Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/199

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wiecznie w dal za nim patrzy ma tęsknota
Lecz próżno piersi swych rozwiera wrota –
Gość już nie wejdzie wnię sercem kochany –
Bom kochał tylko raz – i odtąd złota
Młodość zrdzewiała … a zostały – rany!...

Z wolna me całe wojsko zniewieściało
O żonach, córach, matkach zapomniało,
I o swej wierze –
A ci co poczciwi
Uszli cichaczem póki czyści, żywi…
O! czas ten srogą w rozkoszach męczarnią
Przeleciał dla mnie, gdym padł w to schronienie
W mej czarnej duszy piekielna latarnią
Szatan rozświecił pożar…
Me sumienie!…
Więc jak trup blady, z wieńcem ucztowałem,
I drżał dwór cały kiedy się zaśmiałem –
Zgłuszyć go nigdy – nie mogłem!
Nieśmiałem!
I do ojczyzny jął wracać nieśmiały
Ich, świat i siebie w duchu przeklinałem
A usta ludu mego – oniemiały!...
I okiem po nich bezłzawem pójrzałem,
O! bo łzy odtąd Bóg niedał w złej doli
Źrenicy mojej –
Kiedyś pierś zaboli
Uśmiech mi usta krzywił – piętnem krwawem –
Ucztami znowu ogłuszyć się chciałem,
Gdy do bitw wojsko zdolne już nie było,
Mściłem się niewiast niewiernych – mogiłą.
Szczenięta do ich piersi kłaść kazałem
Choć sam się żadną nie zwalczyłem silą!...
Choć się w mej duszy – psem być rozumiałem!...
Wtedy Stanisław Biskup z Szczepanowa
Stawił się w groźnej postawie przedemną,
Jak grom paliły mnie już jego słowa
I litość jego uczułem nademną!...