten — ogień nadzieji...

Kochać! ach! kochać! młode serce woła,
Lecz zwykle w kolei życia
Szatan urąga się z doli anioła,
Anioł przy głazie bez życia...
A tak co kocha — od dni swych poranku
Dalekie i blizkie sobie
Jako dwa kwiaty, każdy w innym wianku
Osobno — giną w żałobie...
O! prędzej duszo! wszakżeś nieśmiertelna
Ty szydzisz z czasu i wieku,
Tu kładka życia — już trzeszczysz piekielna
Życiem — zwiesz życie człowieku?...
Niech w wyższym świecie wyższy duch ożyje,
Z zapomnień trując kielicha —
I niech oderwie od swej piersi żmije —
Pierś młoda burzą oddycha!...
Jak młode orlę u pustyni łona
Dalekie od ptasząt tłumu,
Z chmur ssie swe myśli — i pęka zasłona
Słońc — wśród wichrów lecąc szumu!...
I tak mu wolno! tak piersi szeroko!
Samotne — lecz wolne skrzydła
I w oczach słońca, orle topi oko
Bo Bóg nie kładzie wędzidła...
Samotność wyższa nad kraje obłudy
O! najdumniejsza to zbroja
Skrzydłem zapału powitałem cudy
Ja sam — a ze mną myśl moja!...
O! Melancholio!... z myślami twojemi
Milsze smętarne pożycie,
One oprzędą nitki pajęczemi
Mózgowe pleśni i życie!...
O! pojedź daleko — ramię przy ramieniu
Z strun brzękiem lećmy wysoko,
Krwawą daninę piekłom i cierpieniu
Spłaciło serce — i oko!...
Twe czarne myśli przed oczyma memi
Jak chmury kruków się zlecą —

I pierś rozedrą szpony piekielnemi
Szkielet, zostawią — poleca!...
Choć one plony jak węgiel piekielny,
Jak z dziewicy trupa wianek,
Chociaż ich człowiek lęka się śmiertelny
Ja je pieszczę jak kochanek!...
I dusza moja pozostanie sama
Jak gmach Bogów spustoszały,
Jak brzoza zimy wichrami owiana
Której listki uleciały...
A z nocy rodzą się promienie zorzy —
A światłość w ciemnościach świeci,
O myśli moja podobnaś do róży
Co gruzy ludzkości kwieci!...
Lecz ty piękności jasna i bezkońca!...
Jak pierwsza miłość co dłoń na pierś splata —
Rzucam ci perłę jaśniejszą od słońca
I pocałunek — o!... nie z tego świata!...


SMUTNA MA DUSZA!
ELEGIA.

Smutna ma dusza, smutna aż do końca,
Jak ptak żałobny w odludnej pustyni,
Czasem zapali ołtarz swej świątyni,
Czasami błyśnie promieniami słońca...
I znów zapada w zwątpień czarne chmury,
Kędy się wiosna nigdy nieuśmiecha,
Lecz śmiech szyderstwa grzmi, jak grzmot, ponury,
Gdy usta dotkną trucizny kielicha!...
Śpisz moje życie?... czyż na dnie mej duszy
Umilkły glosy i wichry szalone?
Czy iskry uczuć pogasły zatlone,
Nic cię nie zbudzi — nie wstrząśnie — nie wzruszy?...

Śpisz moje życie?... o nie!... bo w koło
Choć wyją glosy dzikie i burzliwe,
One mijają zamyślone czoło
Jak zwykle fale za falami — senliwe!...
Walczyć i walczyć! pod walki znamiona
Zbiegły się duchy … jak na jasnych godach
Już poczynają bić serca w narodach!
O! stokroć wielki! Kto tkwiąc w zimy lodach,
Ku przyszłej wiośnie wytęża ramiona!...
O nie me życie! ty czuwasz! bo w świecie
Jest głos, glos jeden, co lutni stronami
Zbudzony — ciebie obudzi jak dziecię,
I lot uorli młodości piórami!
I myśl ta jasną wśród natury ciszę,
Gdy ciemność ducha rozświetli iskrami
Wspomnień przeszłości dzwony rozkołysze
I przyszłość wyśni — olbrzymów pracami!...
O duszo moja — ty jesteś jak woda
Spokojna — w której gwiazd swych milionami
Zwierciedli niebo cichemi cudami
W spokojnej głębi!... lecz w zdąsanym szale
Niech wietrzyk muśnie ukojone fale —
Już znikło niebo z gwiazd swych milionami
Wstają śpienione!... lecz — śpij życie — szkoda!...
Ty jesteś smutku dzieckiem i wesela,
Bo gdy łza błyśnie czasem z pod powieki
Lada wiew dobrej woli ją osuszy —
I znów dłoń drogiej ręki przyjaciela
Rzuci pociechy ziarno w głębie duszy!...
Zkąd już po burzy, której głos daleki
Pączek uśmiechu wygląda nieśmiało —
I słońce z chmury nową tryska strzała
Co stróżą lutni drży... w tajemny, lekki
Oddźwięk człowieka z naturą wspaniałą!...


Śpisz moja duszo? Drzym sobie głęboko,
W toni wszechświata nocny chaos Panem,

A gdy się zbudzisz — to pierwsza nad ranem
Wzleciawszy z psalmem skowrończym wysoko
Pobudź tu inne śniące snem spokojnym,
I zanim błyśnie poranek uroczy,
O! niechaj przetrą choć znużone oczy
I niechaj spojrzą tam! Po niebie strojnem!...
Tam świat strojniejszy, inny, lecz śpij duszo,
Ciemności więzów gwiazdy niepokruszą,
Potrzeba wschodu porannego słońca
A będzie jasno — od końca — do końca...!
O Polsko! gdyby tobie swych aniołów
Bóg zesłał hufce jasne piorunami,
Niebyłabyś ty Polską!... i cierniami
Niewiódł by twoich w ognie apostołów!...
O jasna! życie żywiąca żywiołów,
Gdyby tu ciebie i mak twych niestało,
Cóżby się z światem odkupionym stało?...
Własne olbrzymie poczujesz w twem łonie
I Samsonowe nieznane Ci siły —
I ludów mrowisk powstrząsasz mogiły,
O Polsko! matko ludów w słonecznej koronie!..


Śpisz moja duszo? o! drzym sobie jeszcze!...
Jeszcze daleko nasze rano wieszcze —
Jeszcze gdzieś światło w śnie twemi wyśnione
Na chmurkach drzymie pobłogosławione
Nim w sercach ludu — spadnie przeroszone!...
Ubierać szkielet w łąk majowych kwiaty,
Co zabłysnęły w dniach najpierwszych wiosny
Nie!... aż kościotrup świat — jak inne światy
Znowu ożyje swobodny! radosny!
I swej niewoli zdeptawszy znamiona
Jak skrzydła — naprzód! wyciągnie ramiona —
Lecz nim zawstydzi swą piersią twarz słońca,
Smutna ma dusza — smutna aż do końca!...

1858.

ELEGIA.

Z uwiędłym wieńcem iść do stóp anioła,
O! jak to gorzko — jak sercu boleśnie —
A w wieńcu w pośród wonnych kwiatów koła
Najpierwszy fijołek uwiądł — tak przedwczeście!
Gdy wieniec rzucę pod jej śnieżne stopy,
By po nim przeszła jak po mojem życiu,
Ona ukaże mi gwiazd wieczne stropy
I twarz jak księżyc skryje w chmur spowiciu...
I spyta: w wieńcu twej niemej młodości,
Wśród kwiatów walk co jak żelazo płynne
W posągi stygną... gdzie fiołki niewinne?...
Gdzie fiołek?... skonał — w nieznanej cichości?...
I twarz otuli w swe skrzydła tęczowe
Uderzy niemi po chmurach zachodu
A piór tych oddźwięk — jękiem korowodu
Zapłacze we łzy jutrzenki majowe...
I wzięci jasna, słoneczna popłynie
W przestworza światów jak ona tajemnych,
A na kąwalii łza jej rosą zginie,
Nim ją ustami schwycę... w chwilach ciemnych!...
A wieniec ten mój — cisnę w rwiące fale,
W grzmot pian ze stromej skały Kościeliska —
Z nim wy popłyńcie... sny, walki i żale —
I łzy!... bo wiecznie — daleka choć blizka!...

1854

NA ŚMIERĆ ŻOŁNIERZA POLSKIEGO
MARCINA T.
ELEGIA.

O śpij żołnierzu! niech się przyśnią tobie
Na sen żelazny orły i pogonie,

I matka nasza Ojczyzna w żałobie
Bijąca sercem w Zygmuntowskim dzwonie!...
O śpij żołnierzu! niech nad tobą szumią
Jak las nadzieji rozwiane sztandary,
Niesłysz jak tutaj westchnienia się tłumią
Śpij — aż zabłyśnie przeczuty dzień wiary!...
A po nad tobą Ojców łzawe cienie
Niech wznoszą chrobre, gwieżdżące buławy,
Boś im dorównał męztwem w polach sławy
A przeszedł w cierpień nowe pokolenie!
Boś od Kościuszki i orlich Legionów
Do dni, gdzie wspólna myśl znowu ożyła,
Bronił jej życiem od tyrana szponów
I była twoja nad jej rozpacz siła!...
Boś żył w tym wieku najczarniejszej doli,
W porozbiorowych walkach i podrzutach,
I niezabiła cię rozpacz, co boli
Boleścią matki w zawiejach i knutach!...
Boś starzec młodem sercem w przyszłość wierzył,
I ani razu niezwątpił w ciemności,
Boś twych zapałów młodzieńczych nieprzeżył,
I w samolubnej niezakrzepł przeszłości...
Boś młode serca kochał i rozumiał,
Do końca patrząc w gwiazdę postępową
Jak orzeł w słońce!... boś w lud wierzyć umiał
I w przyszłość wielką — jak Bożą — ludową!...
Bo twa siwizna w stary szron wsteczności
Na zapał naszej nie spadła młodości,
Boś czuł, że młody zapał tu oziębić —
To ducha złamać — lub co gorzej — zgnębić!...
Boś niezaślepił się Ojców koroną,
Bo herb w kościele tych dziejów był w tobie
Tą kropielnicą z wodą poświęconą,
Z której się żegna — idąc w życia probie!...
Boś z tą miłością kraju co przeczuwa
Hetmańskie serce niósł w prostym szeregu,
I żył — choć życie niewola zatruwa —
Młody do końca — z włosem bieli śniegu!...

Jak dziś Podole, Wołyń, Ukraina,
Zna imię twoje — i Sybiru śniegi
Ojczyzna w tobie utraciła syna —
O płyń — płyń trumno tam wolności brzegi!...
Boś ty żył w wieku większym niż przeszłości,
Wieki sławione chwałą!... i niż wieki
Przyszłości wolnej!... bo w wieku wściekłości
Piorunowanej z pod Polskiej powieki!...
O! więc niech struną na krzyżu rozpięta
Ojczyzna, starcze — brzęknie imię twoje!
A serc rodaków żalu, nutą święta
Grób twój niech wieńczy w zasług twoich rymie!...
A gdy kraj przejdą jutra apostoły
I lud w łby wrogów strzaska swe kajdany,
Radośnie niech się wstrząsną twe popioły,
Wstanie — dla której tyś się stroił — w rany!

O dzięki wielki wielkich ojców Boże!
Żeś za przeszłości niestworzył kolumną —
Ni dał nam jutra tryumfalne róże —
Ale w kajdanach nas wolności stróże
Uwieńczył w gromów nieśmiertelnych burze,
Polski piekielnych mąk rozkoszą dumną...
Z ojczyzną cierpiąc my szczęśni! my dumni!
Byleśmy byli jej bólem rozumni!...


NIE-ELEGIA.
(PAMIĘCI RETHLA I ROBERTA SZUMANA.[82])

O tęskno duszy na ziemskiem wygnaniu!
Smutno jak mewie samotnej nu falach,
Gdy mgły opadnij — i słońca świtaniu
Dech zaprą chwilą... kiedy się w koralach

I perłach stroi półsenny duch burzy
A serce samo — bite w swej podróży...
I tak mu smutno ... że czasem w tęsknicy
Zerwie się dziko!... i nicość powoła —
Przeklnie głos swojej młodości orlicy,
I przeklnie wiosny swej stróża anioła
I przeklnie gwiazdę swą!... I swe nadzieje
I — niebyć!... dziko jako orzeł w chmurach
Zawoła — za Billi grzmot piekła się śmieje —
I duch upadnie rozesłan w swych górach,
Na progu skały, skąd jak samotnika
Myśl, w otchłań z szczytów spada fala dzika,
Gdzie szumią sosny wieków wychowanki,
A duch w objęciu rozpaczy kochanki
Samotny — czarny — i nad wszystkie sępy
Zasępion, chciałby wyrzucić swe życie
Z siebie, w świat czuciem i miłością tępy,
Jak rdzawy nóż, co więcej nieukroi,
Ale skaleczy przeto!... i w błękicie
Przegląda stal swą zimną i szyderczą
Jak dusza, co się w piękności ustroi,
Lecz pozostanie zimną i bluźnierczą
Jak szkielet trupi — stojący w ustroni,
Coby Eola arfę trzymał w dłoni
A płaczem muzyki, nocą zwiedziony,
Człowiek by myślał — że tam brat natchniony...
O nie! to arfa w szkieletowej dłoni
Wspomnień powiewem — westchnęła w ustroni!...
W on dzień w rozmyślań chaosie ogromu,
Duch jest jak orzeł — oślepły ad gromu,
Co choć roztoczy swe skrzydła wichrowe
O skałę własnych gniazd — rozbija głowę!...


O rzuć mi chmurę na czoło ty Boże!...
I daj mi skryć się za nią w sen wieczysty,
Dziki jak otchłań nad którą gra morze,
Czarny jak dusza moja — byle czysty!...

Bom się niezaparł marzeń mej młodości,
Jak Piotr Chrystusa, i dostoję wiernie —
Do końca!... jeźli jest koniec w wieczności
Wśród węży, z niemym uśmiechem — pancernie!...
I mą miłością przyprawię im skrzydła,
Że się zamienią w dusze miłujące —
Bo złość je tylko zmieniła w straszydła,
Przeto nie kąsa tu — co kąsające...
Czucia me jasne jak gwiazdy błękitu
Rozmiłowane w harmoniach bez końca!
Kochanki światła tylko — a nie szczytu —
I jednej twarzy jasnej nad słońc słońca...
Prawdy! miłością mądrej! pełnej Boga!...
Zmartwychwstającej z między dwóch mórz proga —
Wyprężającej w przestrzeniach ramiona —
W bez sercowego pierś bijącej dzwona —
Młotem — Samsona!...

Wyciągnę szyję — jako żóraw senny,
Popłynę za nią w świat — — co bezimienny...


ANIOŁ NA ZIEMI.

Za niebem tęsknił i oczu błękity
Nieraz unosił w gwiazdolite szczyty —
Nieraz on we łzach i cierniach pokuty
Załamał ręce łańcuch ciała skuty —
Lecz woli Pana uległy i cichy
Znów był spokojny i ukochał ludzi,
Całą przepaścią przedzielon od pychy
Płakał nad ludźmi — kiedy duch się strudzi —
Lecz ludzie piersi te śnieżne natchnieniem
Skrwawili swoich pocisków kamieniem,
I skrzydła jego nieśmietelne lotem
I srebrnopióre — obrzucili błotem...

