Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Lecz nie !... przenigdy –
Przebóg –
Bo choć mile
W te gorejące mych nałożnic oczy
Spójrzałem nieraz...
One wszystkie razem
Bluźnierstwem były przed słońca obrazem,
Co miał mej świętej dla mnie cień uroczy –
Spodlenie króla – to jest kraju zdrada!...
Na czterech łapach jak zwierz zaryczałem
Ha! głowie mojej za te chwile – biada!
Kiedym oszalał rozpaczą i szałem,
Z nich się mój język ze trwogą spowiada –
W łonie rozkoszy cale zapomniałem,
Że byłem królem – że byłem – człowiekiem!
l tu ma klątwa! którą wiek za wiekiem
Jak skała skale odgłos wtórzyć będzie
Na ziemi mojej, i zawsze i wszędzie!...
Wiecznem weselem lśniły me komnaty,
Dokoła śpiewy i śmiechy tam brzmiały,
I czarnobrewe dziewy chichotały,
Szumiał szum wina i tanecznic szały…
I wrzask biesiady, i tłum rozszalały –
Śmiałem się z niemi, lecz mych szałów piekła
Dzika swoboda dawno już uciekła –
A kiedym pojrzał raz za mym sokołem
Co od Wisławy – drzwi me zatrzasnąłem,
I i o ziem padłszy! Wisławo, ryknąłem,
Jak Tur któremu myśliwiec zabije
Młode – gdy ryczy w puszczę – a wiatr wyje
I dziko ryk ten przedrzeźnia w manowcach
Kręcąc liść zwiędły po pustych grobowcach...
I mojej duszy spokojność młodzieńcza
Którą Izasław chcąc mnie rozweselić
Zatruł na wieki – znikła w ślad rumieńca...
Choć się był gotów – sercem zemną dzielić!...
I pokój jemu! o pokój na wieki!...
Duch jego blizki mi – choć tak daleki –