Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/197

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Z którychby każdy dał swe gardło za mnie!
Zagrzmiała chórem, pieśń echem grobowem –
Boga Rodzica!
I spojrzeli na mnie
A jam się nawet nie żegnał przed bojem –
Lecz mur gdy runął, znów przy złotej bramie
Spadłszy piorunem zgrozą i rozbojem –
Znów ze szczerbcem w górę wyciągnąłem ramię,
I ciąłem wtóry raz!...
Że miecz mój stary
Szczęknął – i upadł pęknięty we dwoje –
I już zdobyte wiały mi sztandary –
Jam na miecz pójrzał…
I na krwawą zbroję,
To mój ostatni druh był na tej ziemi…
I koń mój stanął – stanęli rycerze,
By żaden miecza nie zdeptał, a z niemi
Szedłem już w miasto na krwawe przymierze
Ha! Biada! Głośno bito mi we dzwony,
Tłum mnie wiódł trwożnie, rycerstwa okrzyki
Brzmiały pod niebem – a mój śmiech tak dziki
Był, jako szatan z obroży spuszczony –
Odtąd już kielich był mieczem mej dłoni,
I całą zimę z taborem wojskowym
Ległem w Kijowie, gdy na mojej skroni
Różowy wieniec wiał, liściem dębowym –
W ten ogród rozkoszy, i w ten gród piękności
Izasław błagał nas za swoich gości…
I dla powagi na rynku wśród ludu,
Jam Imię Jego sławił – i dotknąłem
Ust jego usty, i za brodę wziąłem
Ręką go moją; mówiąc o! wśród trudu
Życia, ta głowa dzielna!
Drżyjcie przed nią!
Lecz dzień on był mi straszną przepowiednią,
Bo odtąd trunkiem cicho upajany,
Śpiewem Rusinek do snu kołysany
Myślałem smutek zamordować chwilę!