I chcieli w bydle zszatanić anioła
Bydlęta ziemi, miedzianego czoła —
Lecz padli zwiędłym liściem u stóp jego
Kiedy przechodził nad otchłanie złego —
Lecz niezdołali — acz się duch ich srożył,
Bo on swe dłonie na piersiach położył,
I kiedy świat, mu dał pocisk ostatni,
Z jego uścisk oblubieńczy bratni,
On acz ze łzami, z uśmiechem wesela
Uleciał w gwiazdy oczom kusiciela...
I tam na gromów rozesłany chmurze
Dotyka ręką arfy nieśmiertelnej,
A pieśń łabędzia w jasnych zórz purpurze
Wstaje jak tęcza z nad zgrai piekielnej!
Aniele jasny pokorny, i cichy
Co kłosem schylon przewiałeś po ziemi
Chroń nas od jadu zemsty, od dni pychy
Po niebie dziejów wiedź skrzydły orlemi!
Kamienie, co ci świat o piersi rzucił,
W chleb życia mieniąc odnieś ludziom w darze,
Łzą przebaczenia! ś w nocy zwątpień błysnął —
Łza, utonęła w twoich żądz pożarze!...
O niepłacz ziemio!... archanioł twój boski
Nad toby senną milcząc się kołysze,
I wróci niosąc piorunowe zgłoski
Zbawienia twego!...
Już szum skrzydeł słyszę...


POD WAWELEM.

Widziałem dziecię, co szańce sypało,
Szańce dla wrogów swej ziemi,
A sypiąc wrogów piosenki śpiewało,
Wolności słowy tęsknemi…
I nucił: Jeszcze Polska niezginęła,
Jako skowronek — gdy go smętność zdjęła.

Lecz ani pieśni nierozumiało
Ni celu szańców, które sypało —
I pomyślałem: Wielkie sądy Twoje,
O Ty! co dzieciom niewoli
W tej pracy piosnkę dajesz jako zbroję,
Jako ziarno przyszłej doli…


GÓRSKIE ŹRÓDŁO.
SZKICA.
(POŚWIĘCONE R***.)
I.

Między szczytami skał mchem posiwiałych,
Gdzie kwiat umiera, drzewo schnie i ginie,
A śmierć osiadła wśród głazów zdziczałych,
W tej niemej szczytów skalistych dziedzinie,
Źródło tam ciche i samotne biło,
Wśród tej martwoty samo jedno żywe,
Jak serce młode a tem nieszczęśliwe,
Że żyło
Tam, gdzie już wszystko — wszystko dawno martwe było. —


II.

W dzień piekło słońce głazy rozpalone
Których wieczorna niechłodziła rosa,
A nocą szczyty szronem ośnieżone
Marzły, gdy mgłą je kwefiły niebiosa…
Czasem do źródła ptaszek jeden tylko
Przyleciał, siadł, zanucił krotką chwilką,
Zwierciadło jego dzióbkiem pocałował,
Podnosił główkę i znowu żeglował
W błękity —
Ku gajom dolin — z trwogą mijając skał szczyty…


III.

Raz pożeglował i nie wrócił więcej,
A zanim źródło w tęsknicy dziecięcej
Wyschło — po głazach wszystkie łzy spłakało…
Że prócz skał martwych nic już nie zostało!…
Próżno w niem gwiazdy przezierały czoło,
Próżno grał słońca w niem promień wesoło,
Źródło za swoją tęskniło ptaszyną,
Schło, schło, aż wyschło miedzy skał szczeliną
I było,
I jak dół w piersiach — gdzie niegdyś —
Wielkie serce biło!…

1860. Saska Szwajcarya.

SEN NAD RANEM.

W śnie moim byłem wśród panieńskich skał —[83]
Na nich odwiecznym szumem bór się chwiał —
I uwieńczone były lasy, w chmury,
Jak narzeczone dziewicze natury...
Jak panny młode, które skamieniały,
Co oblubieńca od wieków czekają,
I za nim oczy dawno wypłakały,
A w sercach nic już prócz źródeł nie mają...
Lecz skroń gajami swą pozaplatały,
I szumem borów z szklanych fal podźwięki
Zlanym, co mocą tak żałośnie grają
Tam — na krawędzi stromej dzikiej skały,
Kędy się tylko orły kołysały,
Nad przepaścią kwitła róża,
Pochylona sama jedna
Taka tęskna — taka biedna,

Taka zbladła ... jako stróża
Anioła twarz bolejąca,
Gdy się dusza w otchłań strąca —
I ujrzawszy ją od dołu
Na piersi złożyłem dłonie,
Perła drżąca na jej łonie
Na skroń padła memu czołu!...
I krzyknąłem — by ta zbladła
Nad przepaścią tak schylona,
W otchłań z brzegu zawieszona,
W przepaść smętna nieupadła...
A jeśliby śpaść już miała —
Niechby na pierś mą zleciała!...
Całą dobę jej kwitnienia
Przeklęczałem na mchu drżący,
Pełen za nią utęsknienia,
Choć niewiedząc, że tęskniący —
Ach!... i srebrna mgły osłona
Otuliła ją na szczycie,
Chmurno stało się w błękicie,
I w mej duszy głębiach łona —
I swą wonią się spowiadać,
Jęła wichrom skałom kwiatom —
Zaczynała już opadać
I rozbierać się — a szatom
Dała lecieć ... ku mgieł światom...
I aniołki do ust niosły
Mi jej listki skrzydeł wiosły —
Ale cóż dziś o wybladła
Twym listkom po mym gorącym
Pocałunku pałającym,
Dzisiaj — kiedyś — już ... opadła!...
Kiedyś miała tak opadać
Rozbierając się do cierni,
Wichrom tylko się spowiadać,
I tych ptaków wdowiej czerni,
Lepiej było w przepaść tobie
Spaść na łono me w żałobie!

Jako gwiazda spadająca,
U mych ust, omdlewająca,
I z rozkoszy — konająca!...

I wdarłem się na szczyt skały,
Kędy ciernie jej zostały,
I już bez łzy — niemo — wiernie —
Całowałem tam — jej ciernie...
I lecąc w otchłań z cierniami,
Oświtłem — z dnia promieniami!


DZIKA PIOSENKA.
(Z POEMATU ARTUR.)

Il confessa toute la verité, et je fus disculpé. — Mais on me fit un grand crime de ma resistance, et le prieur m’adressa des repreches publiques pour l’orgueil irritable qui couvait dans mon sein...[84]

G. Sand. Spiridion.

Entre la coupe et les lèvres il y a toujours de la place pour un malheur...[85]

Al. Musset.

Czym Ciebie kochał, pytasz mnie, o droga,
Głosem nieznanym —
Tak musiał kochać Szatan pana Boga
Nim był szatanem!...

Czym Ciebie kochał, pytaj moich nocy
Stróża anioła —
Czym Ciebie kochał, pytaj w twojej mocy
Chmur mego czoła!...

Miłością twoją modlę się ludzkości,
Modlę się Bogu,
O nią się kiedyś spytaj mej wieczności
Na piekieł progu!...


Dotąd grom każdy w duszy przepadał –
Jak w puszczy wdowiej –
Gromem się tylko będę spowiadał
Memu wiekowi!...


OGRÓD.
WIERSZ DO P.

« Ce qu’il fluta, ne me le demandez point. Je ne sais si le diable y connu quelque chose... — Il ne me semblait point te voir fluter encore que je t’oisse bien clairement, mais tu me paraissais comme dans l’àge, ou nous demeurions ensemble et je me sentais comme portée avec toi par un grand vent qui nous promenait tantôt sur des blés mûrs, tantôt sur les herbes folles, tantôt sur les aux courantes —; et je voyais des prés, des bois, des fontaines, des pleints champs de fleurs, et des pleints ciel d’oiseaux, qui passaient dans les nués. — — J’ai vu aussi dans ma songerie ta mère et mon grand père assis devant le feu, et causant de choses que je n’entendais point ta prière, et que je me sentais comme endormie dans mon petit lit. — J’ai vu encore la terre remplie de neige, et des saulnées remplies d’alouettes — et puis des nuits d’étoiles filantes, et nous les regardions tous deux assis sur un tertre, pendant que nos bêtes fesaient le petit bruit de tondre de l’herbe au clair de lune...[86]

G. Sand, Maitres Sonneurs.[87]

O stumme Jungfrau! ich verstehe deine Sterne — Du verstehst meine Thränen...[88]

HEINE.

W naszym ogrodzie kwitną same kwiaty,
Które natura posiała,
Bratki i dzwonki i ciche bławaty
I pierwiosnka postać mała!...
I polna róża co dziko okwita,
Przy niej kąwalie dziewicze,
I niezabudka co łzą cicha wita
Namiętne fiołka oblicze...
Śnieżnych narcyzów uroki wiosenne
I maczków główki czerwone,
Nad leśnem źródłem tam wrzosy jesienne,
Na nich — w mgle sarny uśpione...

Paprocie w pertach, z północy kwitnące
I smętne trzciny na falach,
Nad niemi we mgłach czajki zawodzące,
Jak dusze w czyścowych żalach...
Ależ bo ogród nasz — to dębowy
Bór, co dziewiczo szumiący,
I chorał sosen średniowiekowy
O Jeruzalem! wiekach trzmielący...
A ze skał dziko strómień strącony,
Co grzmi, jak szatan, w otchłanie,
Lecz jasną tęczą czasem zwieńczony —
I nad nim lasów szemranie...
A nocą księżyc w pianach kaskady
Gra cichym, złotym promieniem,
Jak na kochanki patrząc sen blady
Namiętnem oka płomieniem...
I nieuczeni ptacy tam śpiewają
I wszystko w krasie dziewiczej,
Od Salomona wspanialszy strój mają,
Cudne, choć dzikie oblicze —
I ogród cudny — ach! bo odludny,
Gdy burze nad nim się, skłonią
I błyskawice. — Łzawe dziewice
Mknące przed grzmotów pogonią!...
Grom ryknął,
Jakby krzyknął
Bóg!... drży natura...
Szumi las rozszalały, leci liści chmura —
A grzmoty po skałach się toczą
Jak gdyby gniewny Bóg niebiosów drzwiami
Trzasnął — i oczy słońca zaszły łzami
A chmury jak trzody się tłoczą
Az uwieńczone ciszą i tęczą
Wśród woni łzawe róże się wdzięczą,
I szatan milknie — kolej na anioła —!
Ciche błękity dzwonią skowronkami,
Co lecą burzę ukończyć psalmami...

Wezbrane zdroje
Jak serce moje,
Pieśń grając pędzą na zioła!...
Taki nasz ogród — myśl, ogrodu pszczoła —
A w nim dziewica mądra i urocza —
Jej serce naszym wzajemne,
A myśl jej nieraz boska i prorocza
Choć myśli źródło — tajemne!...


DO K.***

O ty sieroto wiecznie uśmiechnięta,
Świętym mi bywał płacz uśmiechu twego,
Co ludziom tylko ich dobre pamięta,
I patrzy w przyszłość jak nieświadom złego...
Sen piękny, cichy, o! sielski ja miałem,
W nim trzy obrazy cudowne widziałem,
Wszystkie trzy miały kształt Boga rodzicy
A każden z części Lechickiej ziemicy...
Z łez coś nad Polski niedolą spłakała,
Sznur pereł jasny, nad brylantów lśnienia
Na Szyi matka z Jasnej góry miała
I była pełna Polek rozrzewnienia!...
Z łez coś spłakała nad bliźnich niedolą,
Miała sznur pereł matka z Ostrej bramy,
I była smętna męczeństw aureolą
Błogosławiącą Świętej Litwy łany!...
Z łez co spłakała czasami w cichości
Nad własną dolą i sieroctw boleścią,
Sznur Kochawińska Matka w swej miłości
Miała, lecz dobrą uśmiechnięta wieścią!...
Więc niech wieść dobra jak skrzydło anioła
Ocienia Ciebie!... a te bratnie słowa
Jak ziarna ciekam za tobą dokoła —
Zejdą!... bo ziemia nasza niejałowa!...


LEGENDA SALONOWA.
Un sot trouvera toujours un plus sot qui l’admire...[89]

Była sobie pewna Pani,
Co choć ród nie od Titanii,
Wiodła, ale od Supanów,
Markizów i Kasztelanów,
Pani młoda, arcygładka,
I bogata i cnotliwa,
I rozumna (co rzecz rzadka)
To jest ... za rozumną miana,
I od wszystkich podziwiana,
A jak wiosna urodziwa:
Tę oryginalność miała —
Że się w ośle zakochała!
A że miłość ślepa bywa,
Więc dopiero ... w rok bezmała
Raz wśród pieszczót, nieszczęśliwa,
Ośle uszy namacała...
Desperacya! horror!... biada!...
Lecz w tem rozum — że zatai
Czem się duszy, myśl spowiada,
Więc jak Pani się przyczai,
Tak powoli, cichuteńko
Pieszczotliwą żony ręką,
Ośle uszy mu obcięła,
Dumna z swego arcydzieła!...
Lecz daremnie! bo co rano,
Przez noc każdą odrastały,
Co obcięła, kiełkowały,
Jak natury lube wiano!...
Lecz już cały świat się dziwił,
Że się osioł tak odmienił,
Od czasu jak się ożenił,
Nie tylko się uszczęśliwił,
Ale ośle uszy zgubił,
Któremi się w pierw tak chlubił...

Ach! Westchnęła w kącie żona,
Niedość tu i Salomona
Dziw się świecie! gdybyś wiedział,
Z jakim trudem, co wieczora
Je obcinam, gdy jak zmora
Co ranka odrastają,
Pewniebyś tak nie powiedział...
(Piękny płaszcz pokory mają!)
Aż znużona, rozgniewana,
Rzekła, kiedy tak — to ale!
Niechaj sobie rosną w chwale,
Znajdę na to radę sama!...
Odtąd przemysłu użyła,
By ośle uszy modnemi
Wśród salonów uczyniła —
Co nietrudno przebiegłemi
Pomysłami dopełniła...
Odtąd ośle uszy w modzie,
Obywatelstwo zyskały
Odtąd w butnym rodowodzie
Łby się niemi przechwalały...
A co pysznych egzemplarzy
Jak na drożdżach naraz wzrosło,
Tego nikt z was niezamarzy,
Liczba była zbyt doniosłą...
A Pan mąż tryumfujący
Jako do sił wracający
Samson, z włosów odrastaniem,
Kolumnami trząsł salonów —
Żona za nim, dzieci za nim,
Wzięły uszy które z czasem,
Z szumem, fumem i hałasem
Stały się podporą tronów...
Sanktuariów ich nietyka
Pióro moje — jam chciał tylko
Dowieść wam tą krotochwilką,
Że nielada polityka
Była w głowie gładkiej Pani,

"

Za rozumną wszędzie mianej
I od wszystkich podziwianej,
Co choć ród nie od Titanii
Lecz od sławnych wiodła Panów
Supanów i Kasztelanów,
I Markizów ... et caetera,
Od Omegi — aż do zera —

Ale jeunesse dorée[90] cała,
(Alias młodzież do pozłoty)
Nadzwyczajnie podziwiała
Jej pomysły i przymioty,
Bo gdy wielkie «I» się śmieje
Z kropki czemuż życiem całem
Z kropką niestać się «i» małem
Wszak porówna ich koleje
Mała kropka — toć wygodniej,
Przywoiciej i swobodniej
Przez swą kropkę być literą
Wiwat kropki! witaj zero!...


PAUPER.
(CIENIOM MURYLLA.)

Skostniałe chłopię wybladłe z głodu
Sieroce, smutne pacholę,
Pod mur kościelny, drżące od chłodu
Tuliło niemo swe bole...
I weszło nocą, w czarny, milczący
Przestwór wielkiego kościoła,
W jednej kaplicy blask konający
Kagańca mrugał dokoła...
Tam klękło chłopię, jak listek drżało
Przed ciemnym obrazem klękło,
Światło księżyca z góry strzelało
A ono z sieroctwem jękło...

