Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Od lat dwudziestu ojcem obierany,
Bo dobroć jego jakby z dni dziecinnych
Mieszka w nim dotąd jak w wiośnie porannej
Chociaż surowo przy regule stawa,
Miłości jego rozszerzona sława –
Bo jego cnota niegroźna, żelazna
Co nieśmiałego odtrąci grzesznika
Wyrozumiała w Chrystusie – poważna
Co słońcem wstaje nad ciemności żywa –
Ślepe oświeca, zziębnięte ogrzewa
I wielkiem sercem milionów szczęśliwa!..
Ten starzec z sercem prostoty dziecięcia –
Z nad księgi wstając – patrzy w księgę życia –
I w pośród braci cichszy od jagnięcia,
Cel im wskazuje do grobu, z powicia –
On nad cierpieniem grzesznych łzę uroni
On życie zna – od walk do wniebowzięcia –
Złote ma serce – na żelaznej dłoni!

Wśród chóru mnichów – tam jeden osobno
Stoi na stronie jak posąg w milczeniu,
Nie łączy głosu z ich pieśnią żałobną
Martwy jak kamień – wsparł się na kamieniu
I dziwny spokój w tej całej postaci –
On taki różny od klasztornej braci...
Kaptur nasunął na czoło i oczy
I tak w milczeniu do ich chóru kroczy...
Czarny włos wieńcem zwił się z białej skroni
I długa broda piersi mu okryła –
Ha! czyż to oko nigdy łez nie roni,
Czy pierś zamknięta, milczy jak mogiła...
Pod tym habitem cóż bije za serce
Czy pełne wiary – czy w życiu szydercze!
Może spełniona jaka straszna zbrodnia
Pali to serce jak piekieł pochodnia –
Może to serce – czarne… obwinione
Serce anielskie – może zszatanione –