Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/193

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Klęczałem kornie, i za jej rozkazem
Z modlitwą – jako dziecię przy dziecięciu…
«Idę do Ojca – ten oszczep mu w darze
Od Ciebie młody rycerzu poniosę,
Jam wymodliła, ratunek, jak rosę
Dla zamku Jego – od Maryi w darze!...
Chciałam za kratą rozstać się ze światem,
Nowym mnie głosem wola Boża woła
Wiec weź odemnie – ot! Tego sokoła!
Sokół najpierwszym niech nam będzie swatem!...
Jeszcze jej oczy raz na mnie spojrzały,
Ust jej niememi dotknąłem ustami
Serca się szczęścia niebem rozpływały
Pancerz szeleści Wisławy kosami,
I łzy jej z memi spłynęły się łzami…
Gdym ją do siebie przygarnął ramieniem
Gdy w ust jej płomień wpiłem się płomieniem,
I w jej źrenice tonął źrenicami,
Taki szał szczęścia piersi mi rozrywał
Że zdało mi się, ze w nich piorun śpiewał!...
I poleciała na zamek jak lania
A jam w drzew cieniu ostał zadumany,
Tylko mi u stóp źródełko podzwania
I w oczy patrzy sokół darowany…
(Co mi ostatni został w dniach wygnania!...)
I powróciła wraz tegoż zarania
A z nią sędziwy ojciec i kapłany!...
Jam mu pod stopy rzucił tarcz i strzały
Wojska me zwołał i uściskał Pana,
A przed obrazem złotym światła drżały –
Wisławy dłonie jeszcze go odziały
Po raz ostatni w kwiatów świeżych wiana –
I przed obrazem, z mą lubą, wśród ludu
Bóg nas połączył pośród życia trudu,
Nad nami trysnął promień łaski – cudu –
A gdy nam kapłan zamieniał pierścienie,
Sokół się zerwał – i wzleciał w przestrzenie –
I rozkrzyżowan nad nami w błękicie,