Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Choć każdy wściekłość w jego oku czytał –
Gryzł wargi dumne do liców uśmiechu
Na czole czarna uwisła mu chmura
A pierś miał ciężką żądzą zemsty grzechu,
Lecz czuł wężową słabość – przeto pytał
Czyli być może z nami połączony
Traktatu węzłem? Krzyżem zaszczycony?...
Wtedy podałem rękę w imię krzyża
I dziękowałem w imieniu Papieża –
A kiedy darzyć chciał (może przekupić…)
(By potem zdradzić, mordować i złupić)
Rzekłem żem mnichem – i w krótce w habicie
Odejdę dawne w puszczach pędzić życie –
Jak tygrys schował głęboko pazury
Łasząc się – odszedł owian w płaszcz purpury –
O świciem wyszedł na pobojowisko
Co tuż przymieście rozlegało spojrzałem
Było ich mało – wiele było – śpiących – !
Więc powitawszy braci zaśpiewałem
Hymny żałobne…
I z braci płaczących
Garstką, jak dziecię płacząc szedłem z rana
Grzebać poległych co w śmierci nieładzie
Jedni przy drugich leżeli bez miana
A przy nich wierny koń się trupem kładzie –
Mgły się zwlekały i słońce wschodziło,
Jak nasza wiara niebo czyste było –
A nad pobojowiskiem ulatywać
Począł skowronek – i tam Bogu śpiewać –
Imiona tych co skonali nieznani
Spowiadał niebu swych pieśni psalmami…
W lazurach nieba nad polem bojowem
Zawisł wysoko … wysoko … po rosie …
Nie!... po krwi nucąc w wdowiej piosnki glosie
Co się żaliła Panu rankiem owym…
I więcej w pieśni tej płakało skargi
Niż ludzkie wyrzec podołają wargi!...