Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/188

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A wtedym chwycił miecz –
I na mych czele
Przeciw Andrzeja pomknąłem śmiele
W imieniu biednych – w mem życia zaraniu!...
Ta pierwsza bitwa!...
Wojsko stało rzędem
Słońce wschodziło – a po rosie brzmiała
«Boga Rodzica!»
Gdy na koniu pędem
Stanąłem w poprzód – gdy wiara śpiewała
A po nad nami orlica się chwiała…
To pierwsza walka, co mi położyła
Granice Węgier pod mą stopa dumną,
Że z nad Karpatów stojąc – jak kolumną
Sprawiedliwości – u cudzych znaczyła…
A kiedym Belę osadził na tronie,
Niósłem żar w sercu i radość w mem łonie –
Alem zaledwom lud mój znów pozdrowił,
I godowegom nie spełnił pu[c]haru,
Już w ziemi Czeskiej krwawy spor się wznowił
Jaromir ku mnie zbiegł – I z pod sztandaru
Polskiego, żądał, odbić swą swobodę –
Długo po bitwach znów rycerstwo wiodę,
Aż się te boje wieńcem ukończyły
I ma siostrzyca na małżeńskie gody
Poszła oddana księciu, co jej miły
Stał się wygnańcem – wtedy nad mogiły
Poległych ręce związałem im chętne
I połączyłem dwa serca namiętne,
Wieszcząc, by odtąd się bratnie narody
Zlały w miłości – jak dwu zdrojów wody!...
Ledwom odepchnął hordy najezdników,
Co mi tym czasem wpadły w kraj bez broni,
Ledwom oćwiczył tłumy buntowników,
Aliści nowy pielgrzym z swej ojczyzny
Na łono moje przybył goić blizny –
Młodzian, co dłonią przylgnął do mej dłoni,
Tak jak ja młody, i jako ja śmiały,