Dzięki ci Panie, żem nieszczęśliwy,
Bo choćbyś szczęście dał duszy,
O! jakże mógłbym tu być szczęśliwy
Gdy tylu cierpi — w katuszy?...
I drżał jak listek stulon w łachmany
A z dołów czaszki mu oczy
Jak lamp gasnących blask, lśniły ranny,
Gdy słońce jasność roztoczy...
I na pierś złożył chude rączęta
Z łzą w oku przypomniał sobie
Ojca i matkę, których pamięta,
Co gdzieś tam cicho śpią w grobie!...
A przed nim Chrystus na krzyżu krwawym;
Stał na ołtarzu rozpięty,
O! jak mu zimno! Rzekł głosem łzawym
Ranny i nagi ... o! święty!...
Ach! Oddałbym Ci moje łachmany!
Tobie tak zimno wśród świata,
Boże! Zbrodniami ukrzyżowany,
Za zbrodnie twojego kata!...
Na klęczkach pełznąc przypadł do krzyża,
Jął chuchać na Chrysta ciało,
Aby je ogrzać, i usta zbliża,
Do ran ... choć z zimna już drgało...
I rozgrzał piersi Boga skostniałe,
Bo Chrystus w uśmiech boleści
Zdjął z gwoździa rękę jedną — i małe
Chłopię przygarnął i pieści...
I rozgrzał drżące jak listek ciało,
I jasną rozgrzał mu duszę —
I chłopię co nań duszą chuchało,
Wziął wichrom i zawierusze...

A gdy je ludzie martwem zastali
U krzyża niemo klęczące,
Rzekli, ze zmarzło — i urągali —
I poszli grzać się na słońce...


Z LISTU DO ***.

We śnie od Ciebie miałem ciche wieści,
Któremim próżnie piersi ubogacił,
Jak człowiek, co już wszystkie łzy utracił
I odtąd płacze uśmiechem — boleści!...
Lecz jest dzień, co przeklina słońc wszystkich słoneczność,
Straszny ja słowo nigdy — bezdenny jak wieczność
Serce pęka — lecz zmienia ginąc, krwawy trud
W cud!
W cud, co ciszą wymowny w bezgranic miłości,
Który się niespowiada ludziom — lecz ludzkości!...
..................
..................



SZKICE NOCNE.

In der Kindheit frühen Tagen
Hört’ ich oft Engeln sagen,
Die des Himmels hehre Wonne
Tauschen mit der Erdensonne.
Dass, wo bang ein Herz in Sorgen
Schmachtet vor der Welt verborgen
Dass, wo still es will verbluten
Und vergehn in Thränenfluthen,
Dass, wo brünstig sein Gebet
Einzig um Erlösung fleht,
Da ein Engel niederschwebt,
Und es sanft gen Himmel heht…[91]
Richard Wagner’s 5 Gedichte.[92]


BIAŁA RÓŻA.
I.

Stary dworzec z modrzewiu — otoczon lipami,
Nad gankiem Częstochowska z dzieciątkiem Marya,
Dokoła mnóstwo kwiecia bujnie się rozwija,
Lipy szemrzą – zachodzi słońce za górami,
W ogródku trzmieli wielki modrzew już zgrzybiały,
Otoczon wianuszkiem krzaków białej róży,
U stóp modrzewia starzec drzymie posiwiały…
A na licach ma znaki przeszłej życia burzy —
Włos jego już gołębią popleśniał siwizną
Na czole groza — piękną przeorana blizną —
Przy nim anielskie dziewczę z tęsknotą na czole,
Ze smutkiem w modrem oku głębokiem jak morze.

Jej uśmiech tak uroczy jak wiosenne zorze,
Cudne jakąś boleścią spojrzenie sokole...
 Jej duszo młoda czystsza niż ta róża biała,
Której listki ze smutnym uśmiechem obrywa,
Alabaster jej czoła dziwnym ogniem pała,
Nitka niebieskich żyłek bladą skroń opływa —
Gdzieś daleko jej myśli odbiegły dziecinne,
Starzec się zbudził — lica jej już były inne...


II.

Dźwiękami poloneza grzmi świetlana sala —
Długim wieńcem się wiją pary kołujące,
Starce, matrony, dziewie postacie śmiejące,
Tłum młodzi, suną, płyną, jak wezbrana fala —
O! jakież żywe wieńca tego, barwy, kwiaty —
Białe wąsy, i bielsze drżą łona z warkoczy,
Kwiaty w rosie brylantów, w barwach tęczy szaty,
A wśród nich nad brylanty gwieżdżą dziewic oczy —
Siwy starzec rej wiedzie —
Klasnął w dłoń!... a koła
W dwie długie się gerlandy rozplotły u czoła...
W orszaku niewiast w bieli przesuwa dziewica,
Jak cichy anioł śmierci z tęsknotą u czoła,
Na jej skroni z róż wieniec, lecz jej lica
Bardziej smętne — anielskie bardziej od anioła...
Dłoń jej ujął młodzieniec, idą — śród par wiela —
Wzrok jego dziki tonie w jej omglonem oku.
On polonez szkieletów w ludzi czyta wzroku...
Spójrzeli raz na siebie — śród tłumu wesela
Raz pierwszy i ostatni — to za wieki całe!...
On znikł — a ona dłoniach targa róże białe...


III.

Wieczór — cisza wiosenna, niebo drży gwiazdami
Gdzieś w dali hymn słowiczy kona w kwiatów woni,
Ten sam modrzew otoczon białemi rożami,
Dzwon wieczorny rozbrzmiewa swe jęki po błoni...
To samo dziewczę u stóp modrzewia starego,

Boskie, jak miłość pierwsza, nieśmiertelna, bratnia,
U nóg jej młodzian smutny, spójrzenia orlego,
Znać idzie w świat daleki — to chwila ... ostatnia ...
Dokoła cisza — jęki dzwonu już skonały,
Nad niemi stare lipy swój pacierz szeptały!...
On klęcząc dłoń jej drżącą do swej piersi tulił,
Ona drugą we włosach na czole mu składa,
I wzrok jej cichym bólem duszę swą spowiada
Bólem, którym szał serca jego się rozczulił…
I łza jej na pochmurne upadła mu czoło,
A on drugą z jej oka pochwycił ustami
I dłoń jak do przysięgi wzniósł nad róż tych koło,
A dusze były ciche jak niebo z gwiazdami...
I jeszcze raz — ostatniem w nią spójrzał spójrzeniem,
Anioł wiosny swych skrzydeł otoczył ich cieniem!...


IV.

Załośnie szumi jesień — tumanem roznosi
Chmury liści po drogach od drzew oderwane,
Nad rzekę, z skał sił w lasach czarny klasztor wznosi,
W nim brzmię dzwony chrapliwe — stare — z dział ulane —
W nim słychać chór niewieścich głosów, co wezbrany
Płynie przy lampach co dzień ku stwórcy wszechświata,
Tam w dni świętlane z chórem głosów brzmią organy,
I chór dziewcząt sierotek z kadzidłem się splata...
I grobowo w tych murach, każdy krok swe brzmienia
Potraja w korytarzy, załomach sklepienia —
Cicha cela klasztorna — ściany jej sklepione
Krzyż — i obraz Teresy świętej zawieszony,
W trupiej głowie światełko drga niedopalone,
A na oknie u kraty, białych róż wazony...
W tej celi głos niebieski, muzyki organów!...
Przy nich w zakonnych szatach niewiasta o! młoda,
Z pod rąk jej płyną tony jak jej źrenic woda
Czyste!... skrzydłem boleści tam do Pana panów...
Twarz jak marmur — spokojna — muzyki westchnieniem
Za Polskę duszy swojej modli się cierpieniem!...


V.

Zima wyje wilczemi wichrów odgłosami,
Konarami drzew szarpią burze rozszalałe,
W wichrach płyną odgłosy dzwonów rozdźwiękami
Oh! głosy dzikie, straszne, ponure, zbolałe...
Chór dziewic z gromnicami niesie na ramionach
Trumnę — w niej śni niewiasta, cicha uśmiechnięta
Ciało usnęło w kruczych klasztoru znamionach,
A dusza archanielska, przebolała, święta!...
Krzyż czarny trzyma lekko w swej uśpionej dłoni,
Wieniec cierni z róż białych, oplótł marmur skroni,
W dali — wzgórek tumanem śniegów zasypany,
Na nim posąg boleści ... ta postać młodziana!
Pierś się miota, wiatr szarpie mu płaszcza łachmany,
A uśmiech ust zaciętych, przerazi szatana...
On stoi — z góry patrzy na orszak, pogrzebu
Co się sunie, wiatr niesie śpiewem i światłami,
Sunie się, znika — dzwony wzbiły głos ku niebu
Świat przed wzrokiem mu piekła obleciał iskrami,
U nóg jego broń palna z pogardą rzucona
Za orszakiem jak skrzydła — wyciągnął ramiona...


VI.

Cichy — słoneczny ranek — cmętarz w szacie wiosny
Jak ogród otoczony murem ... tak spokojnie!...
Czasem tylko słowika zabrzmi głos żałośny,
Lub brzęk pszczoły nad falą mogił gdzieś przepada,
Chaos krzyków! Ten stoi — ten padł — ten upada,
A drzewa się schylają, w puch kwietniowy strojnie,
Jak panny młode!...
W kwiatach leżą trupie głowy
W których wygrzewa węże promień słońc majowy...
Kwiaty podnoszą główki z pod brylantów rosy,
Skowronek się w błękitów unosi niebiosy...
Mur namiętnie się bluszczem chwiejącym otoczył,
Jakby tylko co z niego Romeo zeskoczył...

Taka błogość spoczynek mogił opromienia,
Jak gdyby się umarli lękali wskrzeszenia...
W śródku cmętarza, gdzie się brzoza rozpłakała,
Czarny krzyż — pod krzyżem:
Kwitnie róża biała...


RÓŻANIEC.
(WIERSZ POŚWIĘCONY MATCE POLCE.)

Klęczała młoda Polka na Wawelu,
A przed Jadwigi Chrystusem klęczała,
Z różańcem w ręku za wielu i wielu,
Promiennem sercem jak lampą pałała...
Z różańcem w ręku, ze smutkiem u czoła
Zdała się raczej postacią anioła,
Co łzy tej ziemi perłami nawleka
I przed tron Boga niesie żal — człowieka!...
Tak tonąc myślą w przededniu przyszłości,
Patrząc w twarz czarną Ukrzyżowanego,
Zdała siłę widzieć Polskę z wysokości
I postać ludu na krzyż wzniesionego...
Perła po perle z różańca opada...
Różańcem Polko jest i twoje życie,
Z lat, dni i godzin jak z pereł się składa,
A gdy opadną ... człowiek w lepszym świecie —
Pierwszy dzisiątek —
To dziecię na łące,
Z okiem jak niebo i z duszą jak niebo,
Z kwiatka na kwiatek motyle goniące,
A czoło jasne, lśni pieszczót potrzebą...
Gerlandy kwiatów siano wiosny dłonią,
Nad nieruchome gerlandy
A aniołkowie z dzieciną się gonią,
By nie tęskniła o sierocej chwili...
W tem dzwon wieczorny zajęczał tak śpiewnie!
Dziecię stanęło, upuściło kwiatki,

W duszy dzieciątka tak tęskno, tak rzewnie,
Dziecię stanęło — nad mogiłą matki...
Opadła perła...
To drugi dziesiątek —
To już dziewica z mgła tęsknoty w oku,
W sercu dziecinnej wesołości szczątek,
Świeci jak gwiazdka we wspomnień obłoku...
Kształt jej tak wiotki, powiewny, uroczy,
Jakby odlecieć już chciała od ziemi —
W błękit błękitne utopiła oczy,
I wije wianek z dębowej łąk zieleni —
A myśl jej w rzewnym zadumaniu tonie
Czyje tym wieńcem uwieńczyć jej skronie?...
Opadła perła...
Już dziesiątek trzeci,
W ciemnej komnacie kołyska dziecinna,
Nad nią jak gwiazda oko matki świeci,
W szatach żałoby, niewiasta już inna...
Choć znać na czole straty i boleści,
Choć włos niedługo przyprószy siwizna,
Spokojny uśmiech żałoby niewieściej
I cicho boli każda wielka blizna...
Znać, że swe życie macierzyńskim tchnieniem,
W przyszłą pierś dziecka leje w głos natchnienia,
Znać, że choć wielkiem boleje cierpieniem,
Ona jest większą od swego cierpienia...
Opadła perła...
To dziesiątek nowy —
Dni płyną chyżo jak fala wezbrana,
Już nad jej czołem wieje śnieg zimowy
Chociaż źrenica, w młody blask świetlana —
U nóg jej ukląkł młodzian z szablą w dłoni,
Twarz męzką ukrył w macierzyńskie łono,
Ona mu ręce złożyła na skroni
I błogosławi — boleścią zwalczoną...
Zerwał się, spojrzał raz — jeszcze raz drugi,
Znikł, padła — jako drzewo suchej grusze,
Zimowe wiatry wieją w tuman długi,

A aniołowie niosą białą duszę...
Opadła perła...
Pękłaż nitka cała?
Czy się tak perły w słońcu rozsypały?
Nie! Bo różaniec w dłoniach swych trzymała,
Lecz to z jej źrenic perły się staczały...
W tem zabrzmiał Zygmunt, ona obie dłonie
Na pierś złożyła — oto Polski zbroja!...
I znikła patrząc na Chrystusa skronie —
Odwróć ten kielich!... lecz bądź wola twoja!...
W sercu jej cicho — święto — jak w kościele —
Gdzie hymnem śpiewa naród skajdaniony,
O! weź do nieba — boleści aniele
Różaniec życia — czynem odmówiony!...
Gdyby Ci Polko, coś tyle — cierpiała,
Bóg dodał jeszcze męczeństw szereg długi,
Piekło dla Polski tu byś znieść zdołała
A nawet — nawet rodzić się raz drugi — —
Poszła — i strzelił promień od sklepienia
I łzy te zebrał, co pod krzyżem drżały,
A na Wawelu znów świętość milczenia
Jakby w posągach dzieje skamieniały...


STARY CMĘTARZ W NOCY.
PODŁUG OBRAZU MŁODEGO MALARZA.
(DO S. T.)

Tak niemo — dziko — na starym cmętarzu,
Jak na natury północnym ołtarzu —
Cicho i cicho — w północy milczeniu
Mgieł puchy rozdarł księżyc uroczyście,
Jak arcykapłan szatę w oburzeniu
I niemo płynie w głębi czarne chmury...
Na drzewach liście w szmeru dreszcz powiały
W dzikie grzeszłości wspomnienia chorały,
W dali się zaśmiał ptak nocy ponury...

Czarna kapliczka we mgłach otulona
Wznosi się wdowio — jak grobów matrona
Z martwych wskrzeszona!
W koło kapliczki brzozy pochylone
Cichym się szmerem modlą po mogiłach,
Westchną — znów cisza — sen w natury siłach
Zawisł po nad groby dawno opuszczone...
Tu niegdyś ludzie swych drogich grzebali —
Tu łkały matki — synowie płakali,
Albo z kochanka pochylonej głowy
Włosem, wiatr igrał, swawolny, majowy...
Tu starce drogę kończyli żywota
I ztąd niemowląt jasnowłosa, złota,
Motyloskrzydła, gerlanda powiała,
Jak świętojańskie robaczki, w niebiosy,
Których światełko w tych ciemnościach pała
I cicho spada na zroszone wrzosy...
A dzikie wierzby, brzozom rozełkane,
Prawią powieści perłami płakane,
Których szmer czasem przeraża człowieka,
Od których trwożny niedoperz ucieka,
A kret ciekawy słucha, ziemię ryje,
Aż pazur sowy przydławi mu szyję...
I tak się warkocz brzóz cichych rozpieścił,
Jak gdyby anioł skrzydłem zaszeleścił...
O! taka cisza — że w niej serce zdoła
Dosłyszeć w dali głos swego anioła...
I tęskne ucho z harmonią natury
Zlać się — jak z lutnią trzymaną u góry...
A pod kapliczką leśny zdrój szeleści
I niezabudki potrąca w przebiegu,
Po głazach grobów mrucząc, fala pieści
Promień księżyca, co w nim gra u brzegu...
Czarne na niebie tłumą się obłoki,
Z nich nagle księżyc w trzy promienie strzelił,
Wiara! nadzieja! miłość — świat głęboki
Blaskiem się jego w chwili rozweselił...

