Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


A piekne ludziom?... o! tak dziś pacholę
Grało przed Pana obliczem skrwawionem
Z sercem bijęcem – z duchem oburzonym
Żalił się Panu na ich nieprawości
Na zyzookie ludzi nikczemności,
Co prawdę boską okrywszy swym trądem
A siebie cnoty płaszczem, zwą się – sądem!
Lecz Pan się zdawał mówić z swego krzyża
Cierpieniem do mnie serce się przybliża –
Wszakże ci sami – mnie dzieciątko Boga
O swoich tronów śmierdzące łachmany,
Tu posądzili... więc marna twa trwoga!
Bo nie tu sądzą sprawiedliwe Pany!
I z bolejącym uśmiechem do cnoty
Z prawej mu nogi zrzucił sandał złoty –
A został bosy z stopami krwawemi
Do krzyża swego przyćwiekowanemi!
A w duszy chłopca już cisza wiosenna
I śmiech spokojny i łza przebaczenia
Pieśń w niebowięła, smutkiem niebrz[e]mienna,
Bo on już większy od swego cierpienia!..
Zadrżeli sędzię – i klęka lud cały
W jękach jak arfa ludzkie głosy brzmiały
Tyś jest niewinny – o chłopcze kochany
O nasze skarby! o gołąbku biały!..
Lecz z niego same opadły kajdany,
On ciska w niebo ogromy miłości,
Co ulatują szkrzydłami natchnienia
Potęgą ducha dziewiczej młodości
Co łzy wyciska z martwego kamienia…
Gra – coraz wznioślej – jak w skonu godzinie
Gdy dusza z pieśnią już z ciała wypłynie –
Tony po tonach tęczami się łączą
W girlandy dźwięków akkordem się plączą,
Jak całopalny dym Abla powstają
I wieńcem na skroń znów mu opadają.
Stoją słuchacze niemi śród świątyni