Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/43

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


O nie!.. przenigdy – patrz – teraz kaptury
Mnichy co w śpiewie idąc od ołtarza
Poodsłaniały – wzrok jego ponury
Choć oczy jego jak dwie błędne chmury
Błyszczą gwiazdami smutnego smętarza…
O! tak nie patrzy nigdy wzrok co podły!..
Tak patrzą oczy wyższe – co w twarz świata
Patrząc, w ciemności kiedy się zawiodły
Nie patrzą więcej – dni – miesiące – lata
Tylko w tę ciemność, co się z duszą splata
Pochłania czucia, myśli czyny, modły!...
Śpiew się ukończył – i chór śpiewający
Rozszedł się zwolna po celach milczący
Pogasły światła – a w ciemności tylko
Błysnęły oczy jego – krótką chwilką
Przygasła lampa i wyszedł z kościoła,
On mnich milczący ponurego czoła –

W cichej, sklepionej, białej Jana celi
Stoi krzyż czarny – a u stopy krzyża
Tam trupia głowa ślepy wzrok wyszczerza ,
Uśmiechem śmierci wiecznie się weseli…
W cichej, sklepionej, białej Jana celi
Duży pies czarny samotność z nim dzieli –
O któż z was nie zna, powiedzcie podróżni,
Czujnych psów z góry Bernarda klasztoru
I ci co życie tym zwierzętom dłużni,
I ci co wyszli zbłąkani wśród boru – ?
Jan siedział milcząc w okno rdzawej kraty
Wzrok jego gonił widoki niknące,
Góry nad góry, skały ze skał sterczące,
Dalej doliny rozległe jak światy,
A w nich rozsiane nad strumieniem chaty,
Wzrok jego leciał przez dalekie góry
Okryte śniegiem – i odziane w chmury –
Wzrok Jana lecąc przez szczeliny kraty
Gonił daleko – za zbiegłemi laty.