Rzewniej zdrój szemrze ... milej drzewa szumią,
Jak gdy pociechy westchnienia przytłumią...
Brąz schylonego w oddali posagu
Błyszczy wśród krzyżów jak światła kolumna,
Topola szepcze w północy przeciągu,
W dali coś świeci... to spróchniała trumna...
I taka święta spokojność na niebie,
I taka błogość wśród grobów jaśnieje...
Że w duchu dawne budzą się nadzieje —
I chociaż czarny z niemi promienieje,
Jak orzeł krzyknie: Weźcie mnie do siebie!...
Ludzie odbiegli — dawno z swemi łzami!
A zdrój, co myje tej kapliczki stopy,
W biegu swym szumi błędnej ducha stopy,
W biegu swym szumi po kamykach grając:
«Świat jest cmętarzem błędnej ducha stopy,
«Kto tam umiera, tu wraca konając
«Po nowe życie — i skrzydła tęczowe —
«Dotąd znał tylko arcydzieł połowę...
«Niechaj po grobach spojrzy w zamyśleniu —
«Kamień na myśli — a myśl na kamieniu!...»
O! płyń, płyń falo! I my pójdziem z tobą
Tam znaleźć, cośmy przeczuli żałobą,
Słońce zachodzi, by wstać w nową dzielność,
I duch ludzkości — to jest nieśmiertelność!...
A wtem z ciemności powstał duch zwątpienia,
Wielki jak nicość — straszniejszy niż szatan —
Ze wszystkich Furyi żmijami poswatan,
Począł iść na mnie z śmiechem znicestwienia...
Czoło miał z miedzi... i wzrok który pali...
Jak ci co Polski podział podpisali...
Krzyżam się ciała uchwycił połową —
I w dal rzuciłem za nim — trupią głową —
Która przepadła w kwiatach...
I majową
Rosą gorące przeżegnałem czoło —
A raptem jasno stało się w około,
Promień księżyca znowu ku mnie strzela,
I spada na mnie — jak łza przyjaciela,

Któregom kochał władzami wszystkiemi —
Ale którego — niemiałem — na ziemi...


ODŁAM[93] Z CAŁOŚCI.

Póki zapałem wre pierś młodziana,
Póki do lotu tęskni duch młody —
O! to stanowcza chwila, świt rana!
Chwila do pracy, ofiar — swobody!...
I najczarniejszy jest pośród ludzi,
Kto ten młodzieńczy zapał ostudzi!

Bo kiedy zawrze ta iskra boska,
W żar pryskająca z duszy powieków,
To piorunowa maże się zgłoska
Co była ziarnem twórczości wieków...
Zostaje szkielet z źrenicą ciemną,
Przed okiem czarno — w myśli bezdenno. —

Lecz obraz iście straszniejszy tego,
Co tę rdzeń bóztwa depcze w młodzieży,
On jest parodyą ducha czarnego,
Niech mu pociecha serce odbieży!...
Nikt mu w skonaniu nie przymknie powiek,
I każdy plunie: To marny człowiek!


LAMENTACYA.
(NA ŚMIERĆ A. P.)
«Sunt lacrimae rerum...»[94]

O popłyń pieśni — cicho jak łzy płyną,
O popłyń pieśni!...
Niechaj podobni sobie razem giną
Duchem rówieśni!...

O popłyń pieśni — nucona latami,
I zgiń nieznana
Jak strumyk skryty miedzy szuwarami
Z źródła spłakana...
Przepadnij!... Bo się niepomieścisz w słowie —
Gdy w piersi wspomnień zaciężą ołowie...
Niech niemą duszę — rozszarpią orłowie
I potem każden czarną owian chmurą
Niech Bogu część jej zaniesie ponurą!...
O siostro wszystkich biednych! Po boleści
Odpocznij szczęsna z gwiazdami na skroni,
Jak męczennicy z jasną palmą w dłoni
I módl się pieśnią aniele niewieści!...
Módl się za Polską u wieczności proga,
I jak różaniec łzy jej rzuć przed Boga!...
Z radości pierwej płaczę — niż z żałoby,
Że już niecierpisz!... lecz z śpiewającemi,
Serce oddałaś lampą pałającą,
Przed tron niebieski jak gwiazdę jarzącą,
Nieskamieniałe mimo doli Nioby!
Które nic z ziemi niemiało na ziemi!
Jam serce jedno wielkie, czułe — stracił,
Alem się szczęściem twojemu weselił,
Sen twój anielski pieśń mą rozanielił,
Twemi różami swą arfę zbogacił.
Niech tylko czasem w godzinach boleści
Twe skrzydło cicho nademną szeleści —
O! jam był dzieckiem! Może nie rozumiał
Dość bolów twoich — alem je czcić umiał!...
Niech czasem duch twój, z daleka promienny
Nad snem tu moim, kiedy będę senny
Jak ptak wędrowny zawiśnie nademną:
A dobre myśli znowu będą zemną.
Spadnij łzo cicha!... w tej północnej ciszy
Każdego serca bicie — On! Tam słyszy...


NORYMBERSKA LEGENDA.[95]
(O WICIE STWOSZU.)

Gdy zgasła światłość już w mistrza źrenicy,
Tak w jego duszy strasznie pociemniało,
Że nic już nie znał prócz śmierci tęsknicy
I coraz bardziej w nim się zasępiało...
Tęskno do grobu wam już kości moje!...
Powtarzał tylko, i milczał ponuro,
Ale daleko Polsko! łany twoje,
Przeto duch czarną okwefił się chmurą...
A jak ptak nocny wieczysta żałoba
W gorzkiem się mistrza sercu zagnieździła,
Że mu pokutą była każda doba,
I przeklął gwiazdę co prowadziła,
I przeklął orła co go niósł natchnieniem —
A zamilkł niemem boleści milczeniem,
(Co się uśmiechnie raczej niż zapłacze,
Bo łzy, ni słowa niemają rozpacze!)
A tylko czasem kazał się prowadzić
Do wrót Świętego Sebalda kościoła,
A do ołtarza umiał sobie radzić,
Sam — jakby wiodła go już dłoń anioła... —
Tam czarny Chrystus, bardzo rozbolały
Nad bole ziemi, z krzyża rozwarł ręce
Snać jego rany wtedy Cię bolały
Mistrzu! gdyś dłutem dał świadectwo męce!...
I tam mistrz raz w rok na ołtarzu stawał,
I wznosił ręce — drżącemi palcami
Dotykał twarz Chrystusa, z cierniami,
Jakby się badać — czy wspominać zdawał...
I wtedy cicho z pod ciemnej powieki,
Jak duża perła, łza mu upadała...
I westchnął: dzięki Ci ojcze na wieki!...
Że choć raz w rok ją źrenica spłakała —
I kiedy Chrysta dotykał się ciała,

To lżej mu było na serdeczne blizny,
I zdało mu się, ze bliżej ojczyzny –
Że czuje Wisły brzeg wonny, zielony,
Że słyszy z dali Wawelowe dzwony…
A potem cichy powracał w próg domu,
Lecz nigdy o tem nie mówił nikomu!



GRÓB WITA STWOSZA.[96]


Bo artysta na tej ziemi,
To poemat Pana Boga!...
To tęsknota – co orlemi
Skrzydły niebios sięga proga,
Lecz gdy raz swym szczytom skłamie,
Jedno tylko pióro złamie,
Zmienia się z krzykiem Hozanna!
Na epopeję Szatana!...

(POEZ. STUD. TOM II.) [97]

O cześć! grób cichy pod szarym kamieniem
Jak cicha boleść mistrza nieśmiertelny,
Tu młodzi twórcy, dusz białych natchnieniem
Chodzą zadumą pomodlić się w ciszy…
Jak białe lilije pod słońca promieniem!...
Głaz twego grobu, to jest głaz węgielny
Chwały – twej – wiernej dziś i nieśmiertelnej,
Co tutaj siadła zadumana smutnie,
Jak córa dziejów co chce stroić lutnię…
Ucho nie słyszy tu nic prócz traw szumu!...
O! takież trawy mają Polskie łąki,
I takie dzwonią nad Wisłą skowronki…
Przeto traw kilka biorą do ojczyzny,
Jak balsam życia tu przeciw trucizny! –
Cześć tobie mistrzu! z którego ran krwawych
Balsam dla naszych serc w wieki popłynął,
Módl się za Polską! W górze w wieńcu prawych,
By skrzydła białe jej orzeł rozwinął…

(Norymberga.)



NAD MUMIĄ.

FANTAZYA.

(POŚWIĘCONE LISZTOWI.)

O biedny Joriku!...
HAMLET.

W zamierszchłe wieków zapadłych przestworza
Jak wielkie słońca wygasłe na wieki,
Myśl mą ponurzam; a jak w toniach morza
W odmętach dziejów topi duch powieki!...
O martwa mumio! relikwio dziejowa,
Gdybyś przemówić mogła dźwiękiem słowa.
Jakimby słowa losom poświadczyły? –
Jakich tajemnic źródła ożywiły?...
O biedna niema!... czyż się tobie śniło,
Że w szklannej skrzyni, w cudzych ludzi ziemi
Będziesz ciekawych tłumowi smętnemi
Kształtami świadczyć o tem – co tu było!...
Może królewskie berło miałaś w dłoni,
Co rozkruszona dziś leży w atomach?...
Może z orężem po zwycięztwa błoni
Łączyłaś szczepy ludów w ich odłomach?...
A może – w piersi twej serce kochanki
Jak rzewne źródło, młodzieńcowi biło?...
I czerepowi twej czaszki, w poranki
Może się boskim snem o lubym śniło?
Możeś ty mumio!... możeś miała syna?...
Który cię kochał... a którego kości
Dzisiaj za morzem śpią, gdy wiatr wspomina
Wyciem Iwa czas ten, w piramid ciemności?...
W podziemiach, chwały dni – i dni młodości...
Może twe prochy za syna prochami
Stęsknione, w nicość sypią się żalami? –
Bo tu na ciebie spójrz każdy z ludzi,
Pójdzie – jak przyszedł – i twą, ciszę zbudzi,
A więc jeżeliś tu kiedy kochała,
Jeżeliś serce w tym szkielecie miała,

Nad tobą z syna schylam się miłością,
A tchnienie piersi rzucam w wonną trumnę,
I łzę ci rzucam – z braterską rzewnością,
Choć tobie lepiej dziś z twoją sennością...
I wsparłszy czoło o białą kolumnę,
Dumam – że miałaś serce – wielkie – dumne !...
Biedna!... na prochy rzuciłbym zasłonę...
Sieroto śmierci! w śmierci znieważone. – –



SEN O ŚMIERCI I O NIEŚMIERTELNOŚCI.
FANTAZYA.

Znużony wpółusypiam … słyszę w oddaleniu
Głosy godzin bijące z wieżyc o północy,
Księżyc trysnął przez okno – a w światła pierścieniu
Widzę ... postać? co dziwnie wabi moje oczy...
Na łożu mojem biała usiadła dziewica.,
Wzrok ma sennie spokojny i długie warkocze,
Piękne jako wspomnienie miłości, jej lica,
Oczy zdały patrzeć w przyszłość – jak prorocze...
Niebyła groźna ... owszem – była uśmiechnięta –
Lecz jakaś dziwna godność cześć ku niej wzbudzała ,
Zdało mi się, że duch mój zkądsić ją pamięta…
I rękę wyciągnęła, co jako śnieg biała,
I na piersi ją mojej niemo położyła,
A jam odrzekł – o ! żal mi, Pani moja miła,
Że niemam fiołków we łzach, ni narcyzów w rosie...
By je wpleść w twych warkoczy hebanowym włosie…
Gdyby mi słowik przyniósł gałązkę jaśminu,
Skajdaniłbym twe nóżki nim w wianuszek biały,
Aby nigdy ode mnie już nie uciekały…
Niegdyś … szalony chłopiec – o! może z wawrzynu ...
Lecz żal mi moja blada że oprócz popiołu
Nic niemam w piersi cichej – jak kamień padołu –
Ona na ustach palec złożyła z uśmiechem,
I szeptnęła … śmierć jestem – a cisza nade mną,

Wtedy wzrok w nią wlepiłem, wstrzymanym oddechem,
Ona tylko szeptała … Chodź ze mną! chodź ze mną!...
O! czemuż Cię tak straszną malują na świecie!
Wieczność twoim kochankiem – jej tylkoś wzajemną
Smętna jak kwiat hiacyntu ... jak wygnania dziecię,
Ona tylko szeptała … Chodź ze mną! chodź ze mną!
«Żal mi tego błękitu, który ukochałem,
«Moich marzeń – i mojej nadwiślańskiej skały,
«Żal mi mojej młodości – pieśni co śpiewałem,
«Jak cichy ptak na grobach, gdy drzewa milczały...
«Ja Ci ukażę mleczne głębiny błękitu
«I niebo – i anielskich arf urocze głosy,
«Przez piekła Cię przewiodę!... postawię u szczytu,
«Skąd harmonii wszechżycia pojmiesz w dziejach głosy!!!»
«To piękne!...
Ale strach mi, jak tam duszno w grobie,
«Kiedy piersi przywalą ciężkiemi grudami –
«Po chwilce się zaśmieją płaczący w żałobie
«Zostać – ziarnem rzuconem między ciemnościami!...
«Przy tem, sława ma dla mnie, wyznaję Ci chętnie,
«Uroki wielkie, dumne! swojemi gwiazdami,
«Kiedy wszystkiem wzgardziwszy, trupiemi głowami
«Grałem w piłkę, w niąm jeszcze poglądał namiętnie!...
«Ja Ci matki oblicze ukaże świetlane,
«Do któregoś się modlił w pośród walk młodości,
«Oczy kochanki ciche ... jak gwiazdy poranne,
«I wrócę wszystkich druhów – godnych twej miłości!... »
«Nie kuś mnie!!!...
Nic tu nie mam prócz braci cierpiących,
«Gdy pomyślę, że pójdę za tobą szczęśliwy,
«A tyle ich zostanie we łzach bolejących,
«To wolę z niemi cierpieć – wolę! jak Bóg żywy !...»
«Młodzieńcze! ja Ci Ojców skażę szereg długi,
«Wszystkie duchy, dla których miałeś uwielbienie,
«Niech[c]esz? – –
A więc Ci Polaki pokażę wskrzeszenie
«Jak jasna Zmartwychwstaje nad Ciemności smugi!...»
«Tam się porwał i szyję jej chwycił rękami,

A Ona wzrosła nagle w olbrzymów olbrzyma,
Rzuciła, na mnie biały płaszcz ... migła skrzydłami,
I poleciała zemną tam – gdzie się czas wstrzyma!...



WARYACYA NA JEDEN TEMAT G. SAND.
(Z VALVÈDRE.)

. . . . . . . . . w nędznym Alpejskim szałasie
Nocował raz młodzieniec – wierszopis turysta,
Dusza jego młodzieńcza jeszcze była czysta,
Choć już skrzydła jej więdły w przestrzeni i czasie...
W szałasie nędzy , w który biły wichry, słoty,
Płonął ogień; młodzieniec w płaszcz swój otulony
W kącie, na dziwny obraz patrzył przerażony,
Lecz milczał – by to wszystko w piękny rym oprawić –
I w obrazach natury Alpów — tej zgryzoty
Natury ludzkiej obraz w natchnieniu stworzony,
Współczesnym arcydzieło swej sztuki zostawić...
Dziecię w pośród rodziców w kąwulsyach konało,
Już się w ostatnich bolów podrzutach ciskało,
A Rodzice w rozpaczy, bez iskry nadzieji,
Chociaż mogli ratować dziecię, z przerażenia
Milczeli martwi, w nocnej pogwizdach zawieji –
Dali mu drgać na słomie w rzutach umęczenia...
Pobożny ojciec klapał w dreszczy co go trzęsła,
Modlitwy, choć niewierzył, w dziecka uzdrowienie
Matce – pierś w milczeniu, jako dół zaklęsła,
I martwa jak głaz, wpadłszy w nieme zamilknienie
Siedziała – straszna swoim rozpaczy spokojem,
I załamała ręce nad dzięcięciem swojem...
Wtedy młody myśliwy, na wielkie wrażenia
Zaszlochał niemo całą duszy swojej siłą,
Tem wszystkim – co poczciwe w nim tu jeszcze było ,
I pomyślał ze smutkiem dziecięco spłakanym:
Boże dzisiajbym wolał bez sławy, imienia,
Być najmniejszym wioskowym lekarzem nieznanym,
Niż największym z poetów w świecie uwielbianym!



