Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/349

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Kędy ta skała siwym mchem brodata
O którą młode colo opierałem,
Gdy pierś pękała bólem w wiosny latał...
Z tej skałym patrzył jak w głąb serca mego,
W głąb twoją Wisło! co cicho płynęła...
I sam z naturą — dumę młodzieńczego
Sercam pieśń począł, co w fali ginęła!...
Kędyż zielone, skaliste twe brzegi,
Na które bieżąc w pierwszych dni poranku,
Ciskałem kwiaty w fale bez ustanku
Kwiaty wiosenne!...
Gdy stopniały śniegi!...
I po krach przeszkód skacząc myśl szalona
Wędzidłem gardząc — leciała bez granic,
W chaos przestworów świata uorlona,
I sercem czuła za tych, co posłannic
Nieba się mieniąc mianem, serc niemiały —
Dusze co w sobie — sobą skamieniały!...
O cicha moja Zwierzyniecka skało!
Tobiem poślubił pierwszej wiosny chwile,
Ku tobie myśli jak senne motyle
Co wieczór lecą … bo z tobą zostało
Tyle chwil drogich — co dzisiaj w twem łonie
Wyryte krzyża znakiem — twe ustronie
Ma dla mnie ciszę, której nic niezgłuszy
Bo wtenczas było — tak rano ... w mej duszy!...
W porywach tęsknot, jak w ciemnicy mroku
Stąpam szukając, co tam ... niegdyś — było,
Ciemnic, o których w snach duszy się śniło,
Lecz w mgłach oddali wszystko ginie oku!
Młodości moja! piorunie wiosenny,
Ty błysłaś jasna nad wszystkie pioruny —
l choć się rwałaś, gdy boleścią sienny
Skroń pochylałem — wzrokiem piłaś łóny,
I wiodłaś naprzód jak obłok promienny,
Straszna lecz piękna orlemi szponami
Rwąca swe trzewia i na srebrne stróny
Nadciągająca je z cichemi snami!