Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/14

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Aż kiedy skona w zmartwychwstań błękicie
Tu kilka dźwięków i kilka promieni
Zbłąkanych z płaczem głosów tęsknej ziemi
Jak kilka piórek co niebiosów dziecię
Wiodąc stróż anioł upuścił ze skrzydeł,
Na ich bluźnierstwa lub dla ich mamideł...
Lecz ty miłości walko nieskończona
Kamienowana, przez piekła idąca,
Coraz to bardziej — okropniej kuszona
Za to, że wyższa — słoneczna nad słońca
Idziesz i pęta targasz cnoty dłonią
Światłości cudów siejąca pogonią!..
Co w twojej piersi gra ducha strunami
Tego odblaski grzmią burzy stopami
W oczach szkieletów i w uszach upiorów —
Lecz jak dalekie ducha rozhoworów!..

Muzyko! matko wędrującej ziemi —
Aniele stróżu świata! co prostoty
Drogami wiedziesz ją na szczyt Golgoty,
O! ty prorocza kapłanko! twojemi
Ramiony światła — jak słońca ramieniem
Błogosław duszom, co twojem znamieniem
Znaczone idą w walce przez świat cały,
Przez świata bagna — i przez świata skały!..
Gdyby oszalał cały świat w zwątpieniu
A pozostała — jedna twoja struna
Dźwięk jej by dowiódł o Boga istnieniu
I zerwałby się świat — z rozpaczy łona...
Ty co zwiastujesz o szczytach Jehowy
Po nad otchłanią rozpaczy wzniesiona
Jasna jak złoty promień Jego głowy
Lecisz w ciemności — ogniom na nasiona!
Tam idą tłumy z tobą — tam z daleka
A każdy jasny niesiony swym duchem
Twarz ma anielską bolami człowieka
Związan z odwiecznym przeznaczeń łańcuchem —
Tam stoją tłumy u szczytów tej góry —