ANTI-IRONIA.

Stąpał pielgrzym ponury sam, lecz własną drogą,
Tą którą idą Ci, co nieiść nią – niemogą
A za nim szczekały psy…
Szedł daleko – i dumał, nie wiem kędy zajdę –
Bylem nazad nie wracał – niechaj wieczność znajdę
I zapomniał sny!...
Rzućcie za mną kamienie, lecz rzućcie ich wiele,
Bym miał z czego zbudować kościół przyjaciele,
Na wszelki wiek i dzień!...
A marzę kościół taki, by w nim ludzkość cała
Wolna – jak w wielkiej boga piersi zamieszkała
Gdzie od ołtarzy nierozłącza sień…
Ale w takim kościele sam bym chciał skamienieć,
By z żadnym z ludzi więcej słowa niezamienieć
Z za czasu cichych mórz,
Bo gardzę i natrząsam się z zgrai szakali,
Co dzisiaj kamienuje, jutro bałwochwali,
Niewarta gromu już!



PSALM NATURY.

Duch mój ochotny – ale mdłe me ciało
Przeto mi Panie nic już nie zostało
Jak zbić się lotem – ku tobie! ku tobie!...
Któryś mi jeden jest na smutnej ziemi
I myśl mą czujesz, kiedy tęczowemi
Skrzydły się splata, w tęsknoty żałobie
Z pieśnią wszechżycia – w harmoniach natury,
I w nieskończoność orłuje samotna
Nad lądy, morza i burze i góry,
Zlana z żywioły jak pieśń niepowrotna,
Czująca Ciebie w naturze – a w tobie
Naturę całą, żywą, uśmiechniętą
Jak przyjaźń – za dłoń wiosny uwiśniętą,
Gdy zapomniały dla ciebie – o sobie!...

I jestem głosem orła w chmurach dzikim,
I szumem dęba i fali tęsknotą,
I wonią kwiatów – i żurawi krzykiem
I łzą kąwalii, drżącą – w słońcu złotą…
I w tobie czuję się nieśmiertelnością
I rozweselam się w życia bezmiarze –
Pijąc w natury tej bezdennej czarze,
Co połączona przez ducha z wiecznością,
Jak w akord szczęścia, bezgranic miłością
Dobro i prawda – związane pięknością!...
I o nich myślę pół smutny – pół dumny,
Gdy o złamanej marmury kolumny
Oparłszy głowę – poglądam na morze –
Z nieskończoności w nieskończoność zorze
Gdy wstaje jasne – ogarnia niebiosa,
Aż padnie w uścisk płomienny Heliosa!...



OTUCHA.

Rzuć na nich białą szatę przebaczenia!
I bądź jak senna noc, z nowiem na skroni,
Zarzucająca skrzydła zapomnienia
Na świata przestrzeń głuchą – kiedy dłoń
Modry płaszcz wlecze, przeszyty gwiazdami,
Jak bohaterka między gerlandami
Kul – wołająca naprzód! na narody
I przodkująca w walce, w lot swobody…
A każda gwiazda – to boleść miliona,
Co płaszcz przeszyła tak – że na ramiona
Rzucony, błyska iskier miryadami
Wśród szumu lasów, wielka – wędrująca,
Z księżyca lampą w dłoniach i walcząca
Z chórami wichrów – co burz pogwizdami
Na lampę ciągle miotają chmurami,
A przed nią płyną sny i nocne ptaki
Kochanków dusze – i leśne majaki…
Lecz gdy z gwiazd iskier każda w płomień zlana
Powstaje światłość!... a noc czuwająca
Płaszcz swój rozdziera – wołając Hozanna,

Chórem harmonii życia!... i do słońca
Przez mgły ramiona prężąc otoulone,
Rozrywa pereł sznur z szyji namiętnej
I ciska je na kwiatów sny zbudzone…
Uchodzi niema – we mgły zakwefiona
Po fali kłosów mknąc w tęsknocie smętnej,
Jak wieczna wszystkich wichrów narzeczona
Wieńcem zórz rannych śnieżnie zrumieniona,
Smętna za słońcem wyciąga ramiona…
A po niej rosa zostaje na kwiatach,
Jak perły sztuki na, umarłych światach,
Które rzuciła w kres dziejów daleki
Kiedy je miała opuścić – na wieki!...
A za nią płynie czarny orzeł sławy,
Niemy i wielki jak świat – czasem krwawy...
Nim ona świadczy się – że wśród nich była,
Choć są jak wodza porosła mogiła,
Na której pielgrzym, w dzieje patrząc, klęczy,
A swe ramiona drżące i znużone
Wzniósł ku wolności – też milionów tęczy –
Bo piorunami – tęcze wymodlone!...
O nie wątp bracie! orłem Bóg pasuje –
Ten duch największy – co za innych czuje!...



OBRAZEK.

J'entend le rossignolet! [98]
G. SAND. MOSAISTES.

Panicz ze dworu
I dziewczę z chaty,
W koto szum boru
W głębi Karpaty,
Ona. do niego coś szepcze, on do niej,
Słońce zachodzi...
I obraz skończony. – –



NIEMOWLĘCIU.

O drogie dziecię!
Idź przez to życie

Jak jasna gwiazdka – co sunie w błękicie!
Prostą koleją
Z wiarą, nadzieją,
Słońcu miłości chmury się rozwieją!
Sen twego czoła
Matka dokoła
Otoczy jako cień skrzydeł anioła...
Dla Polski żyj cały,
Doczekaj jej chwały,
Niech Ci w kolebce śni się orzeł biały…
Dni lepszych w przyszłości
Doczekaj w radości,
I żyj przez Polskę – dla całej ludzkości...



NA GMINNY TON.

Tak huczy, tak szumi, tak wyje po lesie,
I wilcy gdzieś wyją i dęby się walą –,
To Kain na widłach, trupa Abla niesie
A piekieł pożary serce jego palą...
Trzy trupie główki, kurzemi stopkami,
Gonią go skaczą – i sieją iskrami ...



DO J*.

Jeżeli poranisz lata pacholęce,
Serce przy sercu i ręka przy ręce,
W Karmelitańskim altankę ogrodzie,
Ponure dzwony o słońca zachodzie,
I jaskółeczane Zwierzynieckie łodzie ...
Jeźli pamiętasz chwile pacholęce,
Serce przy sercu i ręka przy ręce,
Przeświegotane przy łożu twej matki;
Toć szlę te polne dzikiej woni kwiatki ,
One swe cichą lecz namiętną wonią
Niejedno wspomną, wypłaczą, obronią,
Ze się uśmiechniesz i westchniesz wzajemnie:
Lecz – niebądź nigdy – smutniejszy odemnie!...



O PÓŁNOCY.

Noc była czarna – wicher od grudniowej chmury
Tłukł w szyby okien, targał ścianami i chateńki –
A w chatce mieszkał człowiek młody lecz ponury,
Którego ludzie zwali poetą – ten człowiek
Stał niemy – na ręku mu płakał syn maleńki
A przy gromnicy leżał bez zamkniętych powiek
Cień niewiasty, co tylko widać, że skonała,
I że blada się z śmiercią długo pasowała –
A znać, że była piękną niegdyś jak widzenie
Lecz boleść wydeptała jej na licu ślady
I łzy ciche wygryzły bruzdy w twarzy bladej –
Miała uśmiech boleści, jak anioł cierpienia.
Włos jej długi się rozlał jak fala strumienia
Ręka opadła z łoża martwa i bez siły
A ostatnie gasnących błyskawic spójrzenia
Padły na dwie istoty – co tuż przy niej były. –

On stał głucho jak posąg z białego marmuru,
Któremu szatan w głowie pioruny zapalił,
Plecami wsparł się tylko do zimnego muru
Suche miał oko – ani westchnieniem się żalił,
Spokojnie słuchał wichrów gwizdu i sów chóru,
(Bo poecie jedynym puszczyk przyjacielem –)
Czasem patrzył na dziecię, co znowu z weselem
Śmiało się, choć by miało na oczętach lśniące
On spokojny jak dziecię to na ręku ... drżące –
Lecz drżało z zimna – Więc skrzynię otworzył
I dobył z niej pożółkłe spruchniałe papiery,
Jeszcze w nie spojrzał – usta cicho na nie złożył,
Przed okiem jak diabełki migają litery,
A w każdej mu wybłyska świętość lub wspomnienie –
I niemo je podpalił – buchnęły płomienie,
I tak jeden po drugim palił swej dziecinie,
Bo trzęsła się od zimna w północnej godzinie –
I ogrzało się dziecię, zaśmiało radośnie,
Ku światu wyciągając dłonie jak ku wiośnie,

I patrzy jak po szybach wężykiem biegł płomień,
A w popicie biegunko tłum iskierek rośnie...
Lecz on utonął martwo w chaosie zapomnień,
Patrzył w niebo – tam chmurno i wicher na świecie –
Widząc, że dziecku ciepło, cieszył się jak dziecię.



PRZENOŚNIA.
(Z VICTORA HUGO.[99])

Zmierszch zapadał – wieczorem cichym, uroczystym,
Herman rzekł do mnie: Jakie wyznanie twej wiary?
Jaka zasada godłem twej duszy wieczystem?
Mów – czyliś sam dla siebie – olbrzymem twej miary?...
Jeźli twe pieśni nie są pianą świata marną,
Jeźli twe strofy nie są mgłą wyziewu parną,
Co na śmiecisku nicości
Wstaje i spada – w ciemności,
Jeżeliś nie jest duszą zwątpieniem schłoniętą,
Jakiż jest znak widomy wiary, co Ci świętą?...
Rozmyślaczu, co wiedziesz z postępu drogami,
Przecz się Bogu niemodlisz w kościele?
Lasami
Szliśmy obaj przy sobie, taką nocną ciszą,
W której słowa szmer listków – listki szmer słów słyszą –
Rzekłem mu: modlę się. – W jakiej modlisz się świątyni?
Spytał Herman, gdy jasną masz w twej duszy wiarę,
Jaki kapłan tam świętą modlitwy ofiarę,
I przy jakim ołtarzu, gdy się modlisz – czyni?...
Kościół?... błękitów sklepienie!
A kapłan – w tem niebios przestrzenie
Srebrnym buchnęły blaskiem – księżyc w pełni krasnej
Jak wielka, hostia wzniósł się na przestrzeni jasnej,
A w ciszy wszystko drżało – zwierz, drzewa, natura –
Rzekłem – wskazując niebo – co srebrzyła chmura,

Patrz! – błękit kościołem –
Bezbrzeżne jego sklepienie…
A dziś – ofiary – sam Bóg! apostołem –
Czołem!!!....
Oto podniesienie!... –



W GÓRACH.
PIELGRZYM.

Niech będzie pochwalony! Staruszko sędziwa,
Wyszliście na jagody?... ale czegoż chcecie?...
Że za mną krok za krokiem tak drogą idziecie?

STARUSZKA.

Chłopcze! niechcę jałmużny!... alem nieszczęśliwa…
Ot – wczoraj … pochowałam – jedynaka syna…
Tyś do niego podobny! To radość jedyna!...



SEN NAD RANEM.
(FANTAZYA.)

Jaskółeczko – Jaskółeczko!
Czego chcesz ptaszyno?
Co tak pukasz w okieneczko
Północną godziną?...
Czy Ci wicher zbił gniazdeczko,
Jaskółeczko!
Ptaszyno?...

JASKÓŁKA.

Ni mi wicher zbił pisklęta,
Ni mnie północ ziębi,
Bo tam w bluszczach śpią ptaszęta
W twoich kolumn głębi…
Chłopcze! lecę w świt poranka
Od lubej do Ciebie,
Snem żelaznym twa kochanka

Śpi … grom jej nie zbudzi –,
Jest tam – jest tam – dużo ludzi,
Ale niema ciebie…



TĘSKNOTA.
I.

Cisza w błękitach – kwiat pod rosą klęka
I psalm poranny skowronek wydzwania,
Już się ozwała żniwiarek piosenka
I z za Paraszki [100] twarz słońce odsłania...
O! wyście z sobą wszyscy w rozhoworze
Polski wy rzewne natchnione skowronki!
Jedne was wszędzie natchnień uczą zorze,
Wy Jutrzni dzwonki...
Tam wasi bracia nad Wisłą, Krakowem,
Nucą tak samo na cześć cudom boskim ,
I z wami pieśni rozmawiają słowem – :
A więc – powiedzcie skowronkom Krakowskim,
Że mi pęka serce!

II.

Szumi wiatr, szumi łanami zboża,
Jak falą morza....
A w zbożu rzewne, błękitne kwiatki,
Jak oczy smętnej dziewczyny
Z łzą ranną – jasną – bez winy
Bławatki!
I wyście z sobą w wonnym rozhoworze,
O kwiaty natury dziatki! ...
Woń waszą niesie wiatr gnący to zboże,
Więc gdy się kłosek pochyla nad kłoskiem,
Powiejcie wonią bławatkom Krakowskim,
Że mi pęka serce!...

III.

Wieczór zapada –
Słońce za górami
Ostatnim na świat kona spójrzeniem,
I ostatniemi już tarczy kręgami
Stacza się – przepada
Księżyca twarz blada
Matki wejrzeniem
Wstaje i mgły płaszcze białe
Tkane gwiazdami
Na błękity rozsnuwa ciche – i wspaniałe,
Nad błękitnemi stawu wstaje zwierciadłami,
Roztapiając ogromy półświateł blaskami...
Że świat się w wielkie massy srebrzy i rozpływa,
Jak rozrzewniony
Syn w boju raniony,
Który pod okiem matki dogorywa…
A ona biała w niemej boleści
Spojrzy – bladą twarz odsłoni
I zasłoni –
I za chmurą przepada, wędrowiec bez wieści...
I szumią lipy – szepczą topole,
Orzeł na gniazdo płynie cichym lotem,
Rosą opada już faliste pole,
Zatlała gwiazda pod niebios namiotem,
A przy dębie – w cmętarza głębi
Kolumna biała
Wpośród grusz dzikich stoi w białości gołębiej,
Jak dusza, co przeżyła wszystko co kochała...
A dzwon wieczorny jęczy po rosie
I leci – w wędrownym głosie,
Roznosi pokój, tej ziemi
Skrzydły muzyki cichemi –
Aż się kwiaty zapłakały
Aż się drzewa rozszumiały,
I ozwał się świat wieczorny
Jako jeden psalm nieszporny,

Liści, fal i ptasząt chórem,
Którym dzwon tem wtórem…
Trzody ryczą, kroczą, dzwonią
I fujarki piosnkę ronią,
Ptastwo ciągnie z sennym gwarem
Kwili czajka nad szuwarem,
Słup komarów cicho brzęczy,
A gdzieś w trzcinach bąk tam jęczy,
Głuchym z ciszą cała sporem,
Korowodzi z żabek chórem,
Którym chruściel odpowiada,
Gdzieś już z gniazda bocian gada –
Jakaś piosnka zdali płynie
I przepada w mgieł dolinie…
Sowa skrzydłem załopocze
I niedoperz zamigocze – –
Za pierwszym – wszystkie o mroku godzinie
W hymn jednej arfy ozwały się dzwony,
Z jednej, dzwon Rychcic [101] odpowiedział strony,
Ku Drohobyczy i ku Truskawcowi
Aż skonał jękiem, wierny Uryczowi…
Dalej dzwon Liszni i dzwone Śniatynki, [102]
Jak gdyby starej cerkwi Ukrainki…
Od tamtej strony
To Rolowa dzwony
I od Litynii, i Dobrówlan wzgórza,
Falistym łanem, nito ciszą morza
Z opar – Medynic, Chorążan łanami
Ku Kołodrubom płyną Buczałami
I morzem łąk!... aż z Lwowskim świętym Jurem
Konają – zlane harmonijnym chórem;…
Tak co wieczora całej Polski dzwonów
Głosy, z nad Niemna, Dniepru, Bohu, Wisły
Sanu i Dniestru – aż do Boga tronów
Płyną – i wspólnym konają odgłosem
Tam rozżalone nad narodu losem…
Aż zapłakane gwiazdy – łzami błysły!...
O wy, co po całej ziemi

Z sobą rozmawiacie,
Podźwięki smutnemi
Za sobą wzlatacie,
Jak tęskne anioły,
Jak smętne sokoły,
O dzwony! o dzwony! mdlejące rzewne!
Głosami wspomnień – nadzieji śpiewne,
Gdy fala wiatru nad Wisłę poniesie
Dźwięk wasz w Zwierzyńca, w topól cichym lesie,
W lip nadwiślańskich utuli konarach,
Co jak sztandary szumią o sztandarach,
Tych lip monarchiń! najmilszych, w wspomnieniu
Mem nieśmiertelnych, przeciw gromów grzmieniu,
O dźwiękiem jasnym – konając, o boskim,
Powiedzcie dzwonom ode mnie Krakowskim,
Że mi pęka serce!...



