Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/238

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Z na ramieniu mem mej arfy strony
Same zabrzmiały – jak gdyby w przeciągu
Westchnienia wichrów Eola lirnica
Co się Zefyrem pieści i zachwyca...
Spojrzał – przeczułem!...
                                             To jedno spojrzenie
Było za słowa – wymowne milczenie
Za potok mowy stało mi w tym świecie
Patrzyłem w niego jako w tęczę dziecię,
Jak orzeł w słońce w niemem zachwyceniu –
To on!... On jeden, do którego nieraz
W miłości świętem modląc się natchnieniu
Widziałem orła na wieków sklepieniu
Co w sfer harmonię płynął w zachwyceniu!
Co jak milcząco wzrokiem toczył teraz,
Nad starożytnym lotem wzbił się światem,
A nowy przeczul swej piersi wielkością,
Genialnych iskier rozświecił miłością !..
Nieraz go ludzie nazwali waryatem!
Co bolejącą wiekom dłoń przeczucia
Dał – jak drogoskaz – wyciągnięty w niebo –
Drogi – co wielkich dusz wieczną potrzebą!...
A potem Bogiem Olimpijskich bogów,
Ptakiem polotów myśli i uczucia,
Aż stanął biały u wieczności progów –
O! wieczność tobie mędrcze narzeczoną!...
A mądrość siostrą twej duszy zwoloną –
Porwałem arfę – uderzyłem w strony –
Bom nieśmiał na pierś jego paść – on głowę
Wzniósł – jako Zeus, co miota pioruny
Wsłuchał się w notę stron poezyi mowę
Jam arfą moją dzwonów udał brzmienie,
Co biją w świecie naszym w nieb sklepienie
Ich się rozdźwiękiem arfa rozemdlała –
Rosły w bez końcu – jak cichym wieczorem
Nad Wisłą grają po nad Bielan borem,
Jak po nad Rzymu bazyliką grała
W dzień zmartwychwstania ich harmonia cała!...