Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/236

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


                         Dalej w swych myśli skupieniu
Tukidyd! dłoń w dłoń przeszedł z Xenofontem,
I poszli w przyszłość w pośpiesznem milczeniu,
Niknąc pod ciemnym drzew i krzewów kątem...
Dalej Sofistów garść i Epikura
Wyznawcy z śmiechem i różą na czole,
Cyników gawiedź i Bachantek chmura
Z rozwianym włosem leciała szalona –
A z dali Stoa – równa wieków pszczole
W ul się garnęła, w spokój uzbrojona –
W oddali jeden cień stał w zamyśleniu
Wielki – jak światła słup w rozstajnych drogach
Światła i cienia – olbrzym co w milczeniu
Każdym się krokiem zdał deptać po Bogach –
Acz między nim – a sobą wielki przedział –
Wielki – o swojej wielkości niewiedział!...
Sam się przechadzał spokojny, samotny,
Milczący jak czyn – w słowa nierozrzutny,
Jak ojciec myśli –
                                Nie wesół – nie smutny
Czoło to jasne – i wzrok ten przelotny
Jak jasny promień padał w głębie duszy –
Jam go już widział ... gdzieś...
                                                     On – mi nienowy!
Tyrana tego, swej własnej katuszy –
O! jam go widział – znam ten znak grobowy,
Kiedyś przy jego popiersiu płakałem
A pod niem napis:
                                 Sokrates!
                                                   Czytałem! –
O cieniu! cieniu! wieków tajemnico!
Przed tobą dziecię, padłem na kolana,
I bałwochwalczą czcią cichą, dziewiczą
Witam twą postać, każda duszy rana
Tobie spowiada się głośną ufnością –
Ku tobie wielką porwana miłością!...
Rzekłeś – że dusza ludzka nieśmiertelna,
I że Bóg jeden, kieruje te światy,