SPALONA CHATA.
(SZKIC PODRÓŻNY.)

O bełku ty czarny, co w węgel przepalon, nad chaty
Gruzami sam stoisz; jak wielka myśl w wieku skarlałym,
O! bujnie ty niegdyś przez lata szumiałeś wesołe
Na górach wyniosłych, co wiosnę, swe skronie, zieleniąc
W liść dębu zielony, zachody, i wschody tyś słońca
I wiosnę radości dreszczami pozdrawiał, i burzy
Twą dumną nadstawiał koronę, gdzie orzeł miał gniazdo – –
Aż topór podrąbał twe stopy – i drzewo szumiące
Upadłe w grzmot głuchy, Cezara, upadkiem, w naturze,
Ociosał, w belek, czworograniasty, porządny,
I chaty podporą, postawił Cię rębacz, twój w pracy –
I byłeś rozkoszy rodzinnych tu świadkiem, w cichości,
I smutków, co wiejskich pokoleń, piastuje trud,
U ognisk domowych siedzący z włościany od Piasta!
Ognisko cielęciem czerwonem, swą krowę zczerniałą liżącem, [103]

Wzrosło i zerwało się z wichrem, północy szalonej,
I przeszło swój komin, rozlanych, potokiem płomieni ,
I strzechę objęło namiętnem – piekielnem – objęciem,
A w ogniu, w kołysce tam śniło niemowle och!... ciche,
I patrząc śmiejące na ładne nad sobą płomienie
Zgorzało!... duszyczka gołąbkiem furknęła w błękity,
A chata zapadła się w sobie, z łoskotem ognistym
I dymu warkocze rozwiała – aż w niebo sinawe ,
Że sosny na piaskach nad rykiem się matki żaliły
I czajki po chmurach swe jęki rozniosły postronne – –
Tyś został o bełku żałobny – przepalon – ostatni !...
I w popiół rozniosą cię wichry, a popiół użyźni
Zielonych łąk i pól niwy szumiące – i będziesz
Znów szumiał harmonią w łzach rosy, wiosenną, wesołą,
I witał wschód słońca i zachód – spokojny – w bezkońcu
Natury, co matką przygarnia i tylko przestraja...
Lecz czemuż pod tobą tak wyje żałośnie pies wierny,
Żałośniej na przecz, przez głowa, opadła, samotna
Przechodnia poety? ............



DO P. R.

Gdym za skowronkiem wyszedł orać rolę,
Tyś mi do pługa pomógł zaprządz woły,
Później, przyniosłeś ziarno ze stodoły,
Powyrzucawszy mozolnie kąkole –
Ze mną dźwigałeś wór pełny nasienia,
Z którego ziarno rzucałem garściami,
A wieczór, patrząc razem w gwiazd sklepienia,
Nieraz otuchyś dodał – pod gwiazdami...
Tak było długo – za bratnią pomocą,
A raczej sercem chętnem mi bogaty,
Zagon skończyłem – czy przyszłemi laty
Ja zbierać będę?... ach a mnież to po co ?...
Ktoś mi. powiedział, że tu wieszcza siła,
I summa natchnień – to krzyż i mogiła –
Więc jeźli żniwa nieujrzę – ty bracie,
Pomyśl, że Ci dziękuję – w innej szacie…



ARTYŚCIE IDĄCEMU W ŚWIAT.
(DO M. GR.)

Kurz ist der Schmerz und ewig ist die Freude. [104]
F. SCHILLER.


Idź młody druhu! Z natchnienia tęsknotą,
I śpiewaj światu nieśmiertelną duszą,
A pieśni niechaj Ci wieniec oplotą,
Co Ci da tryumf nad życia katuszą…
Gdyby szły na Cię żmije Laokoona
Ten wieniec uśpi je – i ból twój skona!...
A z śmierci węży tęczą pieśń powstanie,
Którą skowronków wita psalmowanie –
Chciałbym za tobą me błogosławieństwo
Rzucić, jak ziarno, by się rozpleniło,
Pomnij!... że co nam gawiedź za szaleństwo
Poczyta – to nam ducha ubóztwiło!...
Że nad artystę niema świat tytułu –
(Chyba wybawca Ojczyzny od wroga)
Ach! Bo artysta to poemat Boga!...
Dokąd kapłaństwem mu piękność – wśród mółu!
«I żyć to walczyć!» rzekł mi raz mistrz drogi,
«Koleją – takiej, czy owakiej drogi» –
Więc duch twój będzie, z Ojców bożą wiarą
Co wiecznie młodą – choć jak świat prastarą,
Jak morska burza – pełna groźnym Bogiem
A zakończona – tęczy epilogiem!



SONETY TATRZAŃSKIE.

(POŚWIĘCONE RODZINIE GÓRALI.)



WIDOK Z GÓRY MOGILAŃSKIEJ.

Spinam się już ku Tatrom pierwszą wzgórków falą,
Przede mną grzbiet Bezkidów, gruzy Lanckorony,
A za mną niknie Kraków we mgłach ozłocony,
Ostatniemi promieniami, co się w Wiśle palą!...
Świątynie i mogiły! sieroty przeszłości!
Żegnam was! idę, kędy głazy nad otchłanie
Pną się ku chmurom niebios, borami owiane,
A z czoła grzmią pianami po mchów zieloności!
Nikniecie mi wieżyce, we mgłach oddalenia,
Waszych dzwonów wieczorne jeszcze słyszę brzmienia,
Odbite w tęsknej duszy zasłuchanym łonie —
W tatry! żegnaj Krakowie! Za tobą drżą dłonie!
Tak orzeł z gniazda lecąc ciszę w krzyk zamienia —
Witajcie światy ssące wielkość, z chmur sklepienia!



BEZKIDY.

Wzrokiem objąłem łańcuch modry jak niebiosa —
Co wzdyma grzbiet wypukły, ni potopu fale
Zacięte w bryły lodu w dzikim burzy szale,
Nad niemi trzemieli tylko sosna ostrowłosa...

Tam cudna Babia góra! to Bezkidów ksieni!...
Gdy czoło chmur kapturem zakwefi nad siołem![105]
W tatrach, Mnich już pioruny odgrzmiewa swem czołem.
Łamią się jasne blaski słonecznych promieni,
Pędzą chmury, błyskawic ziejące łunami,
Jak gdyby aniołowie ze swemi trąbami
Na sąd ostatni wiejąc, ciskali gromami!...
O modra Babia góro! chrobre serce twoje!
Z pod niego tryska Wisła — i zatacza zdroje
Tam! pod Kraków —
Krakowie! poświęć pieśni moje!



DOLINA RABY (w nocy).

Mrok szary opadł szczyty i otulił mgłami
Biodra sennych olbrzymów co Tatrów strażnicą,
W głośny płacz rozełkaną, z skał bieży dziewicą,
Tęskna Raba, od źródła walcząca z skałami...
Nad górami błękity... bez chmurki — bez końca!
Anioł zapala gwiazdy nad ziemi namiotem,
Księżyc w pełni z za skały wyjrzał licem złotem
Kość ziemię spaloną promieniami słońca!...
Złote strumienie z głazów spadają pianami
Zdrój za źródłem płaczący w gór zakrętach ginie,
Milczą lasy — i skały okwefione mgłami —
A wśród nich jak pomiędzy świata mogiłami
Anioł ciszy siadł dumać w anielskiej dolinie —
Nocy święta! balsamie po nocach cierpienia,
Tu fala walczy z głazem — jako prąd natchnienia!



CMĘTARZ BAŃKÓWKI (pod Szaflarami.)

Gwiazdo młodości ludów! gdzie jesteś?... czy życie
Skarlało już, że smętna nurzasz się w ciemności?
Czy narody posnęły, a snem nikczemności
Że promieni niegodne twych, już, Boże dziecię?!

Dumając o twym locie, potrącam o głazy
O kościołki stawiania Opryszków — o ludu,
Czaszki śnieżne jak serce jego pełne cudu!
Lud — to w pustyni świata, ostatnie oazy...
Z nich młode życie tryska na przestwór tej puszczy
Wonne, jak te mogiły dzikie, smętarzyska —
Jak tu cicho — anielsko!... z dala od ich tłuszczy,
Nad smętarzem tym wzlata jako tchnienie boże,
Wonny powiew wieczoru, co w przedburzy błyska,
A tam jak wieścią gminną, szumi w sosen borze!...



NOWOTARSKA DOLINA.

I.

Między Bezkid a Tatry, w rozległej dolinie
Jak młody góral, co legł nad rodzinnym zdrojem,
Nowy Targ się rozłożył, chat drewnianych strojem,
Ginie już Babia góra, cały Bezkid ginie!...
Biały Dunajec z Czarnym, [106] jak dwie dusze młode
Tu się zlały, i pędzą z zapałem młodości,
Choć odległe ich źródła jeden cel w przyszłości,
A okiem czytam na dnie przez fal modrą wodę...
Dalej! dalej wędrowcze! tam wstaje przed tobą
Nowy świat!... czy świątynia — to z kopuł milionem,
Co w śnieżne piramidy, tęsknią za gwiazd tronem,
I za słońcem, ssąc chmury, kwefią się żałobą?...
Ha! czy to mur Tytanów na Jowisza wroga?...
Polska duszo! to Tatry —
Arcydzieło — Boga!...


II.

Parz ten chaos!... jak wielki pożar całej ziemi
Skamieniały od razu, w granity bez miary,
Pną się czubami szczytów — jak Babelu mary,
Zdrój światła je oblewa, strugi srebrzystemi...

Tam szeregiem za sobą — bieżą lekkie białe,
Jak gdyby się już chciały oderwać od ziemi,
A Łomnica[107] królowa hetmani nad niemi,
W wieńcu chmur i piorunów ma czoło zsiwiałe!...
Tam Murań się wychyla z swych wirchów[108] drużyną,
Na błękitach się śnieżne prześcigają szczyty,
Pierś ich jęczy borami, z serc ich zdroje płyną,
Aż w górze naga skała rozdziera błękity!...
I piorun im koroną — na echa miliony,
Bo na ziemi dla skroni ich — nie ma korony!...



BIAŁY DUNAJEC.

Bądź pozdrowione dziecię gór, zaklęte szałem!
Kiedy burze zatrzęsą Tatrów posadami,
Ty pierwszy srebrnej grzywy powstajesz pianami,
I brył massy porywasz młodzieńczym zapałem!...
A kiedy mgły przywalą sinych turni czoła,
Wśród letargu natury, ty jeden nieśpiący,
W świątyni Tatarów jak głos wieszcza wołający
Do ludów, co zwątpiły o wiary anioła!...
Hej Dunajcu! szaleńcze!... co z młodzieńczą siłą
Marzysz, szarpiesz się naprzód! kędy prąd Cię goni,
Tyś czysty — jak łza Polki poświęcenia siłą,
Spłakana na sprzysięgłej bratnich druhów dłoni!
Tak lud co nad swych dziejów skajdanion mogiłą
Szemrze długo — lecz biada! gdy się dorwie broni!...



DROGA NA GEWONT.
(PRZEZ KONDRATOWĄ.)

Koń mój jak dzika koza po głazach się spina,
Choć kipią pod kopytem górskich zdrojów piany,
Dyszą gardła przepaści, w mchów zielone ściany
Odziane skały rosną, gdzie gromów dziedzina!...

Tu otchłań i tam otchłań! dalej przez wąwozy!...
Z brył na bryły koń stąpa lasów ciemnicami,
Ozwały się szczekania! z owczemi dzwonkami
To szałas — ! spoczniem — tutaj pasą owce, kozy...
Z desek zbity wśród jodeł — tu legniem znużeni!
Tam echo niesie w błękit pasterek piosenki,
Co jak pieśni aniołów po chmurach konają,
To ulatują w dół... po skałach się wieszają
I znów płyną nad dzwonków nieme, głuche dźwięki!...
Echo ich z szumem lasu płynie przez rozdroże,
Tych śpiewów się odsłuchać nie mogłem o Boże!...



GEWONT PRZED BURZĄ.

Chmury u stóp twych płyną o pielgrzymie młody,
Za chwilę trysną gromy błyskawic gromadą —
Gewont rozwarł swą paszczę [109] przed dziką biesiadą,
Już chmury pędzą, tłumiąc się dziko jak trzody...
Za chwilę wstanie burza ziejąca łunami
Gewont dziko zaryczy z paszcz swych głębokości,
Zgraja wichrów zatrzęsie wiankiem zieloności
Co mu u stóp natura oplotła lasami...
Lecz przeleci ptak burzy, dziki, czarno chmury,
Modry Gewont wyjaśni w niebie sine czoło,
Wróci muzyka źródeł co grają w około...
I będzie cicho w Tatrach, i orłom wesoło —
Kiedzyż minie pielgrzymie dziki i ponury,
Burza, co skrzydeł ducha twego miota piory...



GEWONT PO BURZY.

Cisza — cudna i boska! słońce ze skał szczytu
Słania głowę konając — łamie swe promienie —
Zgasło!... zdrój purpurowy rozlał się w przestrzenie
Pierwsza gwiazda wieczorna zadrżała z błękitu...

Milczą lasy — i skały mchem wieków brodate,
Lecz Gewont niesyt jak lew skamieniały,
Zada się ryczeć o pomstę choć gromy przebrzmiały —
Szeroko rozwarł turnie[110] wiekami garbate...
Tylko zdroje w dolinach ... i fujarki płaczą,
Tylko orły za słońcem po urwiskach kraczą,
Noc podnosi ku gwiazdom mglisty płaszcz w żałobie...
Pielgrzymie! taka cisza kędyż będzie tobie...
Co życie błogosławisz przekleństwa rozpaczą?...


ORZEŁ (przelatując).

Życie snem — cisza zbudzeń — w grobie! w grobie! w grobie!



DROGA Z GEWONTU (przez małą łąkę ku Zakopanemu).

I.

Z góry stąpam śladami w głazach żłobionemi,
Śmiertelnemi jak progi śnieżnego Zawratu,
Już rosną Kozodrzewy, różowego kwiatu
Moc kwitnie pod perłami, rosy srebrzystemi...
Nagle pojrzę... las uschły!... to szkieletów państwo!...
Podarte, popruchniałe stoją dzikie drzewa,
Tu wśród śmiertelnej ciszy smutne ptaszę śpiewa...
Tu dałbym cmętarz sercom co życia kapłaństwo
Straciły, tracąc miłość którą się otruły...
Chociaż kochać umiały — i za wielu czuły!
W dali Pyszna!... Smereczyn stawek w świerków tłumie,
I już w zachodzie słońca widzę kościelisko,
Jak miło się zadumać przy Dunajca szumie...
Chodźmy bo idzie burza — a szałas nieblizko!...


II.

Krok tylko do otchłani!... pojrzę w dół oczyma,
Mijamy małej łączki cudze aksamity...
Znowu w górę ... małego[111] Gewontu to szczyty,
Co ma Ojca swojego, pogląda olbrzyma!

Pchnijmy bryłę!... co drzymie tu od lat tysiąca!...
Rusza się... w dół rozpędza... chyżej! coraz chyżej!...
Grzmi po skalach, obrywa bryły... coraz wyżej
Podskakuje szalona!... co spotka — roztrąca!
Jak idea z przemocy gwałtem się rodząca!..
Pędzi! grzmi jak urragan — ale już pęka w sobie —
Szaleje — i w kawały bryzga już piana...
Szczątki jej w szczątki lecą — rwą głazy po sobie,
I grzmią w dół jak szatanów spadła karawana...
Tak wielkie serce w odmęt świata rozpędzone
Pęka — kiedy natrafia — natury spodlone...



ZAKOPANE.

Jak Tatrów pierś rozległa w tej dzikiej dolinie!
Nad nią zwiesił się Gewont olbrzymim snem wieków,
Z nad niego błyskawice ogniem swych powieków
Gonią w przestrzeń, gdzie Biały Dunajec z skał płynie!
Brzegiem jego gdy idę, witam ten kościołek
Drewniany[112] — pełen śpiewu jak ul brzęku pszczółek,
Wonny wonią modlitwy, wzniósł pokorne czoło!...
Dalej gwiazdy po skałach chaty pną się w koło,
Tam na wzgórzu Krzeptówka!... o fujarki grajcie!...
Trąbacz[113] szczeka!... powracam! kochani witajcie!
O dolino urocza! z drzew i zdrojów szumem
Zaludniłem twą przestrzeń wspomnień moich tłumem!
Jak odzew leśny, który nad kwiaty przewiewa,
Dokąd im serce wtórą zwrotką nieodśpiewa!...



JUCHASY.[114]

I.

A czy znasz — ty Juchasa, to dziecko natury,
Piękne lica jak senne widzenie malarza,

Z chmurą włosów i orlem okiem co odtwarza
Swobodę młodej duszy, dziką jak te góry...[115]
W szałasie stary Baca[116] gajduje,[117] króluje,
A juchasy śpiewają, skaczą i słuchają.
W koło Bace wieczorem przy ogniu siadają,
A pieśniom ich zdrój dziki trzód dzwonek wtóruje —
«Tak pędzi dobry Jezus swe trzódki do nieba!»
Śpiewa młode pachole, z swobodą na czole
I gna przed sobą owce, bo skał jemu trzeba!...
Im gdy smutny fujarki swej głosem wypłacze
Duszę!... a kiedy wesół, to po wirchach skacze,
Kędy drży dzika koza — i sam orzeł kracze!...


II.

Patrzcie! płonie ognisko... Juchasy do koła
Siedzą, leżą i ostrzą kosy, w koło skały...
A przy nich drzymie duży pies jak mleko biały...
Przechodzi górska burza, jaśnieją skał czoła,
Tam już szumią potoki wezbrane przez hole [118]
Oj! tak z gór pędzi Juchas, ptaszę nieuczone
Bez nich uśnie, jak wody rybki pozbawione —
Wolę go — jak czarowne Indyjskie pacholę...
I patrząc na tę garstkę przy bratniej wieczerzy,
Zdało mi się, że widzę Betleem pasterzy —
Którym anioł zwiastował, że już słowo ciałem!...
O! i wam kiedyś może ludu mój ubogi
Błyśnie anioł zwiastować skrzydłem swojem białem,
Że wyostrzył pioruny Pan na swoje drogi!...


III.

W rozpędzie dzika koza na wodospad sadzi,
Gdy otchłań przeskakuje — tuż nad nią się waży

By spaść Karpacki orzeł — !
A Juhas na straży
Zmierzył — palnął! krzyknęli Juhasowie radzi!
Od jednej kuli orzeł zwinął się — i runął
Bijąc skrzydłami, jako gwiazda spadająca,
A od drugiej — już koza zdrój przeskakująca
Padła... i zfarbowany potok na nią lunął...
«A któż was tak wyuczył mój bracie Juhasie?»
«Ojciec co na Wiśniczu hen! chudzina dysze!»
«Z Chochołowa[119] go wzięli!»
«A gdyby też w czasie
«Stanęło Polskie wojsko?... szlibyście na wroga?»
«Z ciupagi[120] i flintami!... Jak dla Pana Boga!»
«Dajże mi pióro z orła!»
«Ja to krwią zapiszę...»



JUCHASOWA PIOSENKA.

Goni Juhas goni,
Strzyżki[121] starą pyrcią[122]
Tylko dzwonki zbyrczą,[123]
Goni juhas goni!...
Do strzyżek się biały
Baranek nawinął,
Gdzieś z chmurki wypłynął
Baranek on biały!...
I stado za sobą
Wodzi gdzie z żałobą
Już chmury na turniach się kładły o zorzy!
A Juhas się trwoży,
Świat widzi pod sobą —
Już w niebie!... a był to baranek o! boży!...



GROTY MAGÓRY.
(NAD ZAKOPANEM.)

To świątynia, gdzie Bóg dał plan architektury —
Wyżej! wyżej pochodznie!... przed nami załomy
Sklepień stalaktytowych i ciemnic pogromy
A w głębi odgłos kroków gubi się ponury!
Państwo głazów!... jak widma szkieletów bez końca,
Stojących w katakumbie — a łzy ich w ciemności
Z wilgotnych sklepień dzwonią w śmiertelnej cichości!...
Płaczą — bo niewidziany nigdy twarzy słońca —
Tu dla zbrodni tyranów szatan stworzył nory!...
Tutaj ssą piersi Furyi, nim wyjdą z ciemnicy
Takie zapewne serce Cara! kiedy chory
Oddaje czarną duszę pomiędzy potwory!...
Tutaj kiedy zabłądzi promień błyskawicy
Drga… łamie się… i kona w przestworzach ciemnicy!...



ŻELAZNE BRONY[124]
(PRZY ZAKOPANEM.)

Witaj mi mój najmilszy wąwozie wspaniały!
Prawnuczę Kościeliska! bramo do Tatr świata —
Jak wież gotyckich igły — bluszcz tarnie oplata,
Na skałach świat potworów w locie skamieniały!
Środkiem poobrywane bryły nad bryłami,
Po mchów ich aksamicie pędzi zdrój spieniony,
Spada z stopnia na stopień cały zbłękitniony,
Grając ciągłą harmonią szklanych fal dźwiękami…
Tam! w dali widzę tęczy nad lasami lśnienie,
Którejby niezaklęta Ruisdala źrenica!
Tęczo, ty mi wspominasz moich lasów cienie,
I dolinę, gdzie cicha nuciła dziewica!...
Serce jej było czystsze niż górska krynica
A dusza jak ty tęczo!... o płyńcie strumienie!...



LIST DO MIECZ.  R*.

Błogosławione ptaszę, co się budząc z rana
Przed słońcem, już zroszoną powita jutrzenkę,
I jaskółczą wesoło poczyna piosenkę,
Ale nie wie o pieśni, choć śpiewa: Hoznana!...
I nie wiem, co Ci więcej o mem życiu powiem:
Żyję w chacie gdzie gazda, dzieci i gaździna
Są mi czem przenajświętsza malarzom rodzina
W prostocie, której skrzydła nie ciężą ołowiem!...
Od trzech dni słota… turnie mgłami przywalone
Z psem moim towarzyszem błądzę godzinami,
I spoczywam w szałasach miedzy Juchasami —
Wkrótce obaczę Morskie oko rozjaśnione!...
Przy chacie słyszę owiec jednostajne dzwonki
Którem polubił… w oknie przędą mi pająki...[125]


LIST DO  M. T*.

Gdybym mógł, moja droga, biedne moje pióro
Zmienić w pędzel Calama, przesłałbym Ci — Tatry!
A tak, tylko Sonety — z skał na cztery wiatry
Jak garść liści z lecącą posyłam Ci chmurą!...
O! nieraz ze łzą w oku, gdy wśród tych ogromów
Myślę, jak twój ołówek zakreśla kontury,
Żal mi, ze znasz przeczuciem tylko nasze góry,
Żeś nie ze mną, wśród Boga myśli, tych odłomów…
(Tu o mnie wspomniej kiedyś... w ranek chmurny, mglisty)
Tu prawdę nam jedynie Głowacki skopiował,
I pędzel jego, Tatry tęgo slabizował,[126]
Choć nie czytał. Jak przyszły kiedyś mistrz ojczysty —
Z głazów, którymi walą u nas w piersi artysty,
Wstanie kościół piękności — wielki — jasny — czysty...



DROGA DO MORSKIEGO OKA.
PRZEZ BUKOWINĘ.
I.

Za mną Gewont skał książę w swoich chmur koronie
Znika we mgłach oddali otoczon skałami,
Jak lwia paszcza rozdarta Samsona pięściami,
Tam wstają nowe szczyty nad błękitów tonie!...
Piętrzy się wielki Murań dziki i ponury —
Nad nim schyla się słońce spadając za góry —
A on rośnie w ogromy — straszny i wspaniały
Cały błękitem niebios odziany w płaszcz chwały…
Muraniu! modra góro! skąd ponurość tobie?...
Zdroje grają Ci u stóp — słońce szczyt wspaniały
Całuje promieniami — i karleją skały...
Czy tęsknisz za Łomnicą kochanką w żałobie!
Żeś ostrą skronią szat swych poszarpał obłoki?...
Nie! ty pragniesz piorunu wśród ciszy głębokiej!...


II.

Tam po turniach się pasą w słońcu owce białe,
I w górnych mgłach zaleją jak motyle drżące,
W tem dziad! dziad[127]
Wrzasnął Juhas i owce dzwoniące
Jak kropelki kaskady bryznęły na skałę…
Górale jak pająki drapią się ku górze,
Białe psy się ozwały głośnem ujadaniem,
I umknął bury niedźwiedź.
A tam pod Krywaniem
Czy to się gniazdo orła czerni między zorze?
Tam — wysoko! to szałas przewodnika mego —
Młoda góralka dziecię tuli tam śmiejące,
Góral wiotki jak sokół, rumiany jak słońce
Gniazdo swoje umieścił wyżej od orlego —
Choć nędza nieraz zajrzy ślepiami sowiemi,
Jeźli gdzie, to tam jeszcze jest szczęście na ziemi...



MORSKIE OKO.
I.

Coraz to więcej skały ścieśniają ścian biodra,
Czarna dzicz, naga — i ponura coraz bardziej,
Ciasno, duszno — pod górę, góry coraz bardziej
Leżą na drodze — nagle —
Błysła szyba modra!...
Rozsunęły się skały, w około granity —
Czy to kształty szatanów, co z niebios leciały
Strącone, i tu w bryły modre skamieniały?...
O nie! bo niebo cichych fal pieści błękity —
Jest chwila, gdzie w naturze święto — jak w kościele,
Grają zdroje i drzewa, milkną burzy szały,
A cisza po niebiesiech gwiazdy swoje ściele...
Morskie oko, to Tatrów dusza zwierciadlana —
Patrzcie! teraz jest taka chwila!...
Na kolana!...


II.

Polsko! kto twych piękności niezaznał przed grobem,
A inny świat zachwytu młodem wciągnął tchnieniem,
Jest jak poganin dumny swej siły istnieniem,
Co nieczuł gwiazdy świata wstającej nad globem…
Bo piękność reszty ziemi — a ty śpiąca jeszcze
To Wenus marmurowa, przy boskiej Madonnie,
Co stoi matką wieków nad światy obronnie,
W szaty nieśmiertelności strojąc duchy wieszcze!
Tam — akkordy chaosu — piękny kształt bez treści,
A ty cicha, dziewicza, jeszcze niepoznana,
Budzisz się w grotach ojców wołając Hozanna!
Jak słowo, co się w ciało przetwarza w boleści —
Zdrowaś! wstająca z martwych Polsko Chrystusowa!
U czoła z Duchem Świętym — Ery — Polsko nowa!...


III.

Z nad skał błękit jak Boga pierś rozwarta światu,
Morskie oko w anielstwa zatonęło ciszę,

A nad niem w niebiosach orzeł się kołysze,
I natura w ogromie swego majestatu!...
Przeciw słońcu, Granitów mur! gruzy Babelu!...
Rosną tęsknotą w błękit bez końca, i końca,
A po nich całowane promieniami słońca
Jak lud co nad otchłanie bez steru i celu,
Piany czarnego stawu w przepaść lecą grzmiące
A w środku Modre oko — ciche tęczujące
To zwierciadło aniołów, gwiazd i słońca twarzy!
Lecz kiedy rykną chmury na tych szczytach śpiące,
I piorun czoło Mnicha[128] swym wieńcem rozżarzy:
Trąba anioła!... światy na sąd powstające!...


IV.

Płyńmy! płyńmy! już stoim na przejrzystej toni —
Za nami brzeg skalisty chmurą błękitnieje,
Cicho pomyka tratwa — a głębia czernieje,
I ogromy kołyszą się cieniem tych błoni…
O świątynio natury, kto myślą młodości
Niezaduma się w tobie, ma tylko pół duszy!
Duch szaleje pięknością! i piekło niezgłuszy
Głosu, co śpiewa w piersi — o nieśmiertelności!...
Stójmy!... o ciszo wielka! wśród olbrzymich tworów —
Tonę źrenicą w świat ten bez słów, i bez wzorów,
Morze światła trysnęło z eterów bez chmury,
Czarne skały na lila zmieniają swe czoła,
W falach zagrał promienia blask, odstrzelon z góry,
To wschód słońca!... jak promień w ciemnicy kościoła!...


V.
MORSKIE OKO  (w nocy).

Czy to słowa Jehowy, pomście poświęcone
Śpią w bryłach, aż je świata burzyciel ożywi?
Nad ich ścianami błękit światło nowiu żywi,
I milionami gwiazd sklepienia zawieszone!...

Skały na fale w ciszy rzuciły swe cienie,
Jezioro jak miłości głębia niezmierzona
Nad niem w cieniach postacie grozy Laokoona,
Prometeuszów kształty zaklęte w kamienie…
Lampą grobów piramid zawisł księżyc blady,
Tam! tam! pod czarnym stawem kiedyś w skałach kute
Będą groby dla wieszczów Polski Zmartwychwstałej, —
Kaskada zamknie otwór tej groty wspaniałej,
W której zawiśnie arfa nad lutnie Hellady,
A Polska strun jej dotknie... na znajomą nutę!...


VI.

I w milczeniu północnym … co rok w te ciemności
Jasny anioł z obłoków ku tym skalom spłynie,
Uchyliwszy zasłony wód, co ścianą płynie,
Trąci arfę, by śpiewać hymn męczeństw ludzkości!...
I staną zasłuchane planet kołowroty,
A dziejów głos odpowie, że drgną skał posady,
I znowu ścianą spadnie zasłona kaskady
Grzmotem sprawiedliwości i Boga tęsknoty!...
I Nemea wśród afer wszech świata się ozowie,
A w ciemność runą starzy, przeklęci bogowie,
Na gruzach pagód fałszu, po szkieletów stosach
Polonez duchów świata zabrzmi w ludów głosach,
I zatrzęsą się kości tych, co rozpaczają,
Czując, że wszystkie ludy w Bogu zmartwychwstają!...


VII.
BURZA W MORSKIEM OKU.

Ha! ten ryk! czy szatanów starły się plemiona
I w wściekłości na siebie miotają skałami?...
Wichry rozczochranymi szarpią sosn grzywami,
Co przeciw nim podniosły konarów ramiona…
Grzmot rodzi tysiąc grzmotów, co rozgrzmiane w górze,
Rozdarte po otchłaniach głucho się staczają,
Jak gdyby wszystkie działa — dzwony ziemi, zgrają
Wrzasły — o jednej chwili w spiekielnionym chórze!

Fale wstają górami i taranią w skały
Bryły toczą ze szczytów piorunowem echem —
Chmury rozplotły warkocz — dwa światy związały…
W tem — z burzy trysnęła tęcza! —
Chmury z toń oddechem
Grzmiąc dziko uciekają... już cisza dokoła —
Milknie groza szatańska — kolej na anioła!...


VIII.

Coraz rzadziej grzmot ryknie, rozgrzmiany po górach,
Po turniach huczą piany wezbrane potoku...
O! kto raz widział lica burzy w Morskiem oku,
Nic więcej nieobaczy — chyba Boga w chmurach!...
To głosy Jehowiczne, co z Sinaju grzmiały —
Bo gdy piorun roztrzaska i oberwie skałę,
Co wali się z swych szczytów w bezdni piany białe
Człowiek — przeczuwa Boga — wieczności gmach cały!...
Po chwili — znowu jasno — cichy szafir toni
Odbił w swem licu niebo... przez niknące chmury
Słońce wyjrzało złote, i na ziół milionach
Złoci brylanty rosy, z hojnej burzy dłoni —
Tajemnie znowu milczą turnie na swych tronach
Poglądając w otchłanie i fal świat ponury...



PIĘĆ STAWÓW.
(ZE SZCZYTÓW SKAŁ ROZTOKI NAD SIKLAWĄ.)

I.

Po gruzach gruzów skalnych stąpam od Roztoki —
U stóp mych się rozsiały wszystkie czary ziemi,
Bory — w dolinach nitki zdrojów, z skały swemi —
W dali niebieski Bezkid kryje się w obłoki...
Tu acz droga nużąca jak droga żywota
Masz widok, jakim szatan kusił zbawiciela
Cudem cudów — arcydzieł — harmonii wesela!
A w tem pojrzysz za siebie — tam? Tatrów Golgota!
Staje ci przed oczyma szereg wirchów dziki,

Jak amfiteatr świata[129] bez życia, bez śpiewu,
Środkiem przestrzeń martwoty — świat głazów — świat dziwu!
A nad głazami krążą orły pustelniki —
To przestwór pięciu stawów — Stygijskie chodniki!...


II.

Dzicz! i bryły na bryłach chaosem ciśnione
Wzdłuż i w szerz się rozlega — a środkiem przestrzeni,
Pięć stawów w głazach szklą się zwierciadły ciemnemi,
Milczą — tajemnie — w koło życia pozbawione!...
Tu mgieł wielkie królestwo! świat przerażający!
Jeden staw z drugim fale mimo głazów łączy
Aż wraz grzmią w otchłań, z szczytów Siklawy strącone!...
O Siklawo! w twe piany huczące, szalone
Milcząc pogląda pielgrzym — i rozmyśla — życie!...
Ono przegrzmi i runie — jak mgły rozpędzone —
Pielgrzym u piersi matki natury jak dziecię
Zmysły utopił w obraz jej — odbieżał ciała,
I duchem się rozemdlał w wszech świata rozkwicie!...
Słucha górala — niemy wśród twych skał — jak skała!...



GŁOS PRZEWODNIKA.

I.

Oj — dawne temu dzieje ja zbójniki tłumem
Napadły — i gór książę dał gardło wśród boju,
A odtąd mu pięć córek z matką w czarnym stroju
Wypłakały swe oczy — wody skarżą szumem!...
I wdowa poszła płakać między dzikie skały
I wypłakała oczy — toć tam: Morskie oko!
Siadła — gdzie dziś staw czarny szumi hen! wysoko,
Z łez jej wody — co w piany szumią warkocz biały!...
A pięć córek usiadło — ot tu — w tej dolinie
I każda skamieniała wypłakawszy oczy,

I stąd pięć stawów z których Siklawa się toczy,
I zbudzą się i wstaną — aż Siklawa spłynie!
A ten stawek najmniejszy — gdzie woda zczerniała
To najmłodsza siostra oczy wypłakała...


II.

A nieraz kiedy burza zahuczy rozgłosów,
Toć wstają po północy cienie nad wodami
I w koło białe siostry targane wichrami
Po głębinach pląsają z piosenką żałośną...
I hen![130] na Morskiem oku wieńcem białe koło
Zwija się — w falach dziopy[131] śpiewają sokole,
A każda ma gwiazdeczkę na bieluchnem czole
A kosy ich wiatr niesie jak chmury nad czoło!...
I wtenczas strach Juchasom, bo ciężka godzina,
W głąb porwie gdy rozkocha Juhasa dziewczyna,
Dziad[132] tuli się do jamy, pod kamień gadzina...
Aż Mnich[133] ciśnie kamieniem co pada z wysoka!
Wtenczas w głąb zapadają, cichnie toń głęboka,
Wchodzi miesiąc... i cicho u morskiego oka…



DROGA OD SIKLAWY ROZTOKĄ.

Tu — czy wpadła natura chwilą w obłąkanie?
Oberwanych skał sterczą z obu stron krawędzie,
We mchy, zioła, i puchy porosłe łabędzie!
Środkiem Białka roztacza zdrój między otchłanie. —
Tu tłumem trzmielą sosny prastare, zgrzybiałe,
Inne nad pian grzywami leżą powalone,
Pnie strzaskane piorunem, rozdarte, stoczone,
Dalej ostre opoki — i ziół lasy całe...
Kto was tak rzucił głazy zwieszone po Sobie?...
Czy Kyklopy z gór pchnęły po nich srebrne piany?

Dalej! tą drogą cudów! świat zaczarowany!
Las paproci — kraina duchów śni się tobie!
Giną grzmoty Siklawy, cud po cudzie wstaje,
I oku pijanemu odpocząć nie daje! — —



I.
MONOLOG PIELGRZYMA.

Wśród bez granic piękności na pierś spada głowa —
I świat się oka chmurzy, myśli w sobie giną,
Porwane prądem szału, jak kwiaty co płyną,
Rzucane niegdyś w strumień, gdzie cicha dąbrowa —
Za cóż wziąć tę tęsknotę co piekła iskrami
Wypaliła w sercu i pamięci rany?
Czy to jest piętno, którem duch napiętnowany
Wzbija się wśród piorunów boleści skrzydłami!...
Dziś z tęczami twych marzeń jeśliś marzyć zdolny,
Stąpasz po bujnej ziemi, choć smutny, lecz młody,
Swoboda pierś uskrzydla — i jak orzeł wolny
Niedbasz, że życie twoje leci prądem wody!...
Jutro — szkielet — i gruda ziemi na posłanie
Prócz czaski zgasłej lampy — co z Ciebie zostanie?...


II.

Niosę w sobie niepokój co mnie żre i pali,
Duch kulą u swej nogi, wlecze ciężar ciała,
Ciągłą walką zacięty, i trawiony, pała,
Choć dumny tylko matce naturze się żali!...
Przeczuciem oka duszy wśród ciemności kroczy,
Do jakiejś tajemniczej gwiazdy, co z daleka,
Świeci blaskiem wulkanu — i w ciemności ucieka,
I trawi młode serce, i żre ducha oczy!...
Czyż tęsknota za celem wielkim niewidomym
Wśród nędzy życia mrowisk, i letargów ducha
Pędzi ku nieśmiertelnym krainom wyśnionym?
Czyż w ciszy co wkoło mnie, tajemnicza, głucha,
Walki, klątwy, męczarnie — to krzyk w drodze życia
Orlicy, niewolnicy, duszy z ciał spowicia!...



KOŚCIELISKO.

I.

Wstąpiłem w świat zaklęty cudów i ogromu —
Wąwozy jak miast ruin kręcą się ulice
Górą masy piramid — przy których karlice
Tumy ziemi i gniazda człowieczego domu…
Środkiem pędzi Dunajec w pianach, rozhukany
Z brył na bryły się targa, wściekły i szalony,
A nad nim się z olbrzymów zwiesza świat złożony
W dwie arcydzieł, natury niebotyczne ściany!...
Tu, gdy duch twój znużony po zapasach świata,
Siądź, i dumaj w milczeniu chwile i godziny,
Tubyś chwilą przemarzył godzinami — lata,
I wstał siwy, choć siadłeś młody w zachwyceniu!
Tak drze się życie nasze przez głazów szczeliny,
Aż się stwórca odnowi — w stęsknionem stworzeniu!...


II.

Zrazu łąka falista jak morskie przestrzenie
Po jej kwiatach pod Upłaz[134] pędzą chyże fale,
Jaszczurzy się powierzchnia w przejrzystym krysztale,
Słońce zmienia w klejnoty podwodne kamienie!
O dolino anielska! najcudniejsza w świecie!
Kiedy okiem po tobie błądzi pielgrzym ziemi,
Ty mu kraje odtwarzasz obrazy rajskiemi,
Jakich już nienapotyka w tym świata szkielecie!...
Dalej idąc wstępuje w ciaśniejsze przestworza
Skał — co jako posady całych światów stoją,
To jak tumy z wieżami, to zamki co stroją
Korony baszt swych wieńce lasów, co z nad łoża
Muzyki fal Dunaja, szum swój łączą społem
Jak szatan co swe głosy chce łączyć z aniołem!


III.

O mówcie mi wy skały, wy zamczyska stare,
Szumem wichrów i chórem rozgrzmianych piorunów.

O naturze co siostrą ducha z pól piołunów,
I anielstwie niebosów co krwi dają czarę...
Czytam w tobie z zachwytem o natury księgo!..
W górze Zbójeckie[135] izby — Stoły — a tam — Sowa
Jak szatan skamieniały — dalej Trupia głowa
I Organy, grające milczenia potęgą!...
Kościelisko — to kościół najpierwszy na ziemi,
Co Bóg sobie zbudował wśród dzikiej natury,
A tu go chwalą lilie — orły, lasy, góry —
Fale — burza — i cisza z piosnki pastuszemi...
A kiedy burza zbudzi las do wichrów skory,
To w kościelisko Boże — prawią się nieszpory...


IV.

Grody całe zaklęte w głazy Tytaniczne,
Ogrom pod ogromniejszym Zina się ogromem
I tak w niebo się piętrzą kolosów rozłomem
Stolice duchów — burzy szczyty błyskawiczne...
O potęgo natury! tyś przerażająca!
Kiedy okiem potoczę po licach tej ziemi
Rozumiem Cię człowieczą łzą, tchnieńmi niememi,
Lecz i ty mnie rozumiesz wtedy — ty milcząca!
W tobie jest świat proroczy, co nieraz pytanie
Rozwiąże mękom ducha, bóstwa ideałem!...
Jak gruzy wielkich myśli głazy twe w zaranie
Śpiewają tu przez wieki milczeniem wspaniałem
Nad wszelkie głosy, wieczność! której tu niestanie
Pieśni śpiewać — lecz ją dośpiewa — Zmartwychwstanie!


V.

Kiedy w świecie twych urwisk stoję jak zaklęty,
Straszno mi przed ogromem twoim o naturo,
Lecz kiedy zgaśnie słońce — a księżyc nad górą
Jak łza twórcy zawiśnie, w ciemnościach poczęty...

Wtedy się kocham w tobie — i z miłością syna
Rzucam się na twe łono!... a twe czarne bryły —
Dumają we łzach cichych —
Wodospadów siły
Ciszej grają — ty mówisz do mnie — o! jedyna!...
Wtedy płaczę przed tobą — i piersi rozdzieram,
I najtajniejsze tajnie serca ci roztwieram,
A ty harmonią życia i gwiazd promieniami
Zapełniasz jedną duszę — wielkimi duchami
Co wstają we mgle dziejów — na szczyty je wzywasz —
Że się zrywam i w arfę biję! —
A ty śpiewasz!...


VI.

Pytam ludu — skał pytam, o tej chwili dzieje,
Kiedy górskie orlęta, broniące swą ziemię,
Spadły za swoich turni na Mongolskie plemię
Jak piorun co śpi długo w chmurach, aż zaśmieje
Się w pomsty śmiech!...
O — trwoga — !
Tam nad ogniskami
Mrowie czarnych potworów z małemi ślepiami
Wrzasku ciche doliny napełniły grzechem,
Co śmiech szatana, w sercach ludu brzmiał echem —
I z swych turni górale, z nożami, toporem
Rzucili się jak ślepi w przebój na tłum dziki,
I bój wrzał od południa — w noc — aż hordy krzyki
Jękły — a lud wziął górę nad szarańczym tworem
I drzewa z turni pchnięte, gniotły najezdniki
A na stosa trupów księżyc przeląkł się wieczorem!...


VII.

Czy to jeszcze wre bitwa! noc opadła skały —
Nie, to huczy Dunajec — po trupach wezbrany,
Po stosach ciał i kości krwawe pędzą piany,
Tu śpią hordy co w strasznej bitwie gardło dały...

Noc jasna rozwidniała skał ponure czoła
A łożysko Dunajca trupami zasłane
Wezbrało — i swym rykiem, dzikie, rozhukane
Urąga im — i chwali krwawych pomst anioła!...
Tak długo po ich trupach płyną mętne fale,
Później kości ich w słońcu nad śniegi zbielały
I Trupie głowy w słońce wzrok powyszczerzały,
A nad niemi krzyk orłów gubi się na skale
Po szkieletach kaskady szumią w wściekłym szale
Po wiekach — w Kościelisko — kości skamieniały!...


VIII.
KRAKÓW.[136]

Obyś tak kiedyś ... Amen! dokończ ty narodzie!...
Gdy w miedź czoła ich strzaskasz twe pęta w swobodzie!
Lecz idźmy dalej!... dziki wąwóz tuż przed nami
Tu skamieniały myśli — Boga przed wiekami!...
Czy to droga ku piekieł bramom chaotycznym?
Czy to Olimp strącony potęgami krzyża
Hardy ogromem swoim czoła nie uniża?
Czy sen potworów, przed dniem Apokaliptycznym?...
Tam w górze co za olbrzym wśród mgły rannej wstaje?
Te wieże? te kopuły?... dzicz! zaklęte światy!...


PRZEWODNIK.

To Wawel![137] to Maryacka wieża niebo kraje,
Łzy ciche z śniegów tutaj rosną skalne kwiaty —
Tu — kleniem! bo w tym świecie gasnących promieni
Bóg mówi do człowieka — przez usta — kamieni!...


IX.
POD SMYTNIĄ.

Tu na olbrzymim głazie lubię paść znużony
I okiem tonąć w cuda rozlane bez miary —

Z skał ciskać w grzmiące fale kwiaty, i mech szary,
Co płyną jak wspomnienia w swych tajemnic światy!...
Za mną skał piramidy — a w lasach ich skronie
Bez końca rosną, łamią się — ssą błękity,
A tam w morzu promieni słońca, złote szczyty
Pysznej!... co w śnieżnych szatach zbłękitniona tonie...
Nade mną Smytnia tu od wieków się schyliła!...
Nad basztami skał wielkie zamczysko natury —
Zdobywać go szatanom — a z słonecznej chmury
Bronić ... aniołom — wielkiej — jak chaosu siła!...
Ona chce słońce wstrzymać — stawi harde czoło,
Dumna, że skał olbrzymy karleją w około...


X.

Smutnaś duszo człowiecza z pieśniami twojemi
Wśród słów Boga zaklętych w wody i kamienie,
Na czole kamienieje chmur my